Strategie

Powrót nowego rzemieślnika

Wydawać by się mogło, że wraz z rozwojem technologii, globalizacją  i zalewem masowymi produktami zmierzch rzemiosła rękodzielniczego (poza branżą produktów luksusowych) jest nieuchronny. Tymczasem rynek wyrobów „handmade” zaczął odżywać, a nawet rozkwitać

Co ciekawe, zjawisko to dotyczy w dużym stopniu młodych ludzi, choć przecież, jako wychowani w konsumpcjonizmie, powinni jeszcze bardziej przyczyniać się do niszczycielskich procesów. Okazuje się jednak, że wielu dzisiejszych dwudziestoparolatków coraz częściej chwyta za rzemieślnicze narzędzia, a zarazem – chętniej niż inni kupuje wytworzone za ich pomocą produkty.

Pierwsze skrzypce gra tutaj internet. To dzięki niemu rzemieślnicy mają szansę w starciu z wielkimi markami uzbrojonymi w szeroką sieć dystrybucji, reklamy i logikę skali. Internet wiele ułatwia: warsztat można mieć w domu, a produkty prezentować i sprzedawać za pomocą bloga czy Facebooka. Łatwiej też zaopatrzyć się w materiały czy zdobyć wiedzę na temat nowych technik.

Ten powrót rzemiosła nie oznacza, że dawni rymarze, kapelusznicy i krawcowe tłumnie wkraczają w wirtualną przestrzeń. Rzemiosło odradza się, ale w odmienionej, dostosowanej do nowego rynku, formie. Nie idzie też na zderzenie z wielkimi firmami, a raczej stara się tworzyć dla nich alternatywę – kusi klientów tym, czego masowe sklepy nie mogą im zaoferować – unikalnością.

Klony na ulicach są nudne

Na narastające zjawisko tzw. kastomizacji (personalizacji produktu) zwracają uwagę marketingowcy i naukowcy. Po latach zalewania rynków masowo wytwarzanymi, podobnymi wyrobami, konsumenci poczuli się znużeni. Zaczęli szukać rzeczy niestandardowych, których nie ma nikt inny, a przynajmniej – nikt z ich znajomych. Choć o kastomizacji pisał już w latach 70. XX w. słynny amerykański futurolog Alvin Toffler, to jej prawdziwy rozkwit ma miejsce w ostatnich latach. Trend ten dostrzegły też oczywiście wielkie korporacje, stąd ich oferty dostosowywane do kupującego (np. marka M&M’s stworzyła stronę, na której klient może wybrać kolory cukierków). Zdaniem amerykańskiego dziennikarza J.P. Titlowa, biznes generalnie rezygnuje z dominującej od czasów Henry’ego Forda homogenizacji produktów, a w ślad za wielkimi firmami podążają mali i średni przedsiębiorcy. Przyszłość będzie należeć do kastomizacji – stwierdza Titlow i trudno się z nim nie zgodzić, patrząc na obsesję zachodnich konsumentów na punkcie wyjątkowości. A co jest bardziej wyjątkowe niż produkt wytworzony ręcznie przez rzemieślnika?

W Polsce jedną z wartych uwagi rękodzielniczych nisz jest branża odzieży, dodatków i biżuterii. W ostatnich latach pojawiło się wiele marek oferujących własnoręcznie stworzone ubrania, torby czy bransoletki, otwierają się wciąż nowe serwisy internetowe, gdzie można to wszystko kupić. Na ulicach widać coraz więcej osób ubranych w oryginalną odzież. Ta kastomizacja przejawia się na różnych poziomach – od rzeczy wykonanych całkowicie przez rzemieślnika po odręczne malunki na fabrycznie wyprodukowanych koszulkach czy trampkach. Zjawisko to dobrze oddają słowa Igi Szubiak, studentki Międzynarodowej Szkoły Kostiumografii i Projektowania Ubioru w Warszawie, która jednocześnie współtworzyła rękodzielniczą markę Trusst Me: – Ludzie zaczynają być świadomi tego, co kupują. Staram się unikać sieciówek, zakupy robię w second handach, a nawet sama sobie szyję ubrania. Jasne, że wolę coś ręcznie zrobionego, indywidualnego. Sieciówkowe klony na ulicach są nudne.

Samoucy spoza systemu

Co znamienne, ciągłość tradycyjnego systemu mistrz–czeladnik została przerwana. Nowi często nie mieli kontaktu z mistrzem. Czasem są po specjalistycznych studiach (np. kostiumografii), jednak głównym źródłem ich wiedzy jest literatura fachowa i internet. – Nie ma od kogo się uczyć – mówi poznańska kaletniczka Monika Klama, która rzemiosłem zajęła się stosunkowo późno, po latach pracy jako marketingowiec. Według niej, jeżeli ktoś nie zna angielskiego czy francuskiego, właściwie nie ma dostępu do literatury przedmiotu. – Cała moja wiedza i umiejętności ukształtowały się dzięki źródłom zagranicznym.

Kolejne wyzwanie to pozyskanie klientów. Rzemieślnik zaczyna z niczym, mozolnie starając się stworzyć ich bazę. Zdaniem Katarzyny Haratym z Krakowa (sprzedającej odzież pod marką Kata Haratym) trzeba dotrzeć do ludzi, przekonać ich, że warto wydać pieniądze na produkt, który, wytwarzany na miejscu, w krótkich seriach, kosztuje znacznie więcej niż ten w sieciówkach. Poza tym moda i trendy się zmieniają, a klienci są dużo bardziej wymagający niż w przypadku oferty większych producentów. Zwracają uwagę na użyte materiały i jakość wykonania. Jak mówi Iga Szubiak: – Liczy się każdy szczegół, ważne są takie rzeczy, jak naklejki, wizytówki, opakowanie, metki.

Na dodatek produkt musi się wyróżniać na tle nie tylko „masówki”, lecz także innych rzemieślniczych wyrobów (stąd mowa o tzw. kreatywnym rękodziele). Na to wszystko nakładają się problemy z zaopatrzeniem w mniejsze ilości materiałów. Monika Klama podkreśla, że ich producenci często nie chcą sprzedawać inaczej niż hurtowo, a gdy już zgodzą się na „detal”, to ceny bywają nawet dwukrotnie wyższe niż przedtem.

Zawód rzemieślnika czy rzemieślniczki nie jest więc łatwy, niemniej garnie się do niego coraz więcej osób. W pewnym sensie motywacja zarobkowa jest tu drugorzędna. W końcu osoby wyrabiające ubrania i dodatki same zaliczają się do nabywców rękodzieła. W przypadku młodszych generacji pragnienie odróżnienia się, zaprezentowania własnego stylu, jest na tyle powszechne, że podsyca rozwój nowoczesnego rękodzieła, a strona podaży i popytu mocno się przenikają.

Wirtualny jarmark

Podstawowym narzędziem dystrybucji wyrobów „handmade” jest internet i serwisy takie jak Facebook czy Instagram, gdzie ma się dobry kontakt online z potencjalnym klientem. Tu relacje mogą być całkiem osobiste. Gość na stronie rzemieślnika może od razu do niego napisać na czacie albo zostawić komentarz. Strona przypomina trochę stragan na jarmarku – wytwórca wystawia produkt (zamieszczając zdjęcie), zaś zainteresowani zagadują, wyrażają chęć kupna, czasem nawet się targują. Kolejny kanał wirtualnej dystrybucji to serwisy tematyczne, jak amerykański Etsy.com czy np. polskie Misbhv, Pakamera, Decobazaar albo Mustache (strona organizuje też własne targi w świecie fizycznym). Pomagają one rękodzielnikom dotrzeć do klienta, który w jednym miejscu ma duży wybór rzemieślniczych produktów. Tu jednak wystawca musi zapłacić właścicielowi serwisu prowizję od ceny sprzedaży, która np. w Pakamerze wynosi maksymalnie 23 proc. Są też oczywiście popularne serwisy aukcyjne.

Generalnie nowi rzemieślnicy starają się dotrzeć do internautów na wiele sposobów. Poza wirtualnymi jarmarkami, blogami, obecnością na portalach społecznościowych, popularne są również liczne targi dizajnu i mody, na których można pohandlować, wypromować się, a także poznać innych rzemieślników, nawiązać z nimi współpracę czy poradzić się w sprawie zakupu materiałów.

Wizerunek rękodzielnika

W 2014 r. globalna sprzedaż rękodzieła w internecie wzrosła, zależnie od szacunków, o 20–30 proc. Etsy.com zwiększa co roku obroty o ok. 20 proc., ma 30 mln użytkowników, a swe wyroby wystawia w nim ok. miliona rękodzielników. Rosną też obroty jego polskich odpowiedników, np. Pakamery o 25–30 proc. rocznie. Trudno ocenić wartość transakcji dokonywanych bez pośrednika – ale i tu fala zapewne jest wznosząca. Sami rzemieślnicy potwierdzają te zmiany. Rękodzieło (nie tylko ubrania, dodatki i biżuteria, lecz także zabawki czy meble), pomimo wszystkich przeszkód i trudnego, kapryśnego rynku, pomału wraca do łask. – Dobry wizerunek rzemieślnika zaczyna się odradzać – zauważa Monika Klama. – Nadal jednak mówienie o swoim wyrobie jako o rękodzielniczym w oczach polskiego klienta nieco go deprecjonuje. Wciąż uznaje on prymat produktu wytworzonego fabrycznie, najlepiej za granicą.

Katarzyna Haratym ma bardzo podobne wrażenie. – Na szczęście zmierzamy w dobrym kierunku – dodaje. Na to, że ręczną robotę docenia w Polsce coraz więcej osób, wpływ mają też pośrednio wielkie korporacje, które w dążeniu do maksymalizacji zysków zaczęły używać coraz gorszych materiałów i oferować tandetę. W dużej mierze podkopało to zaufanie klienteli, a przez kontrast – pomogło rzemiosłu.

Zdaniem jego przedstawicielek poważniejszy sukces jest tu możliwy. – Warto celować w niezagospodarowaną niszę i, przede wszystkim, dużo pracować i nie zrażać się na początku – podsumowuje Haratym, która weszła już do regularnej branży modowej. Z wysokiej jakości rękodzieła, nawet jeśli nie wstrzelimy się w chłonny trend, można się też po prostu utrzymać, choć wymaga to pełnego zaangażowania. – Myślę, że młodzi odnajdują w rzemiośle to, co odnalazłam ja – spokój, kontrolę procesu, sprawczość, spełnienie, niezależność. Harmonię między głową a ręką – mówi Monika Klama.

Wiele osób i marek nie dało rady na tym wciąż niestabilnym rynku, choć jednocześnie coraz więcej zaznacza swą obecność również za granicą. Nie wszyscy też są oryginalni. – Nie tylko ja mam już dosyć szarego dresu – mówi Iga Szubiak, która zarazem podkreśla, że zmiany są dynamiczne. Gama oferowanych produktów i wzorów stale się poszerza, a wraz z nią grupa odbiorców. Uznanie Polaków zyskali już wytwórcy „rzemieślniczych” lodów czy piw, teraz chcą dołączyć do nich producenci odzieży i dodatków „handmade”.


Szara strefa

Młodzi rzemieślnicy chętnie sięgają po unijne i państwowe subwencje – np. z Akademickiego Inkubatora Przedsiębiorczości – aby na poważnie rozwijać swój mały biznes. Ze wsparciem unijnym wiąże się też charakterystyczne dla branży zjawisko: rzemieślnicy rejestrują działalność gospodarczą głównie po to, by ubiegać się o dotacje, które inaczej byłyby dla nich niedostępne. Jednocześnie bardzo wielu z nich w ogóle się nie rejestruje, bo nie są pewni, czy będzie ich stać na płacenie ZUS i podatków. Korzystają z faktu, że zamieszczenie np. na Facebooku zdjęcia produktu wraz z ceną nie jest ofertą handlową w rozumieniu prawa. Wiele kontaktów na rynku odbywa się więc w szarej strefie. Polskie przepisy nie nadążają za zmianami technologicznymi i kategoria rzemieślnika internetowego – nieposiadającego oficjalnego zakładu – nie została jeszcze uregulowana. Tymczasem segment ten rozwija się wyjątkowo szybko. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty