Ring

RING: Czy plan rządu dla gospodarki jest realny czy nie

© Reporter

Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

Od dłuższego czasu panowało dość powszechne przekonanie, nawet w środowiskach odległych od PiS, że dotychczasowy model rozwoju kraju się wyczerpał. Dokument zaprezentowany przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego trafnie definiuje pułapki, w jakich się znaleźliśmy (w największym skrócie: pułapka średniego rozwoju, przeciętności, słabości instytucji i problemów demograficznych). Podzielamy jego diagnozę i to, co zaproponował jako środki realizacji napiętych, niemniej realnych celów. Choćby dlatego, że przedstawił coś, co jest w dużej mierze zbieżne z naszymi pomysłami.

Mamy wreszcie plan napisany przez technokratę, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Program opiera się bowiem nie na wręcz baśniowych marzeniach, jak to wcześniej bywało (centrum designu w Łodzi, centrum technologiczne w Warszawie), ale na tym, co mamy, co faktycznie istnieje i działa. Choćby Dolina Lotnicza czy całkiem spore zasoby przemysłowe, które ów plan zamierza wzmocnić. Tu Mateusz Morawiecki naprawdę się postarał, bo osadził wyznaczanie kierunków w konkretnych realiach. Nie próbuje wymyślać na siłę rzeczy, których nie ma.

Wydaje nam się co prawda, że wicepremier nie docenia twórczej destrukcji wolnego rynku i energii polskich przedsiębiorców (z planktonu gospodarczego może wiele wyrosnąć), jednak zakładamy, że jego doświadczenie wyniesione z biznesu sprawi, iż nie będzie mówił, co i jak produkować. Tak też rozumiem pomysł powołania Polskiego Funduszu Rozwoju.

Moim zdaniem to zapowiedź konsolidacji i profesjonalizacji instytucji wspierających polski biznes i eksport, co jest postulatem, który środowiska gospodarcze podnosiły od lat. Wierzę, że PFR będzie działał jak sprawna komercyjna firma, a nie ociężały urząd. Wbrew wielu obawom, rolę państwa wskazano jako siłę pomocniczą dla przedsiębiorstw, a nie jako dostawcę produktów i usług. Jego celem pozostanie wzmocnienie, rozwinięcie, uporządkowanie, wsparcie czegoś już istniejącego.

Strategicznie rzecz biorąc, rozwój Polski ma się opierać na polskim kapitale oraz rodzimych oszczędnościach i firmach. Mam nadzieję, że ta deklaracja zakończy erę faworyzowania zagranicznych korporacji. Nie chcemy ich dyskryminacji, ale pragniemy, żeby konkurowały z nami na równych zasadach. Choćby dlatego przedsiębiorcy wiążą duże nadzieje z tym planem i ufamy, że wicepremier otrzymał odpowiednie umocowania polityczne, żeby go zrealizować. Że nie ugrzęźnie w bagnie Polski resortowej i partyjnej.

Wykonawcy planu powinni także pilnie przestudiować działania rządów Korei Południowej czy Singapuru, jeśli chodzi o dystrybucję środków publicznych, i skorzystać z ich najlepszych praktyk. Nadal jesteśmy stosunkowo biednym krajem i nie stać nas na marnotrawstwo. Przykład lotniska w Radomiu czy licznych aquaparków nie może się powtórzyć. 
Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to powiedziałbym, że zabrakło mi silnego sygnału do odbiurokratyzowania polskiej gospodarki. A to zawsze jest najlepszy i najtańszy sposób na pobudzenie wzrostu gospodarczego. Ledwie muśnięto też kwestię naprawy fatalnego systemu podatkowego. Niemniej wielkim pozytywem w planie Mateusza Morawieckiego jest to, że państwo ma być pomocnikiem. Wicepremier chce podstawić przedsiębiorcom sprawne państwo i jego instytucje, a nie nogę. 

 


Aleksander Łaszek, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju

Program ogłoszony przez Mateusza Morawieckiego zawiera trafną diagnozę i sporo dobrze brzmiących haseł. Na tym właściwie kończą się jego pozytywy, bo okrągłe hasła przysłaniają trudne do pogodzenia sprzeczności.

Przede wszystkim, plan jest niespójny z tym, co robi rząd. Z jednej strony słyszymy, że teraz ma być przyjaźnie dla przedsiębiorców, ma być stabilne otoczenie prawne. Jednocześnie czytamy o uszczelnieniu systemu podatkowego i minimalnej płacy godzinowej. To oznacza więcej kontroli i rygorów.

W podatkach szykuje się tak zwane dokręcanie śruby i dalsze komplikowanie systemu, w tym bardzo niebezpieczne daniny sektorowe. Bo dziś nakładamy podatki na banki i handel, a na kogo padnie w następnej kolejności? Może sektor IT, bo sporo zarabia? Odchodzimy od zasady, że podatki są dla wszystkich takie same i przechodzimy na domiary. W efekcie nikt nie wie, na czym stoi, co nie da się pogodzić z przewidywalnością i przyjaznym otoczeniem. Rejestrowanie zaś czasu pracy osób zatrudnionych na umowy o dzieło to zwyczajnie nowa mitręga biurokratyczna.

Jeśli chodzi o tak podkreślane przez wicepremiera większe inwestycje, to nie da się ukryć, że mamy ich za mało. Sęk w tym, że wszystko, co wskazałem powyżej, będzie je odstraszać lub wstrzymywać, a nie przyciągać i aktywizować. Ponadto, jeżeli w jakiś sposób uda się stymulować inwestycje, to siłą rzeczy będziemy mieć mniejszą konsumpcję. A w planie mamy zapowiedź szybszego wzrostu płac. Zatem, jeśli firmy mają więcej inwestować, to z czego wezmą na wzrost wynagrodzeń i odwrotnie?

Pamiętajmy też, że inwestycje zależą od wielkości oszczędności w gospodarce. Jeżeli krajowych inwestycji będzie więcej niż oszczędności, to będziemy się zadłużać za granicą. A przecież gospodarstwom domowym nie da się nakazać oszczędzania. Rząd ma jedynie większą kontrolę nad oszczędnościami sektora publicznego, jednak tutaj nie ma realnych planów ograniczenia chronicznych deficytów.

To kolejna sprzeczność, bo Mateusz Morawiecki mówi, że zbytnio się zadłużamy. I proponuje utworzyć fundusz, który będzie... zadłużał się na rynkach, co w dziwny sposób ma rozwiązać problem. Jestem też bardzo sceptyczny co do sensu politycznego sterowania inwestycjami. Czy beneficjentami nie okażą się nagle deficytowe kopalnie? A co w sytuacji, gdy ktoś będzie chciał budować drony w Szczecinie? Nie damy wsparcia, bo agenda rządowa postanowi chwalić się zagłębiem dronów na Podkarpaciu i tylko tam wesprze inwestycję? Nie wierzę, że urzędnicy posiądą lepszą wiedzę od firm, by mówić im, co mają rozwijać.

Inna sprzeczność to odejście od kryterium ceny w przetargach publicznych, przy głoszeniu oszczędności w administracji. Problemem jest dobre zdefiniowanie kryteriów jakości. To jest zasada optymalizacji – wiemy, co chcemy otrzymać i zamówmy to najtaniej. Nie musi to oznaczać oszczędzania za wszelką cenę, tylko kupowanie za najniższą cenę określonej jakości. 
Nie słyszałem też ani słowa o prywatyzacji, a ciągle jesteśmy państwem z największym w całej Unii Europejskiej udziałem firm kontrolowanych przez państwo, czyli przez polityków. I to w sektorach, w których możemy być konkurencyjni. Przez to, że nie prywatyzujemy, to albo je dotujemy, albo świadczą one usługi droższe, gorszej jakości.

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty