Motoryzacja

Duch wyścigów

materiały prasowe

Do 300 km/godz. mogą rozpędzić się w czasie, którego większość kierowców potrzebuje, by leniwie wrzucić drugi bieg. Tak szybkie są najmocniejsze sportowe motocykle. Ich silniki mają tyle koni, ile ważące niemal 10 razy więcej sportowe auta. 

Wyobraźmy sobie kompaktowy samochód pokroju Forda Focusa z 200-konnym silnikiem. Może nie ma osiągów superauta, ale na pewno jest szybki i na wielu pasażerach zrobi duże wrażenie. A teraz pomyślmy, że taką samą moc mamy w pojeździe z tylko dwoma kołami, który waży ok. 160 kg. Tak, to czyste szaleństwo. I właśnie dlatego jest tak wielu entuzjastów sportowych motocykli. Tyle że prowadzić je naprawdę efektywnie i bezpiecznie potrafi niewiele osób. Zanim zatem wsiądziemy na legendarne Suzuki Hayabusa i wykorzystamy moc jego 1,3-litrowego, 197-konnego silnika, lepiej wcześniej potrenować na mniej wymagających maszynach, które przecież też potrafią dostarczyć mnóstwa adrenaliny. A przy okazji, świetnie wyglądają. 

Wybór motocykli o bardzo dobrych osiągach jest ogromny. Do najbardziej popularnych marek obecnych w tym segmencie należą Honda, Kawasaki, Yamaha, Suzuki, ale także mniej znane Ducati czy MV Agusta. Nierzadko wsparciem dla rynkowych modeli są ich wyścigowe odpowiedniki – w sporcie sprawdzane są np. technologie, które później trafiają do popularnych motocykli. Jednak mimo tego, że jedne i drugie wyglądają podobnie, maszyny, które oglądamy na torach, różnią się od swoich wersji drogowych. Ale tak naprawdę mało kto zwraca na to uwagę. Liczy się przecież przede wszystkim odpowiedni wizerunek marki. 

Najważniejszą wyścigową klasą jest obecnie  MotoGP, czyli odpowiednik samochodowej Formuły 1. Do 2001 r. były to motocykle z silnikami o pojemności zaledwie 500 cm3 – niewiele, ale dzięki wyścigowej technice udawało się uzyskać moce dochodzące do 150 KM. Obecnie w tej królewskiej klasie ścigają się maszyny z litrowymi silnikami, które mają nawet 240 KM i mogą pędzić 350 km/godz. Na szczęście seryjnie produkowane jednoślady nie mają takich osiągów. Ich prowadzenie wymagałoby od zwykłych śmiertelników ogromnego doświadczenia. 

Sport dla każdego

Na drodze swoją przygodę ze sportem lepiej zacząć od słabszych „sześćsetek”, i to po odbyciu przynajmniej rocznego stażu na motocyklach z silnikami o połowę mniejszej pojemności. Niektórzy powiedzą pewnie, że będą one dychawiczne niczym popularny niegdyś maluch, ale to nieprawda. Współczesne silniki, nawet tak małe, mogą mieć ok. 40 KM, ale przy masie ok. 160 kg to w zupełności wystarczy, by rozpędzić się do prędkości 160–170 km/godz. A to dużo nawet w przypadku samochodu, w którym jesteśmy chronieni przed działaniem wiatru grubą blachą karoserii i siedzimy na wygodnych fotelach. Na motocyklu taka prędkość to nie lada przeżycie, nie wspominając już o sytuacji, w której konieczne będzie np. awaryjne hamowanie. Na szczęście wiele współczesnych motocykli, nawet tych sportowych, ma już w standardzie system ABS, który zapobiega blokowaniu kół podczas wykonywania tego manewru. 

Prawdziwie sportowych wrażeń dostarczą oczywiście mocniejsze maszyny, z silnikami o pojemności 600 cm3. Interesujące modele znajdziemy np. w ofercie Suzuki (GSX-R600), Yamahy (YZF-R6) czy Hondy  (CBR 600RR). Ich moc wynosi ok. 120 KM, masa własna zaś oscyluje w okolicach 180 kg. Którą z tych maszyn wybrać? To rzecz gustu i naszych oczekiwań. Jeżeli zależy nam na marce, która ostatnio bryluje w wyścigach MotoGP – bierzmy Yamahę. Dodatkową atrakcją będzie fakt, że właśnie takim motocyklem jeździ legenda wyścigów na dwóch kółkach – Valentino Rossi. Inna rzecz, że wstydu nie przyniesie też Honda, która w 2015 r. wywalczyła miejsca 3. i 4., tuż za Yamahą. 

Dla wielu ważniejsze będą jednak inne cechy motocykli, np. takie jak... wygląd. Niektóre sportowe maszyny są pstrokate niczym papuga i zbyt mocno stylizowane, inne zaś mają bardziej stonowany wygląd i można zamówić je w jednolitym kolorze, co dla wielu będzie ogromnym atutem. Kolejna sprawa to komfort: niektóre szybkie motocykle mogą mieć zawieszenie zaawansowane od strony technicznej, ale ustawione tak, by można było wygodnie poruszać się nawet po niezbyt dobrych drogach. Inne modele mają zawieszenie sztywne jak w wyścigowych maszynach. Na co dzień nie jest to dobre rozwiązanie. Zwłaszcza jeśli czasem zapuszczamy się na drogi gorszej kategorii niż krajowe lub wojewódzkie. 

Argumentem, który sprzyja podjęciu decyzji, jest też oczywiście cena. Suzuki GSX-R600 kosztuje 49 tys. zł, czyli tyle, ile podstawowa wersja taniego samochodu kompaktowego lub nieźle wyposażone auto miejskie. Motocykl chwalony jest za świetny, elastyczny silnik oraz za doskonałe przednie hamulce firmowane przez Brembo. Honda CBR 600RR z kolei jest nieco droższa – trzeba na nią wydać 52,5 tys. zł, ale za to w standardzie ma wspomniany ABS i szczyci się bardzo dobrym prowadzeniem, które docenimy na krętych, ale równych drogach. Cóż, tak naprawdę przed zakupem tak drogiego motocykla najlepiej jest umówić się na jazdę próbną. 

Moc w małym ciele zamknięta

Z jeszcze większą starannością należałoby podejść do zakupu najszybszych dostępnych na rynku motocykli z silnikami o mocy rzędu 200 KM i pojemności skokowej przekraczającej litr. Można sądzić, że aż 58,5 tys. zł, które trzeba zapłacić za Suzuki GSX1300 (czyli za legendarną Hayabusę), to ogromna kwota jak na pojazd, którym mogą jechać najwyżej dwie osoby, do tego niezbyt wygodnie i niemal bez bagażu. Tyle że w tym przypadku najważniejsze są osiągi. A te są, delikatnie mówiąc, niebanalne. Hayabusa potrafi rozpędzić się do 100 km/godz. w ok. 3 sek. i mknąć bez wytchnienia do 295 km/godz. Osiągnięcie tej prędkości zajmuje zresztą najwyżej kilkanaście sekund. To możliwości, jakie daje np. Porsche 911 Turbo S, które można mieć za ponad milion złotych. A McLareny czy Ferrari kosztują jeszcze więcej i nie zawsze są szybsze niż kultowy japoński motocykl. 

Hayabusa ma już wypracowaną renomę na rynku, ale w ofercie Suzuki znajdziemy też nieco skromniejszy, lecz również bardzo szybki motocykl GSX-R1000. Kosztuje 55,5 tys. zł i przez Suzuki reklamowany jest jako drogowy odpowiednik maszyn startujących w wyścigach MotoGP, do których ta japońska marka powróciła w 2015 r. Warto dodać, że to także najtańszy motocykl o tak dobrych osiągach – gwarantowanych przez 185-konny silnik. 

Zdecydowanie więcej, niemal 70 tys. zł, kosztuje 200-konne Kawasaki Ninja ZX-10R. Cóż, nowoczesne technologie nie są tanie, a Kawasaki wykorzystuje elementy konstrukcji wykonane z drogich stopów magnezu oraz tytanu. Japończycy podkreślają też, że model ten to właściwie konwersja wyczynowego motocykla, który zdobywa mistrzowskie tytuły w serii Superbike. Z tego też powodu ZX-10R jest sprzętem przeznaczonym dla wprawnych kierowców i najlepiej sprawdzi się podczas torowej, nie zaś drogowej jazdy. 

We wspomnianej serii MotoGP trzeba szukać też genów Yamahy YZF-R1. Motocykl ten kosztuje niemal 80 tys. zł, ale zbudowano go, wykorzystując doświadczenie zdobyte przy opracowywaniu wyczynowego YZR-M1. Jedną z interesujących cech tego 200-konnego modelu o prędkości maksymalnej 300 km/godz. jest rozbudowana elektronika zapewniająca bezpieczną, ale i bardzo szybką jazdę na torze. To moduł bezwładnościowy, który śledzi położenie podwozia motocykla i stara się – w ramach obowiązujących praw fizyki – przeciwdziałać uciekaniu przedniego lub tylnego koła na zewnątrz zakrętu (czyli po prostu poślizgom) czy też unoszeniu przedniego koła. Komputer dba również, by ułatwić ruszanie z maksymalnym przeciążeniem oraz umożliwia płynne i bezpieczne hamowanie. Elektronika nie zwalnia jednak nikogo z myślenia. Nie można też stwierdzić, że skoro i tak o wszystko zadba komputer, to możemy na YZF-R1 przesiąść się wprost z kilkukonnego skutera. 

Nieco trudniejsze w prowadzeniu jest natomiast BMW S1000 RR, którego litrowy silnik ma dokładnie 199 KM. BMW też wykorzystuje nowoczesną elektronikę, ale jej działanie jest jakby przytłumione. Tak, by to kierowcy dać pole do popisu. To dlatego S1000 RR jest motocyklem dla wymagających, ale i doświadczonych koneserów. O dziwo, produkt tej renomowanej i ekskluzywnej w świecie samochodów marki kosztuje mniej niż Yamaha, bo „zaledwie” 74 tys. zł. Jeszcze mniej, bo 71 tys. zł, trzeba zapłacić za Hondę CBR1000R Fireblade. Tyle że to motocykl o nieco mniejszej niż BMW i Yamaha mocy – jego silnik ma 181 KM. 

Na topie

Rekordzistami pod względem cen są produkty firm uznawanych u nas za niszowe, czyli Ducati oraz MV Agusta. Pierwsza z konstrukcji to model Ducati 1299 Panigale, który kosztuje niemal 100 tys. zł. Czy nie lepiej za te pieniądze kupić dobrze wyposażoną limuzynę klasy średniej? Jeśli porównamy osiągi – na pewno nie. Volkswagen Passat z dieslem może i mało pali, ale to Ducati jeździ równie szybko jak wiele z kultowych supersamochodów takich marek jak Porsche, Ferrari czy McLaren. Drugim z rzadko spotykanych motocykli jest MV Agusta F4. Model ten, kosztujący ponad 80 tys. zł, na pewno nie należy do najtańszych, ale znajduje się za to w elitarnym gronie motocykli o mocy maksymalnej prawie 200 KM. 

Te szalone maszyny u entuzjastów szybkiej jazdy powodują zwiększone wydzielanie adrenaliny, przyspieszają bicie serca, a czasem niestety powodują, że rozsądek wędruje na półkę. Prawda jest taka, że prowadząc je, nie warto ryzykować. Niesamowite osiągi? Owszem, są warte grzechu. Ale popełnijmy go na bezpiecznym torze wyścigowym. Zresztą rodowód tych maszyn sięga właśnie takich miejsc. A nie miejskich ulic lub wąskich dróg biegnących przez małe miasteczka, gdzie nikt nie spodziewa się pojazdu mknącego ponad 200 km/godz. i rozpędzającego się do tej prędkości szybciej niż większość modeli Porsche. 


Gdzie się ścigać

W Polsce jedynym torem wyścigowym z prawdziwego zdarzenia jest ten zlokalizowany pod Poznaniem. Tylko na nim można rozwijać naprawdę duże prędkości i sprawdzić się w warunkach, w jakich trenują zawodnicy. Tor Poznań organizuje zresztą otwarte dni dla motocyklistów o nazwie Speed Day. Wystarczy wybrać w kalendarzu odpowiadającą nam datę i opłacić wjazd na tor. Jednodniowe jazdy to koszt 390 zł, dwudniowe – 750 zł. Terminów jest sporo, np. w lipcu trzy, a w sierpniu aż cztery. 

Niestety nie ma w Polsce innych „szybkich” obiektów, jeśli zatem chcemy poćwiczyć sportową jazdę na jednośladzie trzeba pogodzić się z korzystaniem z nieczynnych lotnisk lub krętych wyścigowych torów kartingowych. 

Jeśli chodzi o tereny lotnisk, to najbardziej znane są te w Ułężu (w pobliżu miejscowości Ryki i drogi nr 17 Warszawa–Lublin) oraz w Bednarach (na północy wschód od Poznania). W obu przypadkach są to ośrodki doskonalenia technik jazdy, ale ten w Bednarach jest o wiele lepiej wyposażony. Z punktu widzenia motocyklistów zaletą tych miejsc są długie pasy startowe, na których można rozwinąć dużą prędkość. 

Torów kartingowych jest zaś w Polsce kilkanaście. Najciekawsze obiekty to m.in. Autodrom Jastrząb (w pobliżu Szydłowca, przy drodze nr 8 Radom–Kielce), Awix Racing Arena pod Toruniem, Motopark w pobliżu Koszalina czy też tor kartingowy w Miedzianej Górze koło Kielc. Swoje tory mają też Bydgoszcz, Radom, Szczecin, Suwałki. 

 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

25 najlepszych polskich startupów

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?