Pasje

Szata człowieka biznesu

© W. Mazur

Od 1989 r. sporo się zmieniło w polskim biznesie, ubiór też. Lata 90. to był szał, każdy chciał się dorobić i pokazać.  Potem, u progu nowego milenium, zaczęło się ściganie Zachodu. Dziś wygląda na to, że wreszcie idziemy łeb w łeb, być może wyleczeni z kompleksów. 

W 1992 r. mój ojciec założył swoją pierwszą firmę. Zajmowała się budową obiektów sportowych. Byłem wtedy dzieckiem. Pewnego dnia (chyba w 1995 r.) spytałem, dlaczego nie chodzi do pracy w garniturze. Odpowiedział, że „szary uniform” jest dobry dla akwizytora, a biznesmen powinien mieć swój styl. 

Niedawno jechaliśmy do Łowicza, ojciec w interesach. Jak zwykle był fajnie ubrany: białe dżinsy, T-shirt, sportowa koszula. No i miał swoje charakterystyczne buty z niebieskiej skóry. Przypomniałem mu rozmowę sprzed 20 lat i spytałem, co się zmieniło. 

– Wszystko! – roześmiał się. – Ludzie chcieli wtedy wyglądać po zachodniemu, tylko nikt nie wiedział, co to znaczy. Kupowało się na bazarach. To się zmieniło, kiedy zaczęliśmy robić interesy z Niemcami. Niemcy nauczyli nas się ubierać. 

Po butach ich poznacie

W okresie transformacji mnóstwo osób zaczęło robić interesy, a także wkładać codziennie garnitur. Tego nie robił wcześniej niemal nikt w ich otoczeniu i generalnie nie wiedziano, co z czym łączyć i jak to nosić. Za PRL-u zanikła ponadto charakterystyczna kiedyś dla polskiej tradycji wiedza, że odpowiednie buty to podstawa. Jednocześnie wraz z uwolnieniem gospodarki do kraju napłynęło mnóstwo markowych ciuchów z mniejszego i większego importu (oraz ich podróbek kupowanych też chętnie podczas modnych wakacji w Turcji czy Egipcie). Zaczęła się logomania i pojawił mocno wtedy wyśmiewany stereotyp „białej skarpety” – przedsiębiorcy czy menedżera, który epatuje metką Hugo Bossa albo Armaniego, a do za dużego garnituru zakłada białe sportowe skarpetki („czyściuteńkie”) i mokasyny. 

Piotr Mencina, specjalizujący się w rozwoju osobistym i kształtowaniu wizerunku osób i organizacji, a w latach 90. właściciel firmy reklamowej Anico, dobrze pamięta ten „malowniczy okres”. – Pierwsi biznesmeni mieli ogromną potrzebę pokazania swojego sukcesu – wyjaśnia. – Jednak już kilka lat po transformacji pojawiły się dobre zmiany – wraz z przedsiębiorstwami zagranicznymi, które dostrzegły w Polsce potencjał inwestycyjny. Zamożna kadra menedżerska dawała przykład, a zarządy zaczęły wymagać od polskich współpracowników dopasowania. 

Mój ojciec z kolei wspomina, jak źle dobrane buty raziły naszych zachodnich sąsiadów. – Gdy spotykałem się z niemieckimi przedsiębiorcami, w pierwszej kolejności patrzyli mi na stopy. Mogłeś być ubrany w dżinsy i T-shirt, ale buty musiały być pierwsza klasa. A nasi chodzili w takich wymiętolonych, często na byle jakiej gumowej podeszwie. 

W 1997 r. „Businessman Magazine”, nieistniejący już, ceniony niegdyś polski magazyn biznesowy, opublikował dodatek „Styl biznesmena”. Znalazł się tam m.in. obszerny artykuł o butach zawierający porady, które do dziś są aktualne. Dobry but musi być wykonany z naturalnych materiałów, najlepiej ze skóry. Ta wygląda elegancko, a poza tym oddycha, przez co stopa mniej się poci. Natomiast stopa w białej skarpetce, przeważnie wykonanej z grubego frotté, duszona w syntetycznej cholewce z gumową podeszwą, to raczej rodzaj broni biologicznej. 

Gadżety dla chłopców i dziewczynek

Artystyczna Pracownia Krawiecka J. Turbasa działa nieprzerwanie od 1946 r. Prowadził ją najpierw Józef Turbasa, a teraz ster przejął jego syn Jerzy. Szyła garnitury dla Andrzeja Wajdy, Stanisława Lema, Aleksandra Kwaśniewskiego... I dla wielu nowych ludzi interesu. – Młody, dopiero rodzący się biznes miał potrzebę posługiwania się krzykiem. Swój sukces ekonomiczny demonstrował grubymi złotymi łańcuchami na szyi i przegubach rąk – mówi Jerzy Turbasa. 

Podobnie jak Mencina jest zwolennikiem klasycznej elegancji. Nie sztywnej, „nakrochmalonej”, ale naturalnej dla danej sytuacji. Kiedy podpisuje się kontrakt wart miliony, nie wypada ubrać się za grosze, bo to wygląda jak brak szacunku dla partnera. Przestrzeń, w której elegancki biznesmen może wyrazić swój indywidualizm, tworzą dodatki. To coś, czego nasi przedsiębiorcy uczyli się przez lata, bo zaczynali właśnie od owych topornych złotych akcesoriów. 

Problem dotyczył też kobiet, które lubiły obwiesić się biżuterią jak choinka. W 1997 r. „Businessman  Magazine” radził im sięgać po biżuterię subtelną, jasną. Najlepiej po białe złoto, platynę i perły – zakładane z daleko posuniętym umiarem. 

Panowie dość szybko załapali, że od łańcuchów lepiej sprawdzają się skórzane teczki, pióra Parkera, no i oczywiście zegarki. W słowniku lat 90. Tag Heuer znaczyło „sukces” (podobnie jak Longines czy Patek Philippe). Niestety, jeszcze na przełomie wieków biznesmeni mie­li z zegarkami podobne problemy jak z garniturami: po pierwsze, popisywali się nimi jak dzieci, a po drugie, kupowali podróbki. Bywało, że po jakimś oficjalnym spotkaniu, gdy już podano koktajle, a kołnierzyki zostały rozpięte, ktoś zdejmował zegarek i pokazywał go wszystkim dookoła, niczym figurkę G.I. Joe. 

Dziś takie sytuacje są rzadkością. Zresztą modę na markę przyćmiewają moda na eko i indywidualizm. Ciekawostkę stanowią raczej ręcznie robione zegarki z drewna. 

Ważną część stroju biznesmena czy bizneswoman stanowi też komórka. Zaczęło się od alcateli wielkości cegłówki, odzywających się znienacka w aktówce. Potem przyszła kolejna moda – na Blackberry, jedne z pierwszych telefonów umożliwiających łączenie się z internetem i sprawdzanie e-maili, a przy tym wyglądających bardzo elegancko. Niestety, ich producent przegapił rewolucję ekranów dotykowych. Obecnie prym wiodą oczywiście iPhone’y, chociaż różnice w ofercie powoli się zacierają. Zresztą drogi telefon może mieć każdy, więc nie buduje on już prestiżu przedsiębiorcy. 

Dress code

Dress code to kanon, ale też kod, czyli narzędzie komunikacji. Zdaniem Menciny ma określać pewne normy we wzajemnych kontaktach, szczególnie na styku odmiennych kultur. Za PRL-u problem ten dotyczył nielicznych, ale wraz z nadejściem demokracji wkroczył na biznesowe salony (i saloniki). Kobiety często zakładały garnitury i przypominające uniform kostiumy. Tak zrodziła się bizneswoman, superbohaterka, która – w odróżnieniu od Wonder Woman – ukryła swe kobiece wdzięki, aby za oręż służyły jej tylko kompetencje. Co ciekawe, w tym samym czasie za Wielką Wodą postać ta właśnie przykładała wymanikiurowany palec do osłabienia dress code’u. 

W 1995 r. w „The New York Times” ukazał się artykuł „90s Credo: Dress Down for Success”, którego autor ubolewał nad rozluźnieniem zasad dotyczących ubioru w firmach i pojawieniem się takich rzeczy jak casual Friday (w Polsce zwany też „piątkiem bez krawata”, wolnym od dress code’u). Wskazano przy tym dwoje winowajców: Stevena Spielberga (który, powiadamiając oficjalnie o utworzeniu wytwórni DreamWorks Pictures, ośmielił się wystąpić w sportowej koszuli w kratę, spod której wyzierał biały T-shirt) i zapracowaną bizneswoman. Ona z kolei wprowadzała do biura odrobinę chaosu, chcąc w czasie przerwy na kawę odwieźć dzieciaki do przedszkola, a zamiast iść na lunch, poćwiczyć jogę. 

Przez ostatnie 20 lat sporo się zmieniło. W 1997 r. dziennikarze z „Businessman Magazine” przekonywali przedsiębiorców, że użycie kremu do twarzy niczego im nie ujmie. Wkrótce potem przyszła moda na metroseksualizm (sam termin pochodzi z 1994 r.) i prawo facetów do dbania o siebie. Tę postawę promował choćby David Beckham. Dziś coraz śmielej mówimy o tacierzyństwie. A co z kobietami? Cóż, w świecie biznesu, wciąż dość zmaskulinizowanym, nadal wiele z nich wbija się w „garnitur”. 

Syndrom Jobsa

W latach 90., najpierw w USA, pojawił się nowy rodzaj przedsiębiorców wywodzących się z branży nowych technologii. Tych młodych szefów modnych spółek przezywano nerd-CEO’s (nerd to „pryszczaty frajer”, który zbyt dużo czasu spędza przed komputerem, a CEO to prezes). Potrafili założyć adidasy do garnituru! Na czele stawki stanęli Bill Gates i Steve Jobs. Ten drugi miał się stać twarzą całego ruchu, ale to dopiero po 2001 r., po bańce internetowej i debiucie iPoda. To wtedy utrwalił się jego image niedogolonego faceta w czarnym golfie. 

Przez lata do grona nerd-CEO’s dołączyli m.in. Jeff Bezos, twórca Amazona; Larry Page i Sergey Brin, założyciele Google’a, czy Mark Zuckerberg od Facebooka. Tylko że w XXI w. nikt nie nazywał ich już nerdami. Zostali gwiazdami. Startupy i ich szefowie w trampkach stali się codziennością. W 2014 r. Peter Thiel, współzałożyciel PayPala i znany menedżer funduszy hedgingowych i venture capital, w swojej książce „Zero to One” radził: „W interesach nie zadawaj się z ludźmi w garniturach”. 

Czy to znaczy, że dress code został unicestwiony? Bynajmniej. Po prostu w Dolinie Krzemowej powstała jego nowa wersja, a jego zasadnicze elementy stanowią sportowe buty, bluzy z kapturem i T-shirty. Świat to podchwycił, Polska także. 

– Dżinsy i tenisówki nie są gwarancją kreatywności, terminowości czy uczciwości w biznesie – tłumaczy Mencina. – Są raczej sygnałem stanu ducha i filozofii życiowej. Stanowią ważną informację dla potencjalnego partnera. Jeśli na rynku jest kilka zbliżonych ofert, klient prawdopodobnie wybierze dostawców podobnych do siebie. 

Notabene pojawiają się już żarty, że w dobie tylu wyluzowanych biznesmenów prawdziwie  kreatywny i niezależny wydaje się ten w garniturze... do którego, broń Boże, nie założył czerwonych trampek. 

------------------------- 

Jerzy Turbasa, właściciel Pracowni Artystyczno-Krawieckiej J. Turbasa

Genialność kroju marynarki polega na tym, że w przeciwieństwie do dżinsów, T-shirtów czy swetrów nie ujawnia wad naszej budowy. Dobrze skrojony garnitur potrafi „ukraść” 10 kg podatku od apetytu, poszerzyć wątłe ramiona czy klatkę, tak uformować sylwetkę, by przedstawić ją w jak najkorzystniejszym świetle.

-------------------------

Piotr Mencina, założyciel Instytutu Rozwoju Osobistego Constant Growth

Jeśli chcesz wyglądać jak Steve Jobs, musisz być Steve’em Jobsem.

-------------------------

Ubiór i psyche

W 2015 r. zespół naukowców pod kierownictwem Abrahama M. Rutchicka, profesora psychologii na Uniwersytecie Stanu Kalifornia, opublikował artykuł „The Cognitive Consequences of Formal Clothing” (Konsekwencje poznawcze formalnego ubioru). Dowodzi się w nim, że formalny ubiór sprzyja tzw. abstrakcyjnemu przetwarzaniu informacji, co z kolei przekłada się na bardziej długoterminowy i całościowy sposób myślenia. To kwestia komunikacji społecznej. Zakładając garnitur, mundur czy sutannę, symbolicznie zmieniamy swą funkcję społeczną, co wzmacnia nasze poczucie przynależności do grupy. W pewnym sensie odrywamy się od tego, kim jesteśmy indywidualnie, i stajemy tym, co reprezentuje nasz strój (stąd ta „abstrakcyjność”). Przez to trudniej nas np. obrazić czy wywołać inną reakcję emocjonalną. Amerykanie nie bez powodu urzędników czy prawników nazywają suits, czyli garnitury, „garniaki”. Bo to są przede wszystkim „gadające ciuchy”.

Odkrycia naukowców pozwalają lepiej zrozumieć katastrofę, jaka spotkała polską modę biznesową na początku lat 90. Ludzie chcieli się wyrwać z ograniczeń, także tych związanych z biurokracją czy ciasnotą mieszkań. Co więcej, chcieli poczuć władzę – rozumianą jako możliwość wyboru i silnego wpływania na własne życie. Nie mogli tego wszystkiego dostać z dnia na dzień, ale przynajmniej mogli się przebrać za kogoś, kto to ma.

-------------------------

Piotra Menciny przewodnik po kolorach

- Kolory ciemne (grafitowy, granatowy, ciemne odcienie szarości) to elegancja, powaga i prestiż.

- Kolory metaliczne to przepych i bogactwo; dobre do efektownych dodatków.

- Kolory jaskrawe – dynamizm i aktyw- ność; podkreślają osobowość, także dobre do dodatków.

- Kolory pastelowe – finezja i delikatność; koszule i bluzki w tych barwach to świetne uzupełnienie ciemnego żakietu lub garnituru.

- Kolor niebieski – zaufanie.

- Kolor czarny jest zarezerwowany na szczególnie podniosłe okazje i wieczorne spotkania.

- Tzw. kolory lasu (brązy i beże) są dobre na okazje prywatne i nie pasują do stylizacji biznesowych.

-------------------------

Kiedy idziesz na spotkanie biznesowe

- Załóż ubranie czyste, wyprasowane, nieznoszone.

- Bądź schludny, pachnący i zadbany. Jeśli ktoś nie umie zadbać o siebie, sprawia wrażenie, że nie umie też zatroszczyć się o firmę.

- Sprawdź, do kogo idziesz. Większość firm ma strony internetowe, zajrzyj tam, spróbuj wyczuć atmosferę. Możesz nawet zadzwonić i zapytać o dress code. Biznesmeni często zakładają profile na Facebooku, LinkedIn czy GoldenLine. Zobacz, jak są ubrani i jak się zachowują na zdjęciach.

- Zastanów się, co mówią o tobie twoje ubrania.

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty