Liderzy

Gospodarz pachnących pól

Silna firmowo-rodzinna drużyna Lewandowskich. Od lewej: Łukasz (dyrektor administracyjny), Marek (dyrek­tor produkcji) i Marcin (dyrektor sprzedaży). Fot. materiały prasowe

Marcin Lewandowski i jego najbliżsi współtworzą na Kujawach  kolejne rozdziały odwiecznej historii człowieka i ziół. 

Zioła leczą, uspokajają, upiększają, wydobywają smak potraw i pięknie pachną. Są ich niezliczone gatunki i niejednokrotnie ogromnie je ceniono. Już biblijny król Salomon nad „tłustego wołu” przedkładał „miskę gorzkiego zioła”. Kilkaset lat temu rywalizowały o nie europejskie kompanie handlowe. 

Spółka FZL z ziołami ma do czynienia nieco krócej: od ćwierćwiecza. Wyrosła w małej miejscowości o wdzięcznej nazwie Kruszynek, na Kujawach, które słyną z dobrych ziem. Założyciel firmy Marek Lewandowski nie zainwestował w pszenicę ani w popularne w tym regionie sadownictwo, tylko w synów, Marcina i Łukasza, oraz w uprawę ziół, w czym pomogło mu doświadczenie z czasów współpracy z Herbapolem. Z dużym wyprzedzeniem wyczuł trend rynkowy i potrzebę powrotu do tego, co naturalne, proste, zdrowe. Wraz z synami uprawia zioła i skupuje je od kujawskich rolników, po czym przetwarza na wielką skalę, co umożliwia nowoczesna technologia. Mimo tej skali Lewandowscy podkreślają, że jakość to u nich sprawa nadrzędna. 

Kluczowe dla nich było wejście Polski do UE, bo ułatwiło dostęp do najważniejszych rynków. Dziś mają blisko 150 ha pól pełnych ziół, a na kolejnym tysiącu uprawiają je dla nich przeszkoleni rolnicy z okolicy. Z tego bogactwa powstaje ok. 50 produktów – dla przemysłów: spożywczego, kosmetycznego, herbacianego, farmaceutycznego – przebadanych w najlepszych laboratoriach Europy. Sprzedają tylko hurtowo. Kilka produktów z FZL zaspokaja 10–20 proc. światowego popytu, parę innych – 50 proc. europejskiego zapotrzebowania, ale trzeba pamiętać, że często chodzi tu o towary niszowe, oferowane przez niewielu dostawców. Cała Francja produkuje np. rocznie ok. 60 ton tymianku, a FZL – jakieś 400–500 ton. – Wydaje mi się, że nasze nazwisko w Europie jest dość dobrze znane i to nie tylko dzięki Robertowi, który strzela po kilka bramek miesięcznie – mówi Marcin Lewandowski, choć dodaje, że swoje spotkania biznesowe w Niemczech, we Włoszech, w Anglii czy Hiszpanii musi nieraz zaczynać od odpowiedzi na pytanie, czy znany piłkarz to jego rodzina. – Zastanawiam się, kiedy Robert prześle mi fakturę za używanie swego znaku towarowego – uśmiecha się. 

Siła spokoju

Marcin jest w firmie „numerem dwa”, po ojcu, ale uważany jest za jej dyrygenta i wizjonera. Został prezesem, odpowiada za eksport i – jak sam przyznaje – nosi przydomek „dyktator”. Bo to on czuwa nad terminami. – Spisujemy pomysły, kłócimy się, unikamy na korytarzu, zmieniamy temat przy lunchu. Każdy broni swojej wersji. W końcu mówię, że nasz klient już dłużej nie da rady czekać i musimy podjąć ostateczne decyzje dzisiaj – opowiada. Najbardziej jednak ceni współdziałanie i siłę zespołu. 

Pracę u ojca zaczął, nim skończył osiemnastkę. Zastąpił chorą tłumaczkę z języka niemieckiego. Jeszcze przed wyjazdem na studia dostał firmowy laptop i komórkę, awansował na kogoś w rodzaju asystenta, odpowiadał za faksy do wybranych klientów. Na SGGW celowo wybrał rolnictwo. Chciał poznać technologie, które można by łatwo zastosować w produkcji zielarskiej. Przyznaje, że nie myślał o własnym biznesie. Zresztą czuje się bardziej kompetentny w optymalizacji rzeczy już działających niż w zaczynaniu od nowa. 

Uważa, że z potknięć rodzi się zwykle coś dobrego. Pamięta reklamację sprzed kilkunastu lat, złożoną przez klienta z Niemiec. Pojechał do niego. Zaproponował mu natychmiastowy zwrot towaru, poprawę jakości i ponowną szybką dostawę. Efekt? Faktura obciążeniowa na kilka tysięcy euro i nowe zamówienie na ponad 100 tys. euro. – Obecnie jesteśmy największym dostawcą tego klienta. 

Z natury jest spokojny. Otoczenie ocenia, że nawet flegmatyczny. Widzi w tym zaletę, bo „siła spokoju” sprzyja koncentracji i kreowaniu odpowiednich strategii, aby można było prognozować zyski nie w perspektywie kwartału, ale kilku lat. Ten spokój przekłada się też na odporność na przeciwności. A tych w rolnictwie z pewnością nie brakuje, weźmy choćby nagłe zmiany pogody czy klimatyczne. Do tego dochodzą zawirowania polityczno-gospodarcze: embargo rosyjskie, dominacja Chin w produkcji ziół, dezintegracja ważnych dostawców w branży, np. Ukrainy czy Syrii, wahania kursów walut... 

Zmysły na pełnych obrotach

Pytany o największą zawodową frajdę Marcin wskazuje na dobre świadectwa jakości z zewnętrznych laboratoriów i na kontrakty odnawiane przez klientów. Lecz po chwili z pasją opowiada o samych ziołach: – Aromaterapia w naszych halach produkcyjnych ma większe stężenie niż w najlepszych spa. A od tabletki uspokajającej lepsze jest potarcie liści melisy o dłoń i wdychanie zapachu przez kilka sekund. 

Ponieważ jest fachowcem, dodaje jeszcze, że dobrze, aby liście te pochodziły z melisy dwu-, trzyletniej, rosnącej na zewnątrz, w nasłonecznionym miejscu. – Natomiast ekstrakt z różeńca górskiego zadziała jak wypicie naraz 20 kaw lub 50 litrów czołowego napoju energetycznego. I najważniejsze, że nasz różeniec jest bezpieczny – podkreśla. 

Z ziół najbardziej lubi te tradycyjne, obecne w życiu człowieka od dawien dawna, jak właśnie melisa, czarnuszka, kminek. Są też godne uwagi nowości, np. oparte na babce płesznik produkty błonnikowe. 

Marcin nie wątpi w jasną przyszłość branży i FZL. Cytuje kolegę po fachu, który twierdzi, że dopóki na 10 reklam telewizyjnych adresowanych do kobiet, pięć zachwala produkty zawierające ziołowe komponenty, zielarzom bezrobocie nie grozi. – Steve Jobs mawiał, że XXI w. będzie stuleciem biotechnologii. A ona potrzebuje naturalnych komponentów – prostych surowców pochodzenia biologicznego, które za pomocą technologii staną się superżywnością czy naturalnymi substancjami spełniającymi wiele nieznanych nam jeszcze funkcji leczniczych, zdrowotnych, estetycznych, użytkowych – mówi Marcin. Piękno swej branży widzi także w tym, że tworzy ją kilkanaście tysięcy produktów, a każda firma ma swoją wąską specjalizację – maksymalnie kilkadziesiąt wyrobów. 

Jedyna zawodowa alternatywa, jaka przychodzi mu do głowy, to zostanie polskim Davidem Attenborough, bo od dziecka fascynuje go przyroda. Ma już za sobą debiut na małym ekranie: w wieku 14 lat wystąpił w programie edukacyjnym TVP. – Niestety, to było może 10 sekund bez prawa głosu – wspomina. Najciekawsze w tej historii jest to, że program dotyczył uprawy wiesiołka, z którego nasion wytłacza się olej mający wszechstronne działanie lecznicze i upiększające. FZL jest dziś jego niemal monopolistycznym dostawcą na rynek europejski.

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Boom na drony

Cztery sposoby na podatki

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty

Zamiast dziel i rządź - mnóż i zarządzaj!