Finanse

Jak zarobić na złych kredytach bankowych

© Shutterstock

Fundusze wierzytelności to jedna z niewielu grup funduszy inwestycyjnych, które notują stały dopływ gotówki. Inwestorów kusi ich stosunkowo bezpieczna  konstrukcja, odporna na zawirowania rynkowe i koniunkturę gospodarczą. 

O tym, że zarabianie na długach to intratny kawałek chleba, wiedzą chyba wszyscy. Ostatecznie tym właśnie zajmują się banki. Jednak jeszcze lepiej – pod względem osiąganej rentowności – wypadają firmy windykacyjne, które odkupują od banków, telekomów i firm komunalnych nieregulowane pakiety wierzytelności i próbują odzyskać pieniądze na własną rękę.

W ostatnich miesiącach na popularności zyskują też fundusze wierzytelności (inaczej: sekurytyzacyjne). Zbierają one środki od inwestorów, w tym także detalicznych, kupują pakiety wierzytelności na przetargach organizowanych przez banki, a następnie zlecają ich obsługę wyspecjalizowanym firmom windykacyjnym (tzw. serwiserom). Co ciekawe, inwestorami w tego rodzaju funduszach bywają właśnie owi serwiserzy. Ma to wzmóc poczucie bezpieczeństwa pozostałych udziałowców, a czasem zapewnić osiągnięcie przez nich minimalnej stopy zwrotu, o czym niżej. 

Wierzytelności bankowe kosztują w Polsce kilka procent ich wartości nominalnej lub więcej. Na ich cenę wpływają różne czynniki, jak zabezpieczenia (długi hipoteczne są znacznie droższe), wiek (jak długo wierzytelność nie jest obsługiwana) czy wielkość pakietu. Pomagają one określić, jaką część wartości pakietu przeterminowanych długów uda się nowemu właścicielowi odzyskać (na drodze polubownej bądź sądowo-komorniczej). W karcie informacyjnej funduszu AGIO Wierzytelności napisano, że firmy windykacyjne odzyskują 35–50 proc. nominalnej wartości kupionych długów, co zabiera im od pięciu do siedmiu lat.

Tak w skrócie wygląda idea działania funduszy sekurytyzacyjnych. Jako potencjalni inwestorzy powinniśmy się jednak dobrze zastanowić, czy nie jest ona przypadkiem zbyt piękna. Skoro kupowanie wierzytelności na własny rachunek jest tak dobrym interesem, to dlaczego nie zajmują się tym same firmy windykacyjne, które nie muszą przecież opłacać zewnętrznego serwisera?

Otóż zajmują się tym. I to na taką skalę, że zwyczajnie brakuje im w bilansach miejsca na przyjęcie kolejnych pakietów długów. Mówiąc w uproszczeniu, firmy windykacyjne angażują w zakup wierzytelności własne środki (tj. pieniądze akcjonariuszy) oraz te, które uda im się pożyczyć, najczęściej u obligatariuszy. Jednak nikt nie może zadłużać się w nieskończoność. Warunki emisji obligacji często zabraniają im pożyczyć więcej niż dwukrotność, góra dwuipółkrotność tego, co same wkładają do interesu (kapitał własny). Gdy firmy windykacyjne docierają do tej granicy, a mają jeszcze wolne moce operacyjne, starają się rozpocząć współpracę z funduszami wierzytelności, by zarabiać na ich obsłudze. Fakt istnienia tych funduszy nie powinien więc budzić wątpliwości inwestorów. To po prostu próba zarobienia na istniejącej już infrastrukturze, maksymalnego wykorzystania jej możliwości.

Wiele wskazuje na to, że tego rodzaju funduszy może w Polsce przybywać. Likwidacja bankowych tytułów egzekucyjnych sprawiła, że banki straciły podstawowy oręż do walki z dłużnikami, którzy przestali spłacać swe zobowiązania. Stąd chętniej odsprzedają wierzytelności firmom windykacyjnym. A wprowadzenie podatku bankowego, który jest de facto podatkiem od kredytów (także tych niespłacanych), może je dodatkowo skłonić do wyprzedaży niepracujących portfeli kredytowych.

Możliwe więc, że podaż wierzytelności bankowych jeszcze wzrośnie i, choć rynek windykacyjny jest w Polsce bardzo konkurencyjny, miejsca na nowe fundusze sekurytyzacyjne nie zabraknie.

Dlaczego tak cicho?

Skoro to dobry interes i podobno coraz bardziej popularny, to dlaczego tak niewielu słyszało o tego rodzaju funduszach? To również da się wyjaśnić. Ponieważ proces odzyskiwania długów trwa z reguły kilka lat, zarządzanie otwartym funduszem wierzytelności, z którego każdy uczestnik może, kiedy chce, wycofać swoje środki, byłoby bardzo trudne. Fundusze wierzytelności nie mogą bowiem zagwarantować tej „dowolności”. Wszak inwestują w niepłynne aktywa, w przeterminowane długi, których właściciele latami zwlekają z ich spłatą.

Dlatego fundusze sekurytyzacyjne powstają w formie funduszy zamkniętych. Z reguły deklarują możliwość zwrotu kapitału po pięciu latach od rozpoczęcia inwestycji, czasem są to trzy lata. Wcześniej można natomiast liczyć, że będą wypłacać zyski: większość z nich jest bowiem dywidendowa.

Oprócz utrudnionej drogi wyjścia z nich, fundusze zamknięte różnią się od otwartych także tym, że nie wolno ich reklamować. Zgodnie z ustawą o ofercie publicznej informacje o zapisach na certyfikaty inwestycyjne nie mogą trafić do więcej niż 149 inwestorów. Z tego powodu większość funduszy inwestycyjnych odmówiła nam udostępnienia swych statutów i warunków uczestnictwa – za ich publiczne ujawnienie grozi odpowiedzialność karna.

Możemy jednak poruszać się w ramach pewnych ogólnych informacji. Minimalna wartość zapisu na certyfikaty zamkniętego funduszu inwestycyjnego nie może być niższa niż równowartość 40 tys. euro. Jest to więc raczej propozycja dla ludzi ze sporymi zasobami gotówki – nie wystarczy bowiem pieniądze mieć. Trzeba jeszcze pogodzić się z myślą o ich zamrożeniu na czas inwestycji.

Swoiste rozwiązanie prawne w tej sytuacji znalazła firma windykacyjna GetBack. Również serwisuje zamknięte fundusze wierzytelności, ale oferuje się je inwestorom w formie polisy. Dopiero firma ubezpieczeniowa inwestuje w fundusz wierzytelności, ten zaś zleca obsługę pakietów długów windykatorowi. Dzięki takiej konstrukcji po pierwsze: limit wpłat został znacznie obniżony (do 20 tys. zł), a po drugie: o produkcie ubezpieczeniowym można publicznie powiedzieć dużo więcej niż o zamkniętym funduszu inwestycyjnym. Na przykład to, że wcześniejsza wypłata środków jest możliwa w zasadzie od ręki, ale w pierwszych latach wiąże się to z utratą części (maksymalnie 9 proc.) ulokowanych środków.

– Serwisowane przez nas fundusze wierzytelności zebrały dotąd 1,1 mld zł, czyli najwięcej spośród tego rodzaju funduszy dostępnych na rynku – mówi Konrad Kąkolewski, prezes GetBack.

Ile można zarobić

Generalnie są to wartości jednocyfrowe w skali roku, choć oczywiście to ogromne uogólnienie. Dość powiedzieć, że fundusze wierzytelności w pierwszych miesiącach zwykle zarabiają mało albo nic. Wynika to z profilu ich działalności – po zebraniu środków fundusz najpierw musi nabyć długi (zazwyczaj wskazuje je już przyszły serwiser). Od chwili zakupu do momentu, gdy zaczynają spływać pierwsze odzyskane pieniądze, również musi minąć nieco czasu (kilka tygodni). Przez to wyniki z pierwszych miesięcy działania funduszy nie są do końca miarodajne, należy raczej kierować się długoterminową perspektywą, ale i na to jest rada. Na podstawie uzyskiwanych spłat szacowana jest wartość danego pakietu wierzytelności (tj. ile statystycznie da się z niego odzyskać środków i w jakim czasie). Nie jest to pisanie palcem na wodzie, lecz mieszanina statystyki, matematyki i finansów. Firmy z długim doświadczeniem są w stanie bardzo precyzyjnie obliczyć, ile można odzyskać z danego pakietu. Tylko na tej podstawie udaje się ustalić ceny tych wierzytelności na przetargach.

Właściwie pieniądze potrafią być tu odzyskiwane nawet przez 10 lat, ale to przez pierwszych pięć lat od rozpoczęcia windykacji można wyegzekwować najwięcej. Oczywiście fundusze wierzytelności kupują różne pakiety długów z różnych banków i w różnym czasie.

– Za pozyskiwane na bieżąco środki plus to, co spływa z windykacji, kupowane są kolejne pakiety wierzytelności. Fundusze są oparte na zdywersyfikowanym portfelu licznych paczek kupowanych w różnych momentach – opisuje Michał Stanek, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w AGIO Funds, która zarządza trzema funduszami wierzytelności.

Jak wspomniałem, większość takich funduszy część zysków wypłaca w formie dywidendy (część certyfikatów jest umarzana, natomiast środki zwracane są inwestorom). Wierzytelności są na tyle przewidywalnym biznesem, że niektóre firmy gwarantują swym uczestnikom odkupienie certyfikatów po wcześniej ustalonej cenie.

– W przypadku produktu oferowanego przez Trigon TFI i Casus Finanse Grupa Lindorff gwarantowana stopa zwrotu wynosi nie mniej niż 5 proc. rocznie. Czas trwania inwestycji to nie więcej niż pięć lat, przy czym możliwe jest jej wcześniejsze zakończenie – mówi Jakub Adamowicz, dyrektor rozwoju w Trigon TFI.

Daje to swego rodzaju pewność zysku. Zazwyczaj 5 proc. w skali roku, choć oczywiście może być również więcej niż obiecywane minimum.

Rękojmią osiągnięcia gwarantowanej ceny odkupu jest udział serwisera. Obejmuje on np. 20 proc. certyfikatów w danym funduszu. Nawet jeśli wybrany przez niego pakiet wierzytelności przyniósłby zero zwrotu, to pozostali uczestnicy otrzymają swój zysk z jego udziałów. Serwiser w takim wypadku bierze na siebie ryzyko złego wyboru pakietów wierzytelności czy ewentualnych problemów z ich odzyskiwaniem.

Nie ma zysków bez ryzyka

Inwestycja w fundusze wierzytelności może jawić się jako obarczona umiarkowanym ryzykiem, które w dodatku nie jest w żaden sposób powiązane z zawirowaniami na rynkach akcji, surowców i walut. Innymi słowy – jest odporna na wydarzenia na światowych rynkach. Jednak – jak wiadomo – w świecie inwestycji nie ma darmowych obiadów.

W przypadku wierzytelności ryzyka możemy się doszukać w postaci samego serwisera – jest sprawą kluczową, by ich obsługą zajmowała się firma legitymująca się wieloletnim doświadczeniem i skutecznością w windykacji zadłużenia. Tylko wtedy będzie potrafiła kupować wartościowe pakiety długów. Oczywiście sam fundusz musi działać na podstawie licencji wydanej przez Komisję Nadzoru Finansowego.

Rynek windykacyjny w Polsce jest bardzo konkurencyjny. Działają na nim zarówno podmioty o międzynarodowym zasięgu, jak i lokalne. W ostatnich latach (2014–2015) wiele krajowych firm windykacyjnych średniej wielkości zostało przejętych przez zagraniczne. Silna rywalizacja sprawia, że mimo zwiększonej podaży wierzytelności, ich ceny są nadal wysokie, zaś największe polskie firmy szukają możliwości ekspansji za granicą, gdzie faktycznie udaje im się zbudować znaczącą pozycję.

Duże znaczenie ma też makroekonomia. Dobra koniunktura gospodarcza sprzyja windykatorom, ponieważ ich klienci mają większą szansę na znalezienie pracy i stałych dochodów. W odwrotnym przypadku strumień spłat przeterminowanych długów może zmaleć.

Warto też pamiętać, że alternatywą dla alternatywy, jaką są fundusze wierzytelności, są obligacje samych firm windykacyjnych. Mają one tę przewagę, że wyjść z inwestycji można w dowolnym momencie, sprzedając je na rynku wtórnym (Catalyst), a zarobek jest z góry znany w postaci oprocentowania obligacji lub jej rentowności. W przypadku największych windykatorów można liczyć na dochód rzędu 5–6 proc. w skali roku. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty