Gorący temat

TTIP: cieszyć się czy bać?

Fot. Shutterstock

Kwestia podpisania przez UE i USA Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowego i Inwestycyjnego rozpala na Starym Kontynencie emocje. Zdaniem jego przeciwników byłby to koń trojański w Europie, podstępnie wydanej na łup chciwych koncernów. Zwolennicy wskazują na możliwy skok gospodarczy obu wielkich rynków i wzrost zamożności ich mieszkańców. Ale co ten traktat może oznaczać dla takiego kraju jak Polska?

Unas negocjacje związane z TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership) nie budzą zainteresowania. Kiedy 18 kwietnia 2014 r. Europejczycy (przedstawiciele różnych sektorów gospodarki i zatroskani zwolennicy demokracji) wyszli na ulice, by przeciwko niemu protestować, w Polsce pod przedstawicielstwem Komisji Europejskiej stanęła tylko garstka ludzi. W październiku 2015 r. organizatorom ogólnoeuropejskiej inicjatywy obywatelskiej Stop TTIP (żądają przerwania unijno-amerykańskich negocjacji) udało się wreszcie przebić do Parlamentu Europejskiego z petycją podpisaną przez aż 3,3 mln osób. Wcześniej przewodniczący PE nawet nie chciał z nimi rozmawiać, ale teraz nie mógł już ich zbagatelizować. Lecz w Polsce i to wydarzenie przeszło praktycznie bez echa, a politycy nawet nie zająknęli się na ten temat podczas przedwyborczych debat. Poważnej dyskusji brak. Nie licząc stosunkowo rzadkich głosów na ten temat i nielicznych artykułów w mediach. Jak choćby ten, który ukazał się w „Polityce” po wręczeniu wspomnianej petycji. Przyrównano w nim pichcenie TTIP do próby stworzenia przez doktora Frankensteina człowieka idealnego: eksperyment się nie uda i powstanie monstrum.

Ten aspekt grozy jest uzasadniony, bo, tak naprawdę, nie wiemy, z czym mamy do czynienia. Negocjacje odbywają się bowiem między KE a Waszyngtonem, nie tylko ponad głowami obywateli, lecz także – w przypadku UE – ponad państwami, i są w dużej części utajnione. Tę skrytość KE tłumaczy m.in. tym, że Europa nie chce przedwcześnie odkrywać kart przed USA i dzięki temu próbuje wytargować jak najlepsze dla siebie postanowienia. Poza tym jest mnóstwo rozbieżności, więc rozmowy się toczą i toczą. Miały się zakończyć już w 2014 r., teraz mówi się o 2016 r.

Kolejny problem jest taki, że politycy i decydenci z obu stron Atlantyku są wręcz chorobliwie zdeterminowani, by doprowadzić do podpisania tej umowy. Jak dotąd, okazali się mierni, jeśli chodzi o radzenie sobie z problemami ekonomicznymi i społecznymi nękającymi rozwinięty świat. Teraz chcą pokazać, że robią coś istotnego, żeby ożywić gospodarkę i przeciwstawić się chińskiej (i nie tylko) globalnej ekspansji. Ale skąd to przekonanie, że połączenie obu wielkich rynków to lek na całe zło i oznacza same tylko dobrodziejstwa? Nie wiadomo. Tak jak nie wiemy, kto właściwie parł na początku do rozpoczęcia tych rozmów. Wiemy tylko tyle, ile czasem wyrwą od decydentów nieustępliwi dziennikarze i przedstawiciele różnych organizacji.

Podobno skoczy PKB

Jeśli TTIP wejdzie w życie, może sporo namieszać. Nie jest to bowiem zwykła umowa handlowa dotycząca wymiany towarów między jednolitym obszarem celnym Unii Europejskiej a Stanami Zjednoczonymi. Obejmuje także warunki inwestowania za granicą oraz przepływu kapitału, usług i siły roboczej. Potencjalnie może mieć ogromny wpływ na służbę zdrowia, politykę patentową i ochronę własności intelektualnej, a nawet na sądownictwo i ustawodawstwo w poszczególnych krajach.

Znany brytyjski komentator George Monbiot nazwał TTIP zamachem na demokrację i suwerenność. Jego zdaniem Wielka Brytania powinna głęboko rozważyć, czy podpisać ten traktat, bo może on silniej oddziaływać na życie obywateli, niż członkostwo w UE. Ale np. Ken Clarke, oponent Monbiota, wychwala partnerstwo transatlantyckie za jego możliwy wpływ na ożywienie handlu, czyli koła zamachowego każdej gospodarki. Na łamach „The Guardian” Clarke wezwał, by nie słuchać Monbiota, który przemilczał fakt, że TTIP powinno doprowadzić do łącznego wzrostu PKB w Unii i USA o 180 mld funtów (wzrost PKB Unii, wyrażony w euro, oszacowano na 119 mld, a w USA na 95 mld). Sama brytyjska gospodarka miałaby się powiększać o 10 mld funtów rocznie. Ośmiuset milionom obywateli nowego, jednolitego obszaru gospodarczego, nazywanego czasem Euroameryką, jego utworzenie miałoby zapewnić ok. 2,5 mln nowych miejsc pracy.

To wszystko gdybanie, bo za wiele jest znaków zapytania. Co prawda powstały prognozy wpływu TTIP na gospodarkę, w tym dwie największe: analiza brytyjskiej firmy Centre for Economic Policy Research (CEPR) na zlecenie KE i raport Fundacji Bertelsmanna (bazujący na analizach Instytutu Ifo). Lecz wnioski wypływające z tych opracowań tak się różnią, że podważa to ich wiarygodność. Nie mamy jednak nic lepszego.

CEPR stwierdza, że jeśli TTIP zostanie przyjęty w najbardziej ambitnej formie, to po 10 latach eksport unijny do USA wzrośnie o 6 proc., a amerykański do Unii o 8 proc. Dzięki temu zarobki Europejczyków wzrosną o 0,5 proc. (przy mniej ambitnej wersji – o 0,3 proc.). Uwzględniając spadek cen niektórych produktów, wyliczono, że siła nabywcza przeciętnej, czteroosobowej rodziny w UE wzrośnie o 545 euro rocznie (w USA o 655 euro). Dobrze byłoby mieć dodatkowe 500 euro. Niestety, Polak zyska dużo mniej niż Niemiec czy Brytyjczyk. W 2027 r. statystyczny rodak może zarabiać dzięki TTIP o 19,91 zł więcej (ambitna wersja traktatu) lub o 11,95 zł (wersja okrojona).

Jeśli chodzi o polski PKB, ekonomiści wyliczyli, że przy najlepszym scenariuszu zwiększyłby się zaledwie o 0,4 proc. A według Fundacji Bertelsmanna wzrost ten byłby trzy razy mniejszy niż np. brytyjski. Poważniejsze zmiany, czyli bardziej istotny wzrost naszego PKB i zarobków, nastąpią niezależnie od transatlantyckiego partnerstwa.

Polska–USA dziś

Przyjrzyjmy się naszym obecnym relacjom gospodarczym z USA. W 2014 r. eksport Polski do Stanów wyniósł 5,17 mld dol., a import z USA – 3,65 mld. Daje nam to nadwyżkę w wysokości 1,51 mld dol. Ten bilans na plus utrzymuje się od zrównania wymiany handlowej w 2010 r., po niekorzystnych dla Polski latach 2007–2009. Dane wyglądają nieźle, ale trzeba je jeszcze zobaczyć na szerszym tle. W 2014 r. eksport całej UE do USA wyniósł 417 mld dol., a import z USA do UE – 276 mld. Unia odnotowała więc 141 mld dol. nadwyżki. I to są imponujące liczby, mówimy o dużym kawałku globalnego handlu. W tym kontekście Polska wypada mizernie. Dodajmy jeszcze, że średnio dla krajów UE udział USA w eksporcie i imporcie sięga 5,5 proc., a w przypadku Polski tylko 2,5 proc. Tymczasem na same Niemcy przypada 25 proc. naszej wymiany handlowej. Jesteśmy też mniej więcej na 15. miejscu listy największych partnerów handlowych USA w Unii. Daleko nam do takich potęg, jak Wielka Brytania, Niemcy czy Holandia (to pierwsza trójka).

Istotna jest też struktura tej wymiany. W 2014 r. ponad 20 proc. naszej sprzedaży za ocean (za łącznie 1,13 mld dol.) stanowiły silniki lotnicze, części do samolotów i inny sprzęt transportowy. Skąd ten wynik? Dzięki podkarpackiej Dolinie Lotniczej. Amerykańskie firmy produkują w Polsce podzespoły do F16 i Boeingów i wysyłają je do Wuja Sama. Pozycja numer dwa w eksporcie: komputery i elektronika za łącznie 724,7 mln dol. Czy przypadkiem Dell nie ma fabryki pod Łodzią? Maszyny, podzespoły, sprzęt elektryczny itd. – to wszystko jest głównie wymianą handlową między oddziałami amerykańskich koncernów. Rdzennie polskie produkty wypadają skromnie. Chlubnym wyjątkiem są meble, których z roku na rok sprzedajemy do USA coraz więcej (w 2014 r. wzrost o 21 proc., do 389,8 mln dol.). Ze starszych raportów wyczytać można, że sprzedawaliśmy do Ameryki sporo chemikaliów i artykułów rolno-spożywczych. Ale to się skończyło. Niby nie ma sankcji jak w Rosji, ale jabłek do USA sprzedać się nie da, a przynajmniej nie jest to takie proste, z powodu skomplikowanych procedur certyfikacyjnych. Mamy więc wyjaśnienie, dlaczego handel z Ameryką nie budzi takich emocji w Polsce, jak w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech: i tak nie ma dla naszej gospodarki większego znaczenia, choć jego dynamika i bez traktatu jest dobra.

Korzyści i zagrożenia

Ale czy wymiana z USA nie mogłaby wzrosnąć, gdyby TTIP podpisano, bo na jego mocy mają być zredukowane (lub zniesione) cła oraz bariery administracyjne, które ją utrudniają bądź blokują? Zacznijmy od ceł. Z punktu widzenia eksporterów, ale i importerów, teraz też nie są problemem. – Cła w obrotach między Unią a Stanami osiągnęły już tak niski poziom (średnio mniej niż 2 proc.), że przestały być istotną barierą handlową – mówi prof. Leokadia Oręziak kierująca Katedrą Finansów Międzynarodowych SGH. Niemniej na partnerstwie UE z USA być może skorzystałyby w Polsce poszczególne branże z wysokim dzisiaj cłem: farmaceutyczna, motoryzacyjna, część rolniczej czy handel surowcami energetycznymi.

Z barierami pozataryfowymi jest inaczej. Zdaniem prof. Oręziak ich zniesienie lub ograniczenie jest głównym celem TTIP. Chodzi nie tylko o standardy i wymagania techniczne dotyczące towarów, lecz także o działania prawne i administracyjne władz związane z normami ekologicznymi, sanitarnymi, bezpieczeństwem żywności i stosowaniem szkodliwych substancji. Tutaj traktat o partnerstwie może wiele zmienić, tylko nie wiemy, co i do jakiego stopnia, póki go nie zobaczymy.

Na pewno wiadomo, że rozmowy krążą m.in. wokół takich rozbieżności, jak przepisy dotyczące genetycznie modyfikowanej żywności, stosowanie antybiotyków i hormonów w hodowli zwierząt, dezynfekowanie kurcząt chlorem (dopuszczone w USA, zakazane w Unii) itd. Generalnie przepisy sanitarne przy wytwarzaniu żywności są dużo bardziej liberalne w Stanach (przekładając się na niższe koszty produkcji i niższe ceny u producentów). Niektóre kraje, szczególnie te z silnym rolnictwem, obawiają się konkurencji amerykańskich farmerów i zalania rodzimych rynków tanią, modyfikowaną genetycznie kukurydzą i soją oraz kurczakami. W USA znacznie tańsza jest też energia, co ma wpływ na koszty produkcji w branżach energochłonnych (przemysł chemiczny, metalowy, hutnictwo). Nie wiadomo zresztą, czy za sprawą traktatu rynek UE zostałby otwarty dla wszystkich grup produktów.

A oto powód, dla którego Polacy naprawdę powinni przestać ignorować TTIP: częścią umowy ma być bowiem ISDS (Investor to State Dispute Settlement), czyli mechanizm rozstrzygania sporów między danym państwem a inwestującymi na jego obszarze międzynarodowymi koncernami. Mechanizm ten stwarza potencjalnie wiele zagrożeń dla państw członkowskich UE ze strony silnych korporacji i ich prawników, w dużej mierze amerykańskich. Jak to działa w przypadku innych, obowiązujących już na świecie traktatów, zawierających ISDS?

Weźmy Australię, gdzie rząd wprowadził (a parlament i sąd najwyższy zatwierdziły) jednolite opakowania papierosów, bez oznakowania marek i producentów, ale za to z przerażającymi zdjęciami, pokazującymi skutki palenia. Koncern tytoniowy Philip Morris, na mocy traktatu między Australią a Hongkongiem, pozwał więc rząd Australii do sądu i domaga się kolosalnego odszkodowania za straty w obszarze własności intelektualnej (znak towarowy). Z kolei Salwador zapłacił kanadyjskiej firmie wydobywającej złoto 315 mln dol. odszkodowania po tym, jak na skutek protestów miejscowej ludności cofnął pozwolenie na wydobycie cennego kruszcu. Koncern farmaceutyczny Eli Lilly procesuje się zaś z rządem Kanady o 500 mln dol., bo kraj ten nie uznał patentu na jeden z leków tej firmy, gdyż wątpi w jego wartość terapeutyczną. Sędziami w takich sprawach są międzynarodowi arbitrzy wybierani przez obie strony. Tylko że nie są to osoby niezależne, a często specjaliści pracujący kiedyś dla korporacji, będących stroną w tych sporach. Posiedzenia sądów są tajne, a od werdyktu nie można się odwołać do wyższej instancji.

Polska, podobnie jak inne kraje z Unii, podpisała już kilka dwustronnych traktatów z klauzulami typu ISDS. Jak podaje Rafał Górski, prezes Instytutu Spraw Obywatelskich INSPRO, od 1994 r. mechanizm ten wykorzystano co najmniej 127 razy w procesach przeciw 20 krajom UE. Werdykty udało się ujawnić jedynie w 62 przypadkach. Na mocy tych wyroków kraje unijne musiały wypłacić koncernom w sumie ponad 30 mld dol. w ramach odszkodowań. Polska jest na 8. miejscu wśród najczęściej pozywanych państw na świecie. Tylko w 2014 r. żądano od niej odszkodowań na łączną kwotę 8,5 mld zł. Jeśli z pieniędzy podatników będziemy zmuszeni wypłacać korporacjom gigantyczne pieniądze, to może warto wysłać wyraźny sygnał dla rządu, by TTIP, w tak niekorzystnej formie, nie akceptował.

Co prawda we wrześniu KE poinformowała, że zaproponowała w negocjacjach, by ISDS zastąpić nowym systemem sądów ds. inwestycji, z kwalifikowanymi sędziami, transparentnymi procedurami i jasnymi regułami oceny sprawy. Nad tym trybunałem byłby jeszcze Trybunał Apelacyjny.

Mniejsze firmy

Pochylmy się teraz nad wyjątkowo ważnym aspektem TTIP – jego potencjalnym wpływem na małe i średnie przedsiębiorstwa. Ken Clarke argumentuje, że traktat przyniesie znacznie większe korzyści sektorowi MSP niż wielkim koncernom. A to dlatego, że, jego zdaniem, dla regulatorów ostatecznie ważniejsze od ISDS i ochrony wielkich inwestorów jest znoszenie barier administracyjnych. Jeśli jakiś produkt, np. część zamienna do samochodu, perfumy czy wyroby cukiernicze, zostanie uznany za bezpieczny i dopuszczony w UE, automatycznie będzie też dopuszczony w USA (i na odwrót). Nie trzeba będzie przechodzić obowiązującej obecnie, trochę odmiennej na obu rynkach, procedury certyfikacyjnej (tej, na której poległy polskie jabłka). Do tej pory było tak, że wielkie firmy, uzbrojone w armię konsultantów i prawników, radziły sobie z certyfikacją i biurokratycznymi przeszkodami, a mniejsze poddawały się, uznając, że gra nie jest warta świeczki. Kiedy barier nie będzie, będą mogły, bez żadnych ograniczeń, sprzedawać to samo w całej „Euroameryce”.

Jednak, co podkreśla wielu ekonomistów, dla małych i średnich biznesów ważniejsze od umów międzypaństwowych są dobra wola i pozytywne nastawienie obu stron, budowane na bazie bezpośrednich kontaktów. Pomijając inne ważne aspekty, jak związki kulturowe czy językowe, te bezpośrednie kontakty z amerykańskim biznesem musimy dziś rozwijać, ograniczani przez wizy. A ich zniesienia traktat nie załatwi.

Dr Katarzyna Śledziewska z Katedry Makroekonomii i Teorii Handlu Zagranicznego na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW pociesza, że TTIP może mieć bardzo pozytywny wpływ na naszą gospodarkę, bo za jego sprawą pojawią się nowe rynki zbytu. Poza tym – zwykły Kowalski będzie miał możliwość swobodnego wyjazdu do pracy za oceanem (pomimo wiz). Lecz niewielu podziela ten optymizm. Zdaniem prof. Oręziak szanse na to, że dzięki TTIP polski eksport na amerykański rynek zwiększy się w istotny sposób, są znikome, ponieważ nasze towary są mniej konkurencyjne. Choćby z racji dużo wyższych kosztów energii, jakie ponoszą polscy producenci. W naszym wypadku będą więc gigantyczne koszty, w zamian za praktycznie żadne korzyści.

Nie ona jedna zwraca przy tym uwagę, że wolny handel zawsze w historii sprzyjał najsilniejszym i pierwsi wypadali z gry słabsi ekonomicznie. Panuje pogląd, że w Unii na TTIP skorzystają przede wszystkim stare gospodarki, szczególnie Wielka Brytania, Niemcy czy Holandia, które mogą faktycznie kłaść na jednej szali jego pozytywy, a na drugiej negatywy i rozważać, co się bardziej opłaci. Polska ma do „zyskania” głównie minusy. Jeśli „idealny człowiek” doktora Frankensteina jednak ożyje, pozostanie nadzieja, że pomoże nam pośrednio to, iż na traktacie skorzystają nasi główni partnerzy gospodarczy w Unii. Na zasadzie, że przypływ unosi wszystkie łodzie. Ale to też gdybanie.

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty