Ring

Czy Brexit radykalnie zmieni Unię?

© Shutterstock

Marcel Lesik, Forum Młodych Dyplomatów

Po Brexicie Unia Europejska stoi na rozdrożu, z możliwością rozpadu włącznie. Nawet jeśli nie całkowitego, to przynajmniej rewolucji, która zupełnie przemodeluje funkcjonowanie tej organizacji i wywróci sposób działania zapoczątkowany w latach 80. Nie jest to jednak dzieło przypadku, bo w końcu coś doprowadziło ją do tego momentu. 

UE w obecnym kształcie to silnie protekcjonistyczna unia celna o otwartym rynku wewnętrznym, ze scentralizowaną administracją zarządzającą rynkiem w imieniu wszystkich państw członkowskich. Jednocześnie wraz z popychaniem projektu europejskiego w tym kierunku zauważalny jest spadek znaczenia jej gospodarki. Według MFW udział w światowym PKB spadł z 30 proc. w 1980 r. do 16,5 proc. obecnie. Równolegle skomplikowane i liczne organizacje zarządzają unijną polityką bez legitymizacji demokratycznej. Mało kto spoza grona pasjonatów jest w stanie wskazać szefów pięciu najważniejszych instytucji europejskich, opowiedzieć o istocie Trialogu lub odróżnić Radę Europejską od Rady UE. 

W tym samym czasie Unię dotykają liczne kryzysy (gospodarczy, nadmiernego zadłużenia, migracyjny, związany z agresją Rosji na Ukrainę), z którymi nie potrafi sobie poradzić. Już tylko ta nieporadność czy brak konsekwencji wobec imigrantów osłabia jedność struktur europejskich. Jednocześnie rozpowszechnione w społeczeństwach poczucie braku wpływu na kierunek działań przyczynia się do niezwykle niskiej frekwencji w wyborach do Parlamentu Europejskiego (25 proc.). To skomplikowanie, erozja demokracji i brak przejrzystości stanowią pożywkę dla stałego wzrostu popularności partii antyunijnych, tak z lewa, jak i z prawa sceny politycznej. Już samo to grozi rozpadem UE. Brexit jest tego najlepszym przykładem, a przecież w wielu krajach głosy nawołujące do opuszczenia struktur unijnych są coraz bardziej słyszalne. 

Nieprzypadkowo jeden z najbardziej prestiżowych portali, Politico, wskazuje, że unijni politycy 24 czerwca usłyszeli krzyk nie tylko Brytyjczyków, ale także krytyków z całej Europy – postulat, aby UE była bliżej ludzi, reagując na problemy i kryzysy w sposób pragmatyczny i skuteczny, a nie z upartą wizją tworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. 

Znaleźliśmy się więc w historycznym momencie, w którym wielu Europejczyków, chcąc odkryć motywy Brytyjczyków, zaczęło interesować się, w jaki sposób funkcjonuje UE. Ta świadomość jest szansą na odrodzenie debaty na temat przyszłości europejskiego projektu – zaniechanej po sporze byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher z byłym przewodniczącym Komisji Europejskiej Jacques'em Delors. Miała ona miejsce 30 lat temu i wówczas zwyciężyła wizja Francuza. To zaś oznaczało aprobatę dla Jednolitego Aktu Europejskiego doprowadzającego do jednolitego rynku, czego konsekwencje opisałem powyżej. 

Decyzja Brytyjczyków z całą pewnością oznacza koniec UE, jaką znamy. I teraz widzę dwie możliwości. „Odpuszczenie” integracji na siłę, otwarcie się na świat i skupienie na rozwiązywaniu problemów międzynarodowych w myśl idei Thatcher. Ewentualnie ekskluzywna Unia złożona z krajów sobie bliskich, gdzie konwergencja procesów następuje, oraz tych od nich wyraźnie odstających. Tak czy inaczej, nie będzie to już ta sama Unia Europejska. 

 


Marek Prawda, dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce

Mam złą wiadomość dla sympatyków  Brexitu – Unia Europejska nie będzie teraz inna. Kiedy już kurz opadnie i minie pierwszy szok po ogłoszeniu wyników brytyjskiego referendum, nie będzie żadnej wielkiej rewolucji. Zwyczajnie zaczniemy, a właściwie to będziemy kontynuować rozmowę na temat tego, co robić lepiej. 

Warto podkreślić, że to, co było paliwem dla przeciwników Unii, tak naprawdę po prostu nie istnieje. Jest pewna grupa ludzi, którzy mówią: „Zacznijmy wszystko od nowa”, „Zróbmy to jeszcze raz, ale inaczej”. Osoby te żyją złudzeniem, że ortodoksyjni federaliści są w Brukseli niesłychanie silną grupą. A tymczasem oni już dawno wyginęli. Nie ma ich, zatem nie ma z kim walczyć. Nikt rozsądny już nie uważa, że – mówiąc w uproszeniu – jeśli zrobimy „więcej Europy”, to będzie rozwiązanie na wszystko. To tak nie działa. Jednym słowem, ci wszyscy radykalni „likwidatorzy” Unii żywią się mitem i iluzją. 

Rzeczywistość jest inna. Jeśli wyobrazimy sobie Europę jako jeden dom, to nikt z unijnych decydentów nie chce w nim burzyć ścianek działowych, aby potem na gruzach budować nowy twór pozbawiony tożsamości i odmienności mieszkańców poszczególnych pokoi. Wszyscy politycy europejscy, z którymi rozmawiam, wiedzą już od dłuższego czasu, że trzeba skoncentrować wysiłki na skoordynowaniu głosów dochodzących z każdego pokoju. Tak, aby wspólne życie w tym domu było harmonijne, znośne i lepsze dzięki wszystkiemu, co wnosi każdy mieszkaniec. 

Przewiduję więc, że Komisja, Rada Europejska oraz Parlament zintensyfikują debatę na temat przyszłości Unii, jednak to będzie tylko kolejny etap dyskusji, która już trwa. Brexit był tu tylko jednym ze zdarzeń, które każą nam się zastanowić nad tym, co robimy źle, swoistą czerwoną kartką pokazaną przez pragmatycznych Brytyjczyków czy też gongiem, który budzi biegacza przed ostatnim okrążeniem, aby zacząć działać energiczniej. 

Praktycznie rzecz biorąc, po prostu szybciej zidentyfikujemy to, co należy zrobić inaczej. Myślę, że Bruksela skoncentruje się teraz na udoskonalaniu polityk unijnych, na tym, jak efektywniej rozwiązywać problemy, reagować na kłopoty, proponować dobre rozwiązania, które będą chętnie przyjmowane przez ludzi. Bo tu jest problem – w wiarygodności. Jednak pamiętajmy, że przecież mamy nową Komisję, która już dokonała bardzo wielu zmian, która wie, że nie wolno zapominać o innych stolicach. Nie chce tworzyć jakiegoś technokratycznego modelu, gdzie wystarczy mieć zasady, wartości, reguły, zapomnieć o polityce i to wszystko będzie działało. Takie administrowanie zbiorowym szczęściem. Faza tych iluzji już się skończyła. 

Nie sądzę też, by ktokolwiek poszedł w ślady Brytyjczyków. W krótkiej perspektywie wszyscy zobaczymy, jak wielkie wprowadza to zamieszanie. I to pomimo, że Zjednoczone Królestwo jest dużym i silnym krajem o ustabilizowanej gospodarce oraz demokracji. W dalszej perspektywie przekonamy się, że na tym procesie po prostu się traci. Inne państwa zwyczajnie nie będę chciały takiej powtórki u siebie. 

Reasumując, Brexit to bynajmniej nie jest gwóźdź do trumny UE, ale sygnał do przyspieszenia procesów, które i tak już się toczyły. Silne wsparcie dla unijnych realistów, a jednocześnie wzmocnienie dla tych, którzy uważają, że integrację trzeba ulepszyć. 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty