Dookoła świata

Miasto stu plaż

Zima to dla mieszkańców Sydney czas „całej doby  w T-shircie”. Może więc, prosto z europejskiego chłodu, wyskoczmy nacieszyć się australijskimi plażami i tym miastem, o którym mawia się, że to takie miejsce,  gdzie każdy pisze własną opowieść. 

Niezwykłość Sydney trudno oddać, ograniczając się do jednej czy dwóch rzeczy. Na przykład pod względem powierzchni jest to olbrzymia metropolia zajmująca blisko 12,5 tys. km2 (Warszawa – 517 km2), ale liczy stosunkowo niewielu mieszkańców – ok. 5 mln. Jednocześnie oblicza się, że większość żyjących tu ludzi nigdy nie odwiedzi ponad dwóch trzecich z aż 683 jej dzielnic. 

Każda z nich ma zresztą odmienny charakter. A to dzięki ich mieszkańcom, którzy na co dzień posługują się ponad 250 językami i których ponad jedna trzecia urodziła się poza Australią. Kiedyś byli to głównie Europejczycy, którzy wciąż są w mieście bardzo widoczni. Choćby na uliczkach pięknego Leichhardt, dzielnicy, którą upodobali sobie włoscy imigranci. Można tu zjeść przepyszne makarony i pizze, a jedno z centrów handlowych przy Norton Street (głównej alei Leichhardt) zostało zrobione na modłę klasycznej włoskiej piazzy, czyli miejskiego rynku. Dzielnica ta od południa sąsiaduje z Petersham, gdzie z kolei na ulicy pobrzmiewa portugalski, a w porze lunchu uczniowie w szkolnych mundurkach zajadają się kanapkami z kurczakiem, które równie dobrze mogłyby być serwowane w Lizbonie czy Porto. 

W latach 90. imigrantów z Europy zastąpili Azjaci, a od kilku lat, czyli od wybuchu światowego kryzysu finansowego, do miasta tłumnie przybywają Irlandczycy i Anglicy, którzy znów, jak po II wojnie światowej, szukają tu lepszego życia. 

I trudno im się dziwić. Australia kusi nie tylko przyjaznym klimatem, lecz także niewiarygodnie wysokim poziomem i komfortem życia. Nawet gdy ma się tzw. pierwszą pracę, najczęściej w usługach, zarobki wystarczają na wygodne  życie i kilkumiesięczne wakacje w Azji Południowo-Wschodniej (gdzie rodowitego Australijczyka czasami łatwiej spotkać niż w niektórych dzielnicach Sydney). 

Australijczycy są ze swojego stylu życia bardzo dumni, o czym przybysz może przekonać się już po chwili rozmowy. Czasem ma się wrażenie, że wszyscy oni uważają, iż każdy mieszkaniec Europy marzy, by przenieść się do Sydney. I zapewne niejeden by chciał...

Pizza z „krokodyliną”

Sydney nie należy do miast tanich, zwłaszcza w sezonie  (czyli w okresie grudzień–styczeń). Dlatego, jeśli już mamy tam jechać, to z założeniem, że to podróż życia, podczas której pozwolimy sobie na dużo więcej niż zwykle. 

Nie oznacza to jednak, że jest to kraj tylko dla bogatych. Można na przykład dobrze zjeść już za ok. 10 australijskich dolarów. Z pomocą przychodzą choćby liczne tanie restauracje prowadzone przez azjatyckich imigrantów. W przeciwieństwie do tego typu przybytków znad Wisły oferują klasyczną kuchnię (no, może mniej pikantną), a nie zrobioną z myślą o lokalnych gustach. Jeśli ktoś lubi orientalne klimaty, musi odwiedzić Dixon House w Chinatown. Bardzo łatwo tam trafić, bo znajduje się przy małej uliczce, o której – ze względu na prowadzącą do niej tradycyjną chińską bramę z napisem „Niech żyje przyjaźń chińsko-australijska” – wspomina chyba każdy przewodnik. 

W Dixon House schodzimy na dół i nagle znajdujemy się w wielkiej sali z dziesiątkami stolików, a dookoła, w niezliczonych okienkach, serwuje się dania z niemal całej Azji. Kuchnia singapurska, tajwańska, chińska, malezyjska, indonezyjska, tajska czy kambodżańska – do wyboru, do koloru. 

Posmakowawszy Azji via Sydney, powinniśmy jednak skorzystać także z niepowtarzalnej okazji spróbowania egzotycznych specjałów typowych dla Australii. Jednym z nich jest mięso kangura. Bardzo zdrowe: pełne białka, za to z małą ilością tłuszczu. Przypomina wołowinę, ale ma lekko słodkawy posmak. Kangur, obok strusia Emu, również chętnie tu jadanego, jest jednym z godeł Australii, dlatego jej mieszkańcy lubią żartować, że są chyba jedynym narodem na świecie, który jada własne symbole. Potrawy z kangura są dość tanie i dostępne właściwie wszędzie – często robi się z niego nawet... kebab. 

Innym lokalnym specjałem jest mięso z krokodyla. Tu też Australijczycy są kreatywni. Na przykład Opera Bar, znajdujący się przy Circular Quay, serwuje pizzę z „krokodyliną”. Racząc się nią, mamy także ucztę dla oczu, bo restauracja znajduje się blisko słynnej opery. Z jednej strony mamy więc widok na ten fantastyczny budynek, a z drugiej – na zatokę w Sydney. 

Morze, plaże i grille

Z zatoki tej również każdy mieszkaniec miasta jest dumny. I słusznie. To jeden z najwspanialszych zakątków na Ziemi. Jak się o tym przekonać? Wystarczy wsiąść na prom z Circular Quay do Manly. Statek opływa wtedy całą zatokę i operę. 

Ale nie tylko ze względu na samą, mniej więcej półgodzinną, przejażdżkę po morzu warto pofatygować się do Manly. Nie chodzi też o znajdującą się tam piękną, szeroką plażę z pasażem handlowym, gdzie kupimy wszystko, od pamiątek, przez kąpielówki, po jedzenie i picie (niemal każda plaża w Sydney może się tym pochwalić). Przede wszystkim to miejsce jest mekką dla surferów, a surfing to jeden ze sportów narodowych Australii. Wbrew pozorom jest trudny i wymaga sporej sprawności. Na szczęście akurat jedna z najlepszych szkół surfingowych w całym kraju to Manly Surf School. Tutejsi instruktorzy są naprawdę dobrze przygotowani, a do tego nie lekceważą części teoretycznej, co zdarza się w większości innych szkół, choćby w Port Macquarie czy w Cairns w stanie Queensland. Jeśli ktoś ma czas, to polecam wykupienie całodniowego touru. Z centrum miasta odbiera chętnych samochód, by objechać potem kilka plaż w North Sydney. W tym czasie lokalni surferzy opowiadają o historii swojego sportu i jego znaczeniu w kulturze Australii. Oczywiście samego surfowania też nie zabraknie. 

Amsterdam czy Wrocław nazywa się czasem „miastami stu mostów”. Sydney powinno się szczycić mianem „miasta stu plaż”. Ich liczba przyprawia o zawrót głowy, dlatego czasem lepiej nie pytać miejscowych o te godne polecenia, bo jeszcze wskażą jakąś dzielnicę odległą od centrum o dobre 50 km. Na pewno jednak każdy poleci, jako obowiązkowy punkt  programu, spacer plażami z Bondi do Coogee. Bondi to najsłynniejsza część wybrzeża Sydney. Dlaczego akurat ta plaża zyskała taką renomę, choć, jak przyznają sami mieszkańcy, nie jest to najlepsze miejsce do pływania czy surfowania? Zapewne ze względu na klimat dzielnicy, która do niej przylega. Tworzą go Żydzi, Nowozelandczycy i tysiące młodych Europejczyków korzystających z programu Working Holiday (który pozwala obywatelom kilkunastu państw, w tym Polakom, pracować i mieszkać w Australii przez rok, wystarczy mieć mniej niż 31 lat). 

Z Bondi do Coogee czeka nas mniej więcej 6-kilometrowy spacer, ale warto podjąć ten wysiłek. Przejdziemy przez kilka malowniczych miejsc, a po drodze możemy odpocząć na plaży Bronte. Tuż obok rozciąga się park, w którym, co jest typowe dla Sydney, znajdują się publiczne grille (utrzymywane we wzorowej czystości). W okolicznych sklepach aż roi się od dobrej jakości kiełbasek. Można nawet nabyć te z krokodylego mięsa. 

Australijczycy uważają grillowanie za nieodzowną część swojej kultury, ale nie mają w tej kwestii wyszukanych oczekiwań. Najczęściej wystarczy im zestaw: kiełbaska plus cebula włożona w chleb tostowy posmarowany musztardą lub keczupem. I piwo. To ostatnie piją w ogromnych ilościach i mają do wyboru mnóstwo jego rodzajów, wiele naprawdę świetnych. 

Wyprawa po pchlich targach 

Kolejna rzecz, którą w Sydney polecam, to sobotnia wyprawa na pchle targi. Nie wiedzieć czemu, organizowanie handlu starociami oraz mydłem i powidłem jest punktem honoru chyba każdej szanującej się dzielnicy. Może znajdziemy coś ciekawego, a na pewno zobaczymy przy okazji świetne miejsca. I tak, sobotę możemy zacząć od targu w Balmain, części miasta nieco oddalonej od centrum, a przez to bardzo mało turystycznej. Jest urokliwa, z niską zabudową i pubami, w których życie toczy się o wiele bardziej leniwie niż w śródmieściu. Z Balmain można pojechać na targ w Glebe. To z kolei typowo studenckie przedmieście, tuż obok uniwersytetu w Sydney, najstarszej i najbardziej prestiżowej australijskiej uczelni. Stąd możemy skoczyć do nieodległego Newtown. To może być zresztą ostatni moment, by doświadczyć unikalnego charakteru tej dzielnicy. Ze względu na bliskość centrum i niskie czynsze, w latach 90. zaniedbana wcześniej okolica, zamieniła się w mekkę artystów, wolnych duchów i studentów. Teraz, właśnie z tych względów, przyciąga coraz więcej biznesu i wyższej klasy średniej, drożeje i wkrótce straci swój luz i niepowtarzalność. 

Naszym ostatnim punktem mógłby być targ w Paddington, którą to dzielnicę łączy z Newtown bezpośredni autobus. Możemy ją też sobie zostawić na kolejną sobotę. Miejsce to zachwyca wiktoriańską architekturą i bogatą ofertą handlowo-barową. Zwłaszcza tutejsza Oxford Street przyciąga sklepami i restauracjami. Szybko jednak zauważymy, że Paddington w przeciwieństwie do Newtown, Leichhardt czy Glebe ma nieco bardziej oficjalny sznyt. 

To oczywiście tylko część atrakcji, jakie oferuje Sydney. Od zachodu miasto otaczają choćby Góry Błękitne i park narodowy. Ale to już zupełnie inna bajka. 

 


Przydatne linki (zajrzyj tu)

www.artgallery.nsw.gov.au

www.sydneyoperahouse.com

www.manlysurfschool.com

www.sydneyaquarium.com.au

www.iwaratravel.com.au

www.nationalparks.nsw.gov.au

www.lunaparksydney.com

Polecamy zwłaszcza wspólny bilet na pięć atrakcji miasta (Sydney Wildlife Zoo, Sea Life Aquarium, Sea Life Sanctuary, Sydney Tower Eye i Madame Tussauds) w cenie 69 dol. Szczegóły tutaj: 

www.wildlifesydney.com.au/news/what-to-do-in-sydney

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty