Gorący temat

Polska w Unii: bilans 12 lat

© Rafał Piekarski

Przed 12 laty, 1 maja 2004 r., w stolicy Irlandii Dublinie Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski wspólnie wciągali polską flagę na maszt. Staliśmy się członkiem Unii Europejskiej, jednym z najbiedniejszych  we Wspólnotach Europejskich, ale z nadziejami na szybkie dołączenie do klubu najbogatszych. 

Krok ten popierała znaczna większość Polaków. W referendum za akcesją opowiedziało się 77,45 proc., wierząc, że wchodzimy do obszaru zamożności i stabilizacji. Mniejszość, która była przeciwna, obawiała się, że nasza słaba gospodarka nie poradzi sobie na wspólnym rynku, że Europa narzuci nam swoje wzorce kulturowe, że bogaty Zachód wykupi nasze ziemie, zdusi polskie rolnictwo i zamieni nas w półkolonię. Były też obawy, że wkrótce ceny dogonią poziom zachodnioeuropejski, a płace pozostaną w tyle. Nie sprawdziły się nadmierne nadzieje ani obawy. Radzimy sobie lepiej niż większość krajów członkowskich, lecz UE okazała się obszarem mającym znacznie większe problemy, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. 

Złoty silniejszy, a potem słabszy

Po rozszerzeniu Unii o kraje Europy Środkowej następowała realna, a w niektórych przypadkach także nominalna, aprecjacja walut krajowych. To znaczy zyskiwały one w stosunku do euro (aprecjacja nominalna) lub też traciły wolniej, niż wynikałoby to z inflacji (aprecjacja realna). Polski złoty przed wejściem do UE tracił. Spadek zatrzymał się w lutym 2004 r. i zaczął się proces jego umacniania, trwający z przerwami do końca lipca 2008 r. W ciągu tych czterech lat zyskał wobec euro ponad 50 proc. W latach 2004–2007 inflacja w strefie euro wyniosła łącznie 8,9 proc., a w Polsce – 10 proc. Tak więc realna aprecjacja była jeszcze wyższa od nominalnej. 

Ekonomiści uzasadniali umacnianie się walut naszej części Europy prawem ekonomicznym zwanym efektem Harroda-Ballasy-Samuelsona (efekt H-B-S). Wiele funduszy inwestycyjnych opierało na nim swe strategie. Skoro prawdopodobieństwo umacniania się w długim okresie walut rynków wschodzących jest większe niż ich realnego osłabienia, to inwestując w aktywa nominowane w tych walutach, można osiągać dodatkowe zyski. 

Umacnianie się złotego miało duże znaczenie psychologiczne. Nasze pensje, wyrażone w walutach wymienialnych, rosły szybciej niż wyrażone w złotówkach. W latach 2004–2008 poszły w górę o prawie 70 proc. Europa stawała się dla nas coraz dostępniejsza, co wywołało boom turystyki zagranicznej. 

Taniały, w relacji do wynagrodzeń, towary z importu: samochody, komputery, sprzęt elektroniczny. Lecz wzrost wynagrodzeń, liczony w euro, martwił ekonomistów. Powoli przestawaliśmy być krajem taniej siły roboczej, a wzrost wydajności pracy nie nadążał za wzrostem jej kosztów. Zwłaszcza jeśli kalkulowało się je w walucie europejskiej. 

Umacnianie złotego skłoniło kilkaset tysięcy gospodarstw domowych do zaciągnięcia kredytów hipotecznych nominowanych w twardych walutach, przede wszystkim we franku szwajcarskim. Finansiści byli przekonani, że złoty po rozszerzeniu UE jest „skazany” w dłuższym okresie na aprecjację realną, a być może także nominalną. Ryzyko kursowe, wynikające z załamania kursu, oceniano więc jako niewielkie. Ponieważ oprocentowanie w złotych było znacznie wyższe niż we frankach, kredyty walutowe wydawały się podwójnie korzystne. 

Aż przyszedł 2008 r. – wybuchł światowy kryzys finansowy. Złoty osiągnął swoje maksimum 28 lipca 2008 r., kiedy 1 euro można było kupić za 3,2080 zł. A potem zaczął się zjazd, wolny, potem gwałtowny. Ten trend trwał do 4 lutego 2009 r., kiedy to za 1 euro trzeba było płacić 4,6747 zł. W ciągu pół roku polska waluta straciła 32 proc. w stosunku do euro i w podobnym rozmiarze w stosunku do dolara i franka. Liczony w euro poziom wynagrodzeń z 2008 r. osiągnęliśmy ponownie dopiero w 2012 r. Spadek kursu złotego postawił w trudnej sytuacji zadłużonych w tej walucie. Okazało się, że obecność w Unii zapewnia bezpieczeństwo finansowe tylko do pewnego poziomu. Sama UE po 2008 r. znalazła się w kryzysie. 

Jednak wynagrodzenia w złotych szły w górę nieustannie, szybciej niż ceny (z wyjątkiem 2012 r.). Łącznie w ciągu 12 lat naszej obecności w Unii realne wynagrodzenia Polaków wzrosły o 35,3 proc., czyli o ponad jedną trzecią. 

Ekspansja eksportu

Mimo szybkiego wzrostu kosztów siły roboczej polskie przedsiębiorstwa znakomicie poradziły sobie na wspólnym rynku. W 2003 r. – ostatnim, gdy byliśmy poza UE – wyeksportowaliśmy towary o wartości 47,5 mld euro, w tym 32,7 mld euro do Wspólnot Europejskich. Import wyniósł 60,4 mld euro, w tym z Unii 36,9 mld euro. Nasz bilans handlowy zamknął się znacznym deficytem – 12,8 mld euro, a z samą UE – 4,2 mld euro. 

W 2015 r. wyeksportowaliśmy towary za 178,7 mld euro, a sprowadziliśmy za 175 mld euro. W ciągu 12 lat nasz eksport liczony w euro wzrósł niemal czterokrotnie. Jego dynamika była jedną z najwyższych w świecie, i to w czasie, gdy handel międzynarodowy przeżywał duże trudności. Zawdzięczamy to głównie obrotom w ramach UE. Plasujemy tu blisko 80 proc. naszego eksportu i sprowadzamy z niej prawie 60 proc. importu. 

Ekspansja eksportowa to jeden z największych polskich sukcesów, które zawdzięczamy obecności w UE. Naszym największym partnerem handlowym były i są Niemcy. Przypada na nie 27,1 proc. naszego eksportu i 22,9 proc. importu. Od kilku lat w obrotach z nimi mamy nadwyżkę, która w 2015 r. wyniosła 3,4 mld euro. Niemcy to drugi po Chinach eksporter świata. Francja i południowe kraje strefy euro skarżą się, że Niemcy są za bardzo konkurencyjni w stosunku do nich i stąd kłopoty finansowe południa Europy. Polska gospodarka nie dość, że nie ma takich kłopotów, to ma dodatni bilans w obrotach z niemieckim kolosem. 

Do Londynu za pracą

Większość krajów dawnej Unii obawiała się napływu siły roboczej z nowych państw członkowskich, zwłaszcza z Polski, która jest największą gospodarką i najbardziej ludnym krajem spośród tych, które weszły do UE w poprzedniej dekadzie. Dlatego w negocjacjach z nami zagwarantowały sobie okres przejściowy, w którym ich rynek pracy był dla nas zamknięty. Niemcy otworzyły go dla Polaków dopiero w 2011 r. Wielka Brytania, Irlandia i Szwecja – od razu, a Holandia po dwóch latach – i tam ruszyli Polacy w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. Zanim wybuchł światowy kryzys, w państwach tych niemal nie było bezrobocia. 

Sytuacja zmieniała się po wybuchu kryzysu. Strumień z Polski się skurczył, a wielu wróciło do ojczyzny, nie mogąc znaleźć pracy. Lecz w połowie ubiegłej dekady wyjazdy zarobkowe do Europy Zachodniej były ważnym zjawiskiem ekonomicznym i socjologicznym, wywołanym przez członkostwo w Unii. 

Ostatnie dostępne dane dotyczące Polaków za granicą dotyczą 2013 r. GUS szacuje, że w końcu 2013 r. czasowo przebywało ich tam ok. 2196 tys., czyli o 66 tys. więcej niż w 2012 r. W Europie w 2013 r. – ok. 1891 tys. (w 2012 r. – ok. 1816 tys.), przy czym zdecydowana większość – ok. 1789 tys. – w krajach członkowskich UE: najwięcej w Wielkiej Brytanii (642 tys.), Niemczech (560 tys.), Irlandii (115 tys.), Holandii (103 tys.) i we Włoszech (96 tys.). 

Według brytyjskiego spisu ludności w 2011 r. w Londynie mieszkało 147 816 osób polskojęzycznych. W dzielnicy Borough of Ealing stanowiły 6,3 proc. ludności. Kilka tysięcy naszych rodaków przybyło także do Islandii, gdzie przed kryzysem stanowili ok. 3 proc. społeczeństwa, a ok. 70 tys. mieszka w Norwegii. 

Ceny rosły i spadały

Wchodzeniu do Unii towarzyszył lęk, że zniesienie barier handlowych doprowadzi do szybkiego wzrostu cen. Obawy te się nie spełniły. Wprawdzie przez kilka lat inflacja była nieco wyższa niż w Europie Zachodniej, ale w żadnym roku nie przekroczyła 5 proc. Niską inflację zawdzięczamy bardzo twardej polityce pieniężnej, którą prowadziła Rada Polityki Pieniężnej w latach 1999–2000. Stopy procentowe zostały wówczas bardzo wysoko podniesione, co spowodowało spowolnienie gospodarki i kłopoty budżetu. Ale inflacja, która w latach 90. była dwucyfrowa, spadła do poziomu akceptowalnego w UE. W 2014 r. ceny zaczęły maleć. O dziwo – szybciej w Polsce niż w krajach Europy Zachodniej. 

Nie wykupili nas

Wejście do Unii było dużym problemem dla polskiej wsi, która obawiała się zarówno zmian kulturowych, jak i konkurencji zachodnich producentów, lepiej uzbrojonych technicznie, od dawna korzystających ze wsparcia Wspólnej Polityki Rolnej. Eurosceptycy odwoływali się do XIX-wiecznych mitów rodem z Prusa czy Konopnickiej. Ostrzegali, że bogatsi producenci z Niemiec albo Holandii wykupią polską ziemię „za bezcen”. Mimo wszystko wieś zagłosowała w większości za Unią i stała się wielkim beneficjentem unijnej polityki. Jej skutkiem był szybki wzrost cen ziemi rolnej, a to znaczy, że rosła wartość majątku rolników. Od 2004 do 2015 r. ceny ziemi rolnej poszły w górę blisko 8-krotnie. Zachodni farmerzy nas nie wykupili, gdyż aż do 30 kwietnia 2016 r. obowiązywał okres przejściowy i cudzoziemcy nie mogli bez zezwolenia nabywać ziemi rolnej. Zresztą ceny przestały być atrakcyjne dla zagranicznych farmerów. Według Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej od wejścia Polski do UE w ręce zagraniczne co roku przechodzi 400–500 ha ziemi. To tyle co nic. 

Znacznie większe znaczenie ma natomiast napływ na polską wieś funduszy unijnych. Otrzymuje ona dopłaty bezpośrednie, z których korzysta ok. 1,4 mln rolników, i pieniądze na rozwój obszarów wiejskich. Do tego dochodzą wydatki na interwencje rynkowe oraz Program Rozwoju Obszarów Wiejskich. W ciągu 12 lat polska wieś otrzymała z Unii ponad 41 mld euro. 

Wyciskanie brukselki

Duża część społeczeństwa główną korzyść z obecności w Unii widzi w napływających do nas funduszach. Politycy nazywają to nieco cynicznie „wyciskaniem brukselki”. 

W ciągu 12 lat do Polski napłynęło netto (po odjęciu składki, którą musimy płacić) 86,3 mld euro. Porównajmy: w latach 1948–1952 Europa Zachodnia otrzymała w ramach Planu Marshalla ok. 13 mld ówczesnych dolarów (według dzisiejszej siły nabywczej było to ok. 140 mld dol. lub 110 mld euro). Te pieniądze przypadały na kilkanaście krajów. Tymczasem sama Polska otrzymała z UE niewiele mniej. 

Ale „wyciskanie brukselki” to wcale nie najważniejsza korzyść z obecności w Unii. Jesteśmy postrzegani jako kraj stabilny i przewidywalny. Dzięki temu w ostatnich 12 latach napłynęły do nas inwestycje bezpośrednie warte 127,8 mld euro. O ile efektywność wykorzystania funduszy unijnych jest często niska, o tyle inwestorzy, lokujący w Polsce swój kapitał, działają na zasadach rynkowych. 

Wielką korzyścią, jaką mamy z Unii, było też ucywilizowanie polskiego prawa gospodarczego i powstrzymanie kolejnych rządów przed angażowaniem publicznych środków w podtrzymywanie nierentownych państwowych przedsiębiorstw. Bruksela tego zabrania – i bardzo dobrze. 

Polska dogania w kryzysie

Gdy wchodziliśmy do UE, byliśmy na przedostatnim miejscu wśród ówczesnych 25 krajów członkowskich, jeśli chodzi o PKB na głowę mieszkańca przy uwzględnieniu siły nabywczej. Byliśmy o połowę biedniejsi od średniej unijnej. Kryzys i recesja spowodowały, że Polska szybciej zaczęła doganiać średni poziom, gdyż my recesji nie doznaliśmy. W ciągu 12 lat udało się nam odrobić 20 pkt. proc. w PKB na głowę mieszkańca, w stosunku do średniej unijnej. W tym czasie Węgry odrobiły tylko 6 pkt. proc. i Polska je wyprzedziła. Kilka krajów – przede wszystkim Grecja – zostało zdegradowanych. W tym roku ją prześcigniemy, a do 2020 r. wyprzedzimy być może Portugalię. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy umieli korzystać z szans, jakie nam daje Unia. 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty