Dookoła świata

Betonowa dżungla, gdzie powstają sny

© Getty Images

Wielkie Jabłko, stolica świata, miasto marzeń o tysiącach twarzy i jeszcze większej liczbie miejsc do odkrycia. Nowego Jorku się nie zwiedza, tylko eksploruje, niczym zjawiskowy  twór przyrody. Pokocha się go szybko, choć nie od razu. 

Pierwsze wrażenie to poczucie przytłoczenia. Mówi się, że w Ameryce wszystko jest większe. Nawet jeśli tak, to w Nowym Jorku jest gigantyczne. Sama podróż z lotniska Kennedy’ego na Manhattan to bite trzy godziny jazdy. W tym momencie muszę pochwalić LOT, którego samoloty lądują tu późnym wieczorem. Ponieważ w Polsce jest wtedy wczesny ranek następnego dnia, pójście do łóżka od razu po przyjeździe umożliwia niemal natychmiastową aklimatyzację. 

A ta jest potrzebna, by już od pierwszego dnia bez ograniczeń cieszyć się miastem, od którego aż kręci się w głowie. Każdy doświadcza go inaczej. Jest trudne, dla niektórych nawet zbyt trudne, ale nagradza wytrwałych, odwdzięczając się wspaniale spędzonym czasem, po którym zostaje okruch nostalgii, czasem przeradzający się w pytanie: „dlaczego ja tam nie mieszkam”?

Mrowie

Na czym polega trudność tego miasta? Wyobraźmy sobie, że zainstalowaliśmy się już w naszym lokum na Manhattanie. Oczywiście – zrobiliśmy najbardziej beznadziejną rzecz. Ale co z tego? Mógłbym powiedzieć, żeby od razu szukać noclegu na Brooklynie, tylko po co? Wiadomo, że każdy, kto jedzie do Wielkiego Jabłka pierwszy raz, będzie chciał mieszkać na tej ikonicznej wyspie. I trudno turystów za to winić, choć za ten błąd przyjdzie im zapłacić. 

Dowiedzą się tego już po wyjściu na pierwszy spacer. Nowy Jork nie jest miejscem, które można zwiedzać, trzymając się jakiegoś planu. Tu po prostu wszystkiego jest za dużo. Stanąwszy z mapką, nagle uświadomimy sobie, że... nie bardzo wiadomo, co robić. Skręcimy w lewo – okaże się, że czeka na nas milion atrakcji. Spojrzymy w prawo – to samo. Zechcemy pójść prosto – też ciężko się będzie opędzić od miejsc, które zajmują czołowe miejsca w rankingach must see. Albo po prostu takich, które chcielibyśmy zobaczyć, ze względu na ulubioną książkę, film czy płytę. 

Poza tym klimat tego miasta to nie tyle budynki, w tym wypadku imponujące manhattańskie niebotyki, ile ludzie. A jest ich mrowie. Nie tylko miejscowych, nowojorczyków. Także turystów. Naprawdę straszne tłumy, bo niezależnie od pory roku jest to bodaj najchętniej odwiedzane miejsce na Ziemi. I wszyscy gdzieś biegną. 

Turystyka przejawia się też w ogromnej liczbie naganiaczy, którzy próbują nam sprzedać wycieczki w najbardziej oblegane miejsca. Naganiacze? Nie, to byłaby dla nich obelga. Są to wykwalifikowani manipulatorzy, którzy w ciągu 2 min potrafią przekonać niemal każdego, że wydanie 100 dol. na dwugodzinne sterczenie w kolejce do Empire State Building jest marzeniem jego życia i bez tego wyjazd do Nowego Jorku będzie niepełny. 

Najczęściej oferują kilka atrakcji w pakiecie (np. zwiedzanie Statuy Wolności i właśnie Empire State). Często jednak okazuje się, że wszędzie trzeba odstać swoje. No, chyba że wykupi się droższy pakiet, bo wtedy wszelkie niedogodności stają się mniejsze albo cudownie znikają...

Można jednak zdecydować się na tańszą, lecz równie satysfakcjonującą opcję, czyli wspomniany spacer. Orientacja na wyspie jest zresztą prosta. Ulice biegną ze wschodu na zachód, ponumerowane rosnąco od południa ku północy. Przecinają je ciągnące się z południa na północ aleje, ponumerowane rosnąco ze wschodu na zachód. 

Odkrywanie Manhattanu można zacząć od Central Parku. To dobry wybór, by otrząsnąć się z szoku po pierwszym spotkaniu z pędzącym miastem. Nie to, że tam nie będzie tłumów. Przy dobrej pogodzie są gwarantowane, ale chociaż nie będzie samochodów. To jedno z tych miejsc, które zdecydowanie warte są swojej opinii. Poza tym polskie serce żywiej zabije na widok... pomnika króla Władysława Jagiełły. 

W Central Parku znajduje się Metropolitan Museum of Art. To najstarsza tego typu placówka w Ameryce. Jej dumą jest zwłaszcza kolekcja malarstwa europejskiego obejmująca m.in. dzieła Van  Gogha, Rembrandta, Cézanne’a, Renoira czy Rafaela. Dla miłośników sztuki pozycja obowiązkowa. 

Nieopodal parku jest kolejne muzeum, tym razem sztuki nowoczesnej – Museum of Modern Art, czyli słynne MoMA. Warto doń zajrzeć, nawet jeśli na sztukę jest się obojętnym. Muzealny sklep oferuje bowiem mnóstwo fajnych, oryginalnych gadżetów. Garnki, elektronika, książki, wyposażenie domu, biżuteria... wybór jest przeogromny. Dlatego dobrze jest jeszcze przed wyjazdem przejrzeć katalog sklepu, dostępny online. 

Spacer Siódmą Aleją

Z MoMA można iść w dół, w stronę Mostu Brooklyńskiego do miejsca, gdzie niegdyś stały budynki World Trade Center. Lub też podjechać tam metrem, bo to solidny spacer. Jeśli jednak ten nam niestraszny, możemy podążyć np. Siódmą Aleją. Po drodze miniemy m.in. słynną salę koncertową Carnegie Hall, wieżowce Rockefeller Center czy równie sławną halę Madison Square Garden. Każde z tych miejsc zasługuje na uwagę, ale to kwestia indywidualnych preferencji. Wymieniam je jako maleńką próbkę ogromu tutejszych atrakcji. 

Na naszej trasie będzie też Chelsea Hotel. Kiedyś, nim zaczęto nadużywać słowa „kultowy”, opisywano nim właśnie takie miejsca. Niezbyt efektowny architektonicznie budynek ma coś, czego niejedna budowla na świecie może mu pozazdrościć: duszę. Mieszkali tu Mark Twain, Tom Waits, Alan Ginsberg, Miloš Forman, Bob Dylan, Janis Joplin czy Charles Bukowski. Rozgrywały się tu dramaty i powstawały wielkie dzieła. Nic dziwnego, że Amerykanie uważają Chelsea Hotel za pomnik kultury. 

Zbaczając jeszcze bardziej z Siódmej Alei, znajdziemy się na Broadwayu. Na rogu 12. ulicy znajduje się księgarnia Strand – jedna z największych w Nowym Jorku. Przebogata oferta sprawia, że można tam zniknąć na długie godziny. To istny raj dla każdego prawdziwego bibliofila. 

Po drodze do miejsca, gdzie niegdyś było World Trade Center, miniemy także Wall Street. Sam pomnik ofiar ataku na WTC robi wrażenie bardziej odpychające niż przygnębiające. Na miejscu wież zbudowano dwa wielkie i głębokie otwory wyłożone czarnym kamieniem, których dna z perspektywy przechodnia nie widać. Po ścianach w tę głębię spływa woda. Jest to monumentalna realizacja, ale miejsce to trudno nazwać przyjaznym. Może zresztą taka była intencja twórców – obserwujący nie powinni czuć się komfortowo. 

Pomnik znajduje się tuż obok nabrzeża, z którego widać majaczącą w oddali, ikoniczną Statuę Wolności. Jeśli ktoś nie ma ochoty (albo czasu) wykupić zwiedzania Statuy, może się udać promem na Staten Island. Przepływa on na tyle blisko pomnika, że na widoki z pewnością nie można narzekać. 

Obok Statuy znajduje się wyspa Ellis. Niegdyś były to wrota Ameryki. Tu zatrzymywały się statki z imigrantami z Europy, którzy przechodzili selekcję (co pokazuje słynna scena z filmu „Ojciec chrzestny II”). Kto nie znalazł uznania w oczach urzędników, był zawracany do Starego Świata. Jako że często ludzie ci byli wysyłani za ocean za pieniądze, na które składała się cała rodzina lub lokalna społeczność, Ellis Island widziała wiele dramatów. Odrzuceni przez oficerów imigracyjnych, kiedy zdawali sobie sprawę ze swojego losu, skakali do morza i próbowali dopłynąć do swojej ziemi obiecanej. To im głównie jest poświęcone muzeum, które znajduje się teraz na wyspie. 

Na drugą stronę East River

Spod pomnika pamięci ofiar WTC możemy też udać się przez Most Brooklyński na Brooklyn. Najlepiej rowerem. Po zatłoczonym Manhattanie Brooklyn jest niczym turystyczny Święty Graal. Pierwsze, co uderza, to cisza, spokój i lokalna atmosfera. Drugie – to nieziemski widok na wieżowce Manhattanu. No i trzecie – oryginalne i stosunkowo mało oblegane tutejsze knajpki. 

Godny polecenia jest np. Brooklyn Brewery, gdzie spróbujemy różnych piw warzonych na miejscu. A przy okazji zjemy świetne dania rodem z amerykańskiego Południa. Warto przyjść tu – nomen omen – po południu. Na pewno nie będzie problemu ze znalezieniem miejsca. 

W dodatku bliziutko stąd do Williamsburga – jednej z najpopularniejszych dzielnic Nowego Jorku. Co ciekawe, można tam spotkać wielu naszych rodaków. W końcu nie jest to miejsce zbyt odległe od Greenpointu, czyli „małej Polski”. Ale w Williamsburgu przesiaduje głównie młodsze pokolenie Polaków. Bywalcy miejscowych knajp (sporo ma polskie nazwy, ale, w odróżnieniu od Greenpointu, próżno tu szukać nostalgicznej cepeliady) równie dobrze mogliby znaleźć się w okolicach pl. Zbawiciela w Warszawie i nikt nie zauważyłby różnicy. 

Każdy artykuł musi się kiedyś skończyć, a tu czeka jeszcze mnóstwo rzeczy, o których wypadałoby chociaż wspomnieć... Bo co np. z wyprawą na Coney Island na słynnego Coney Island Hot Doga? Można by też napisać krótki przewodnik po jedzeniu lub choćby tylko po street foodzie, którego Nowy Jork jest królestwem. Albo napisać o tym mieście jako o zakupowym raju, który pozwala nie tylko zaoszczędzić, ale także, a nawet przede wszystkim, poczuć ogromną satysfakcję. Tudzież o niezwykłym parku-ogrodzie High Line, który ciągnie się na miejscu dawnej, biegnącej wysoko nad ziemią linii kolejowej w zachodnim Manhattanie. Tę estakadę, zrewitalizowaną z zachowaniem resztek torów, właściciele okolicznych nieruchomości chcieli wcześniej zburzyć. Dziś inspiruje miasta na całym świecie, a ceny tutejszych domów rosną... I tak dalej... I tak dalej...

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty