Wywiad

Słowiańska szkoła IT podbija świat

Fot. Adam Tuchliński

Młodzi i ambitni informatycy z Polski, Rosji i Ukrainy witani są z otwartymi ramionami  w najbardziej innowacyjnych firmach świata. Jak sprawić, by zechcieli pozostać u nas?  Zmienić system kształcenia i stworzyć nowy model relacji między nauką a biznesem – radzi  Mirosław Janik, prezes firmy Wincor Nixdorf w rozmowie z Alicją Hendler i Dorotą Goliszewską. 

Podobno tworzy się coś takiego jak słowiańska  szkoła IT. O co tu chodzi?

Od dawna wiadomo, że istnieje słowiańska szkoła matematyki i logiki. Szkoła polska, rosyjska. Ukraińcy w matematyce wydają się dziś nawet lepsi od nas. Poza tym Rosjanie przecież latają w kosmos. Mają więc wybitnych inżynierów. Żeby mogli latać, potrzebują również świetnych informatyków. Ukraina zaś jeszcze niedawno była częścią „dużej organizacji”. Ująłbym to tak: matematyka, logika, inżynieria, informatyka – to są elementy budujące kompetencje wśród młodzieży, która się uczy czy to w Moskwie na MGU, czy w Kijowie na Politechnice Kijowskiej, czy u nas, choćby na Politechnice Warszawskiej, AGH czy na Politechnice Śląskiej. To są naprawdę potężne, kompetencyjne centra wiedzy. 

A druga sprawa to zaangażowanie. Pod tym względem też jesteśmy w stanie przebić innych. Ludzie są gotowi pracować dzień i noc, żeby rozwiązać jakiś problem,  bo im się chce. Dłubią, aż osiągną cel. 

Przebić innych, czyli np. „indyjską szkołę IT”? Bo wygląda na to, że rozczarowała...

Słabnie, i to bardzo. Mam przyjaciół, którzy zajmują się tam tworzeniem centrów rozwoju biznesu i też potwierdzają, że jakość jest dużo gorsza niż u nas, choćby dlatego, że tam mało komu chce się ostro pracować. Wielu międzynarodowych klientów będzie stamtąd uciekać.  

Do Słowian, np. droższych Polaków?

Być może. Weźmy za przykład naszą firmę. W Polsce zbudowaliśmy duży zespół w centrum rozwoju w Katowicach, na którego bazie tworzymy wielkie oprogramowanie dla całego naszego sektora retailowego w skali globalnej. Ale zanim to nastąpiło, musieliśmy przejść dosyć długą drogę udowadniania wszystkim w centrali, że Polacy sobie poradzą, że potrafią pociągnąć duże projekty informatyczne. To był cały proces, w wyniku którego spektakularnie zaistnieliśmy w różnych projektach międzynarodowych. Duża część naszych informatyków nadal jeździ do Szwecji, Australii, USA, Irlandii. Gdzie tylko pojawi się jakiś problem do rozwiązania, centrala już wie, po kogo sięgnąć. 

Ale mówi się, że już teraz brakuje u nas informatyków z odpowiednimi kompetencjami. Będziemy importować kadry ze Wschodu?

Import jak najbardziej, ale raczej z Ukrainy. Ten trend ostatnio się nasilił – młodzi ludzie stamtąd uciekają, bo grozi im wcielenie do wojska, a my ich tutaj chętnie przytulamy. 

A co z kształceniem u nas, w czym leży problem?

Polskie uczelnie nie uczą kompetencji, które są potrzebne w danym momencie na rynku. Dają znakomitą bazę – matematyczną, logiczną, inżynieryjną – ale firmy żądają konkretów: umiejętności zastosowania języków programowania, narzędzi, znajomości określonych sposobów rozwiązywania problemów, algorytmów. Młodzi ludzie muszą nauczyć się ich samodzielnie (bardzo wielu już w trakcie studiów korzysta w tym celu z internetu) albo podczas staży w rozmaitych firmach. Starają się złapać jakiś niszowy element, aby być potem, powiedzmy, ekspertem z danej dziedziny. 

Proszę przy tym pamiętać, że informatyka to nie tylko programowanie. Jego rozwój to oczywiście duża jej część, ale są jeszcze kwestie bezpieczeństwa, zarządzania macierzami, chmura... Ci młodzi ludzie będą musieli za chwilę w tym zaistnieć. Co z tego, że ktoś ma dyplom informatyka, skoro nie potrafi powiązać rozwijania oprogramowania z zarządzaniem projektami i z bezpieczeństwem? Poza tym do kadr naukowych na uczelniach nie ma dopływu „świeżej krwi” – młodzi wolą pracować w centrach Samsunga, IBM czy w naszych, zamiast nudzić się i pisać doktoraty.  

Co pan proponuje?

We współpracy biznesu z uczelniami nigdy nie pojawi się synergia, jeśli nie będzie odpowiednio kompetentnych ludzi. Co z tego, że mamy wspaniałych, doświadczonych, dobrze uczących profesorów. Wiedza, jaką przekazują, jest niezbędna, ale nie wystarczy. Trzeba myśleć o czymś dodatkowym, zorganizować jakiś grant, ciekawy projekt. Przecież firmy dostają granty, dotacje unijne na innowacyjne projekty. Dlaczego ich nie robić razem ze studentami? Na MIT w Bostonie studenci pierwszego roku nie tylko zapisują się do konkretnych profesorów, aby uczestniczyć w ich projektach, ale jeszcze są przy tym wynagradzani za przepracowane godziny. Mają możliwość udziału w superinnowacyjnym przedsięwzięciu, do tego pod opieką profesora, który rzeczywiście rozmawia z biznesem, ma bliski kontakt z realiami konkretnego rozwiązania, konkretnej potrzeby. Tworzą coś od początku. To nie jest zakuwanie matematyki czy retrospektywne uczenie się czegoś, co ktoś już wymyślił. Tutaj wychodzi się do przodu zgodnie z wymogami konkurencyjności na rynku, a kto inny będzie się tego uczył dopiero za dwa, trzy lata... 

Moglibyśmy też coś takiego robić u siebie, przy odpowiedniej organizacji szkolnictwa wyższego. Mamy udane przykłady jak chociażby prezes Comarchu Janusz Filipiak, który był przecież profesorem na AGH. Z kolei Politechnika Rzeszowska ściśle współpracuje z Asseco. Połączenie biznesu z nauką to gwarancja sukcesu. 

Raczej trudno liczyć, że inni profesorowie będą masowo zakładać kolejne Comarchy, tworzyć bezpieczne, innowacyjne środowisko dla studentów. 

Na firmy też liczyć nie można, bo ich cel to osiąganie zysków. To nie jest miejsce, gdzie buduje się kompetencje dla kraju i tworzy się klimat Doliny Krzemowej, bo z tego nie ma pieniędzy. Jeśli jakaś firma miałaby zrobić coś takiego, to oczywiście byłoby wspaniale, ale już na etapie tworzenia projektu powinna mieć dogadany interes z klientem. A takich klientów jest mało. Zwłaszcza w Polsce nie są zainteresowani pracami badawczo-rozwojowymi czy ich współfinansowaniem. Pozostają środki unijne – to jest dla nas wielka szansa. Niech pan profesor ze studentami, firmą i klientem buduje środowisko, w którym stworzą innowacyjny produkt. 

W poprzedniej perspektywie unijnej pieniądze na badania i rozwój szły za naukowcami, którzy zgłaszali się ze swoimi pomysłami do przedsiębiorców, ale to skończyło się klapą. Teraz to przedsiębiorcy mają być liderami projektów. Czy, znając podejście uczelni i firm, zmarnujemy i tę perspektywę? 

Wszystko zależy od ludzi. Czy będą otwarci na idee, czy tylko na pieniądze albo na efekt finalny. Nie ma co ukrywać, że wyjątkowo dużo będzie zależało od urzędników. Cóż, miałem okazję zobaczyć, jak wygląda rozliczanie dotowanych projektów i nie napawa to optymizmem. 

Innowacji za pieniądze unijne nie da się zrobić, jeśli nie zadziała cały łańcuch wartości, bo jeżeli coś nie wypali na jednym tylko etapie, to szkoda się w ogóle tym zajmować. I w praktyce tak to często się dzieje, przez co zniechęcamy młodych ludzi do udziału w projektach badawczych. Ucina się od razu całą gałąź, która pięknie mogłaby zakwitnąć. Zamiast podlewać, nawozić, doglądać, ze względów proceduralnych ucina się temat. 

Od jakiegoś czasu Ukraina jest zagłębiem startupów. Jest tam wiedza, zaangażowanie, ale musiało zadziałać chyba coś jeszcze? 

Na Wschodzie kopalniami talentów są instytucje państwowe i banki. Na Ukrainie najpotężniejszą firmą informatyczną jest bank – Privat-Bank, który zatrudnia 2 tys. informatyków. Informatycy się ze sobą kontaktują, dobrze mówią po angielsku, rosyjsku, więc korzystają z internetu: z platform międzynarodowych, z zasobów zagranicznych uczelni, odkrywają nowe narzędzia, działają z ogromną determinacją. Ostatni okres na Ukrainie dał też swego rodzaju poczucie wolności, w tym informacyjnej. I ci młodzi ludzie, wiedząc, że na Ukrainie nie ma jeszcze kapitału ani zachodnich firm, które mogłyby rozwijać startupy, muszą budować coś, co jest na tyle innowacyjne, chwytliwe i atrakcyjne za granicą, że zainteresuje inwestorów na otwartym rynku. To się wspaniale rozwija, mimo że z powodu sytuacji geopolitycznej mnóstwo ludzi stamtąd wyjeżdża, najczęściej do USA. Porównałbym Ukrainę do lasu, gdzie grzybki sobie wyrastają i szukają grzybiarzy, którzy je pozbierają albo zostawią. Jednym z istotnych aspektów tamtejszej sytuacji jest także współpraca z Żydami wywodzącymi się z Ukrainy (dawnej Polski wschodniej), mówiącymi po rosyjsku i angielsku a mieszkającymi w Izraelu lub USA. Ukraińskie startupy lokują się często w izraelskich firmach. A gdy już się ci grzybiarze zainteresują, to są pieniądze także na to, by dalej produkt rozwijać albo rozkręcać coś nowego na dużo większą skalę. 

Silne ograniczenia okazały się sprężyną...

To prawda, większy niż u nas jest entuzjazm czy raczej determinacja, by na własną rękę do tej świetnej bazy dodać wiedzę przydatną dziś na rynku, coś wymyślić i szukać pieniędzy.  

A jak jest w Rosji? 

Tu realizuje się ogromne i złożone projekty, wymagające bardzo kompetentnych ludzi, we współpracy z wielkimi państwowymi firmami, ze Sbierbankiem, Gazpromem, Rosnieftem, armią itp. Rosyjscy informatycy mają pewne problemy z zarządzaniem, prowadzeniem projektów, ale wchodzą w najgłębsze, najtrudniejsze elementy każdej układanki. Na tym rynku rozwijają się bardzo mocno rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa – serwerów, macierzy, dostępu, zabezpieczeń wojskowych. W naszych rozmowach z tamtejszymi klientami wciąż się do tego wraca. Pieniądze pochodzą od wielkich państwowych korporacji, bo tam nie ma jakoś bardzo rozwiniętego sektora administracji publicznej ani, rzecz jasna, dotacji jak te z UE. Rosja płaci przy tym znacznie lepiej niż Ukraińcy swoim informatykom i robi bardzo wiele, by ich nie wypuścić z rąk. Jest też kapitał na nowe przedsięwzięcia. Dlatego startupy tam zostają. 

A wracając do Polski...

Polska informatyka natomiast bardzo korzysta z rozwoju administracji publicznej – w tej chwili duża część projektów IT jest tworzona pod ten sektor. Ponieważ jesteśmy w UE, eksport naszych usług też się ładnie rozwija. To nas wyróżnia. Jeździmy do Anglii, USA, do Australii, prowadzimy też duże projekty informatyczne. Pieniądze są dostarczane przez korporacje, administrację, bądź są to środki unijne. 

Czyli teoretycznie nasze IT jest w dobrej sytuacji?

Teoretycznie tak. A przy tym młodzi ludzie są w tej chwili tak otwarci na nowości, że przy odpowiednio zorganizowanym dofinansowaniu, kształceniu, pokazaniu im ciekawych, nowoczesnych narzędzi, byliby w stanie zbudować wszystko i rozwiązać każdy problem. 

 

Mirosław Janik

- Prezes zarządu Wincor Nixdorf Sp. z o.o.

- Absolwent Akademii Ekonomicznej w Krakowie, Szkoły Głównej Handlowej, Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menedżerów i Harvard Business School.

- Ekspert w dziedzinie zarządzania przedsiębiorstwem, rozwoju międzynarodowego oraz wdrażania nowoczesnych rozwiązań. 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty