Wypatrzone przez ŚWIDERKA

Młodszy deweloper po bootcampie

© Andrzej Wieteszka

Świat potrzebuje programistów. Ostrożne szacunki mówią,  że dziś brakuje ich co najmniej 2 mln. Skoro jest popyt,  to pojawili się też chętni, by go zaspokoić. Niemal na wszystkich kontynentach ruszyły intensywne kursy kodowania. 

Bootcamp to według słownika wojskowy obóz dla rekrutów. To także rodzaj treningów na świeżym powietrzu wzorowany na metodologii amerykańskich treningów wojskowych opracowanych na początku XX w. Ale bootcamp to również metoda intensywnego nauczania kodowania, która pozwala kursantowi w ciągu trzech, sześciu miesięcy posiąść odpowiednie umiejętności, by starać się o pracę jako młodszy deweloper oprogramowania. 

Popyt na deweloperów doskonale widać w ofertach pracy. Coraz szybsze wchodzenie świata w technologie cyfrowe i przestawianie się gospodarki na cyfrowe tory powodują, że ludzi umiejących programować potrzebują nie tylko wielkie korporacje, ale także małe firmy, często startupy szukające miejsca dla siebie i widzące w produkcji oprogramowania czy aplikacji sposób na biznes. 

Popytu na programistów nie są w stanie zaspokoić wyższe uczelnie kształcące informatyków. Konieczne było więc znalezienie sposobu na masową i szybką „produkcję koderów”, którzy podczas szkolenia nie tylko nauczą się języków programowania, ale także zdobędą praktyczne doświadczenie niezbędne do podjęcia pracy w nowym zawodzie. 

Bootcampy, rynkowa odpowiedź na zapotrzebowanie na programistów, stały się już elementem współczesnego technologicznego krajobrazu. Chciałoby się rzec, że kształcą koderów, ale chyba lepiej jest powiedzieć, że przyuczają ludzi do wykonywania tego zawodu. A od samych absolwentów zależy potem, czy będą się rozwijać i najpierw staną się sprawnymi rzemieślnikami, a potem mistrzami, czy też ze swymi umiejętnościami pozostaną na poziomie nabytym na kursie. 

Pierwsze bootcampy dla programistów ruszyły w USA w 2011 r. Dziś prowadzi je w Stanach i Kanadzie blisko 70 organizacji. Statystyczny amerykański bootcamper ma 31 lat i 7,6 roku doświadczenia zawodowego. Zazwyczaj ma licencjat i nigdy nie pracował jako programista. 36 proc. uczestników tych szkoleń to kobiety – 2,5 razy więcej niż wśród studentów kierunków informatycznych. 

Kursy są płatne, a średnie czesne to ok. 11 tys. dol. Za oceanem firmy prowadzące bootcampy miały  w ubiegłym roku łącznie 172 mln dol. przychodu z opłat wnoszonych przez uczestników. Rok wcześniej – 52 mln dol. Co istotne, niezwykle szybko rośnie liczba absolwentów ich kursów. O ile w 2013 r. ukończyło je niespełna 2,1 tys. osób, to w 2014 r. już niemal 6 tys., a w 2015 r. – prawie 16,1 tys. 

Bootcampy dotarły także do Europy i do Polski. W naszym kraju kurs jest zazwyczaj krótszy niż w USA, ale też dużo tańszy. Trzeba na niego wydać od 7 do 9 tys. zł. Działające w Polsce firmy organizujące bootcampy chwalą się – podobnie jak te w Stanach – że ich absolwenci nie mają kłopotów ze znalezieniem pracy. To zaś może zapowiadać, że bootcampowy biznes ma szansę kręcić się u nas równie dobrze jak w Ameryce. 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty