Strategie

Boom na drony

fot. Shutterstock

Nawet 30 tys. zł miesięcznie – na takie pieniądze może liczyć obrotny operator drona. Na starcie musi jednak wydać kilkadziesiąt tysięcy: przejść szkolenie, zdać egzamin i kupić bardzo drogi sprzęt. Rośnie też lawinowo konkurencja. Ale chętnych nie brakuje, bo wciąż pojawiają się nowe możliwości. 

Bezzałogowce zawojowały świat. Coraz częściej są nie tylko ciekawostką czy elementem wyposażenia armii, lecz także narzędziem do prowadzenia regularnego biznesu. Jak podaje raport firmy Visiongain, w ubiegłym roku globalny rynek usług z wykorzystaniem dronów wart był 1,3 mld dol., a w najbliższej dekadzie jego wartość wzrośnie do 10,2 mld dol. (choć niektórzy szacują, że nawet do kilkudziesięciu miliardów). W tym czasie tylko za oceanem przybędzie na nim 100 tys. nowych miejsc pracy. 

Rynek ewoluuje

Polska dotrzymuje kroku światowym trendom, a rynek bardzo szybko ewoluuje. Jeszcze do niedawna, aby uruchomić firmę w tej branży, wystarczyło doświadczenie oraz kilka tysięcy złotych na „środki produkcji”. – Dron z kamerą, monitor, komplet anten i nadajnik wideo, aby mieć podgląd na żywo... Gotowy zestaw to wydatek ok. 7 tys. zł – oblicza Kamil Markiewicz z czteroosobowej firmy Air Photo Lublin, która za pomocą bezzałogowców świadczy usługi filmowania imprez masowych oraz dokumentowania badań archeologicznych, geologicznych itp. – Jednak z takim wyposażeniem nasze usługi będą skierowane do mniej wymagających klientów. Tymczasem wielu zleceniodawców oczekuje dziś zdjęć w dużej rozdzielczości, a do tego potrzeba już sprzętu za ok. 30 tys. zł – przestrzega Markiewicz. 

Według Wojciecha Brodziaka z zatrudniającej pięć osób firmy Dron Academy (filmowanie, fotografowanie i transmisje na żywo z powietrza, tworzenie modeli 3D i fotomap) wydatek 30 tys. zł na sprzęt to dziś absolutne minimum. – W tej branży liczy się najwyższa jakość. Trzeba szybko reagować na zmiany. Klienci są coraz bardziej świadomi cen i technologii. 

Nie chcą już zdjęć czy filmów wykonanych zabawkowym dronem z podpiętą sportową kamerką. Nie dość, że ich jakość, jak na obecne czasy, będzie bardzo słaba, to takiego drona mogą sobie kupić sami. Na przykład deweloper, który płaci za filmowanie i fotografowanie 3 tys. zł dziennie, tyle samo wydałby na tanie urządzenie. – Jeśli więc decyduje się na wynajęcie specjalisty, to chce usług, jakie może zapewnić tylko duża, droga maszyna, która uniesie ciężki, ale za to dobry aparat czy kamerę – wyjaśnia Brodziak. Na żadne kompromisy nie pójdą też np. ekipy wynajmujące bezzałogowca do realizacji reklam czy filmów. 

W dodatku konkurencja jest coraz większa. – Utrzymają się tylko firmy zatrudniające doświadczone zespoły: operatorów dronów, grafików komputerowych oraz montażystów filmów wideo – uważa Markiewicz. Wprawdzie nie ma jeszcze wojen cenowych, ale jest walka na sprzęt, umiejętności, kontakty i doświadczenie. Szczególną przewagę dają umiejętności, bo jeśli ich zabraknie, sprzęt bardzo łatwo zniszczyć. 

Tymczasem do branży garnie się mnóstwo ludzi. – Nagłośnione zostały legendarne zarobki, bez wspominania o wymaganiach, nakładach finansowych i ryzyku. Mało kto mówi też o tym, że to praca sezonowa. Zima to martwy okres, a jesienią czy wiosną też nie pracujemy przy gorszej pogodzie, bo deszcz uniemożliwia loty. Nikt nie ma tylu zleceń, żeby codziennie jeździć w teren – twierdzi Krzysztof Wąsala, licencjonowany operator UAV z DronEye.pl, która wykonuje m.in. mapy z wykorzystaniem zdjęć lotniczych. 

Wojciech Brodziak zgadza się, że na przychody firmy bardzo wpływa sezonowość, ale to się powoli zmienia. – Operator z głową na karku zarobi w dobrym miesiącu nawet 20–30 tys. zł. To możliwe nawet w zimie. Trzeba po prostu znaleźć klienta – mówi. – Drony są na tyle nowymi urządzeniami, że ciągle pojawiają się ich kolejne zastosowania, które kiedyś zupełnie wykreślą słowo „sezon” ze słownika naszej branży. 

Wśród usług świadczonych przez firmę Brodziaka znalazła się np. taka nowinka, jak „modelowanie 3D stoków narciarskich”, coraz częściej zamawiana przez zimowe kurorty. Dzięki niej możemy zobaczyć, jak dokładnie wyglądają stoki w danej miejscowości, zanim wybierzemy się gdzieś pojeździć na jednej czy dwóch deskach. Inna nowa usługa to sprawdzanie ubytków ciepła w wieżowcach. Firmy planujące ocieplanie wysokich budynków chcą wiedzieć, gdzie ucieka go najwięcej – i tu wkracza dron z kamerą termowizyjną. 

Szukajcie innowacji w innowacji

Firma oferująca usługi operowania dronem to tylko z pozoru łatwy biznes. – Ze sprzętem latającym bywa tak, że operator może nieopatrznie zahaczyć o drzewo czy inną przeszkodę. Czasem wystarczy jeden błąd, który przełoży się na ogromne koszty napraw i wypadnięcie z rynku – mówi Krzysztof Wąsala, który podkreśla też, że skoro konkurencja rośnie jak na drożdżach, rynek błyskawicznie się nasyca. I to jest kolejne ryzyko. 

Cała nadzieja w tym, że ciągle pojawiają się nowe sposoby wykorzystania bezzałogowców. Oprócz wspomnianych już modeli 3D czy badania ubytków ciepła, są też transmisje HD z imprez, reklamy na dronach, monitorowanie stanu upraw rolnych czy sprawdzanie jakości linii wysokiego napięcia. Dlatego, choć przybywa usługodawców, jest też coraz więcej zamówień. – Dzięki temu sytuacja jest stabilna, ale nieregularna – zauważa Wąsala.

Wojciech Brodziak czuje już mocno oddech konkurencji na karku. – Obserwujemy boom. Gdy zaczynałem swoją przygodę z dronami, na rynku było zaledwie kilka firm. Dziś napływają nań setki operatorów miesięcznie. W urzędach pracy organizowane są również masowe szkolenia. Nic dziwnego, że co miesiąc dostajemy kilkanaście e-maili z CV kandydatów do pracy u nas – mówi Brodziak, który szczególnie duży przesyt zauważa na rynku fotografii i filmowania z powietrza. 

– Tu konkurencja jest największa, bo wiele osób naiwnie myśli, że skoro rynek jest młody, to uda im się w niego wstrzelić. W dodatku większość z nich nie zainwestowała w dobry, a więc jednocześnie drogi sprzęt. Oferują kiepskiej jakości zdjęcia i filmy, przez co z trudem zdobywają klientów, a w efekcie – zaniżają ceny i psują rynek – opisuje Brodziak, który stwierdza, że mnóstwo chętnych do zarobienia na dronach wpadło w ślepą uliczkę. – Rynek wypełnił się już rok temu. W ciągu kolejnego np. filmowanie z powietrza stanie się równie popularne, jak filmowanie z ziemi. Aby się wybić, trzeba będzie szukać innowacji w innowacji – podsumowuje.

 


Usługi na topie

Okazuje się, że tym, o co klienci pytają najczęściej, wcale nie jest fotografowanie z powietrza ślubów, wydarzeń kulturalnych czy sportowych. Zdaniem Kamila Markiewicza z Air Photo Lublin, jeśli chodzi o udział w liczbie „dronowych” zleceń, na topie są usługi dla deweloperów. – Chcą oni już nie tylko pokazać zainteresowanym teren, na którym będzie stał przyszły budynek, czy poszczególne etapy budowy, lecz także zaprezentować potencjalnym klientom, jaki będzie np. widok z balkonu – wyjaśnia Markiewicz. – Dlatego częstym zamówieniem jest lot na wysokości 30 m, czyli ósmego piętra. 

Wojciech Brodziak z Dron Academy szacuje, że w przypadku jego firmy aż 90 proc. zleceń pochodzi od deweloperów, którzy przyznają zresztą, że potem doliczają cenę „dronowej” usługi, czyli zazwyczaj 3 tys. zł, do kosztów mieszkania. De facto płacą więc za nią klienci, którzy chcą zobaczyć, co tak naprawdę kupią. Brodziak jednak dodaje, że choć zlecenia od deweloperów przeważają, jego firma więcej zarabia na tworzeniu ortofotomap, czyli precyzyjnych map fotograficznych. – Jedna taka mapa kosztuje 30–40 tys. zł. Jej cena jest tym wyższa, im większa jest powierzchnia, nad którą pracujemy.


Zanim zaczniesz latać dronem

Aby móc legalnie zarabiać na operowaniu dronem, trzeba zdać „prawko”, czyli państwowy egzamin. Mogą do niego przystąpić osoby pełnoletnie, które przeszły z wynikiem pozytywnym specjalistyczne badanie lotniczo-lekarskie i wykupiły ubezpieczenie OC. Za badanie zapłacimy ok. 250 zł, a za ubezpieczenie – 500 zł. Do tego należy doliczyć koszty podejścia do egzaminu i wydania odpowiednich dokumentów – łącznie 201 zł.

Sam egzamin nie jest oceniany przez fachowców jako szczególnie trudny – woleliby oni nawet jego wyższy poziom, aby licencji pilota nie otrzymywały osoby z brakami w umiejętnościach – co się obecnie zdarza. Takie braki oznaczają potem większe prawdopodobieństwo popełnienia błędu, który może się skończyć nawet zniszczeniem drona i ogromnymi stratami finansowymi dla jego właściciela. 

Dlatego przed egzaminem powinno odbyć się solidne, teoretyczne i praktyczne szkolenie w jednej z dwóch kategorii. Pierwsza to VLOS (Visual Line of Sight). Dotyczy lotów dronem w zasięgu wzroku operatora i umiejętności, dzięki którym można potem myśleć o fotografowaniu i filmowaniu z powietrza. Szkolenie w tej kategorii trwa kilka dni (zwykle od dwóch do pięciu) i kosztuje od 1,2 do 2,5 tys. zł. Ta droższa i dłuższa opcja zalecana jest osobom, które uczą się „od zera”. 

Druga kategoria, BVLOS (Beyond Visual Line of Sight), dotyczy latania dronem poza zasięgiem wzroku operatora. W tym przypadku zdobyte umiejętności pozwalają wykonywać takie usługi, jak np. obserwacja czy monitoring terenu z powietrza. Szkolenie trwa mniej więcej 10 dni i kosztuje zwykle ok. 10 tys. zł. W jego ramach uczymy się m.in. podstaw prawa lotniczego, meteorologii i nawigowania. 

Pora na profesjonalny sprzęt (pomijamy „zabawki” z elektromarketów): kupuje się go na zamówienie w specjalistycznych sklepach, które działają też w internecie. Im wyższa półka (jeśli chodzi o urządzenia), tym realizacja zamówienia trwa dłużej. Czasem nawet miesiąc, bo drona trzeba wyważyć i sprawdzić w locie. 

Na jakie przychody można liczyć, gdy już otworzy się biznes? Zwykle wynagrodzenie za dzień pracy przy jednym zleceniu to 2,5–3 tys. zł. Trzeba jednak pamiętać, że część firm nie ma tylu zleceń, aby pracować codziennie. Poza tym, żeby przyciągnąć coraz bardziej obeznanego z możliwościami rynku klienta, należy najpierw zainwestować kilkadziesiąt tysięcy złotych w drogi bezzałogowiec, wysokiej klasy sprzęt fotograficzny, dobre kamery itp.

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Boom na drony

Cztery sposoby na podatki

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Zamiast dziel i rządź - mnóż i zarządzaj!

Moda na single