Liderzy

Od poszetek po biomedycynę

Kamal Jahid produkcję poszetek, czyli chusteczek noszonych w kieszonce marynarki, rozpoczął trzy lata temu.

Zdaniem analityków Polska jest dość atrakcyjna dla obcokrajowców jako miejsce prowadzenia biznesu. Mamy stabilną gospodarkę, dużą populację i jesteśmy wykształceni. David Liebers, Kamal Jahid i Conall McGuire, którzy założyli tu swoje firmy, wskazują też na mniej niż na Zachodzie zatłoczony rynek. No i lubią nas. 

28-letni David Liebers wydaje się chodzącym ideałem: przystojny, inteligentny, z dużym poczuciem humoru. Do tego zawodowo zajmuje się walką z rakiem, a jakby tego było mało, studiuje medycynę na Harvardzie, udziela się w organizacjach broniących praw człowieka i właśnie założył własną firmę. W Polsce. 

Obiecujący rynek biomedycyny

Do naszego kraju trafił przez przypadek. Po ukończeniu koledżu wbił sobie do głowy, że będzie naukowcem, więc zatrudnił się w Narodowym Instytucie Zdrowia w Waszyngtonie, gdzie przeprowadzał reakcje sekwencjonowania DNA: jedna za drugą, jedna za drugą... Aż pewnego dnia w 2009 r. stwierdził, że pragnie czegoś innego, i postarał się o miesięczne stypendium, by studiować historię konfliktów etnicznych i ludobójstwa w Europie. Miał nadzieję wyjechać do Paryża, ale zamiast tego wysłano go do Warszawy. Z początku był zawiedziony, lecz piękno polskiej przyrody, nasza bogata historia, a także piwo miodowe i zupa szczawiowa szybko sprawiły, że Polskę pokochał. W sumie spędził w niej ponad dwa i pół roku. Wykładał m.in. na UW i stworzył Fundację Inicjatywa Demokratyczna. 

Dlaczego jednak postanowił, że to właśnie nad Wisłą, w Warszawie, założy swoją firmę Alcid Biosciences? Sentyment do Polski na pewno był jednym z ważnych czynników, lecz decydujące znaczenie miało to, że nasz rynek technologii biomedycznych jest dużo mniej zatłoczony niż amerykański. David i jego dwaj współpracownicy, dr Piotr Religa i Artur Olszewski, planują bowiem zaszczepić u nas innowacyjną technikę płynnej biopsji, która pozwala na analizę komórek rakowych na podstawie niewielkiej próbki krwi – bez wycinania fragmentu guza, co jest bardzo inwazyjne i często niedokładne. 

Tego typu innowacje są w Polsce tym bardziej potrzebne, że mamy jeden z najwyższych w Europie współczynników zachorowalności na raka. Poza tym w ciągu najbliższych pięciu lat będziemy największym odbiorcą funduszy strukturalnych w UE. – Jeśli jesteś młodym Polakiem i masz innowacyjny pomysł, który mógłby zmienić twój kraj, to teraz jest czas, aby wprowadzić go w życie – zachęca David, mając na myśli to, że po 2020 r. ten strumień pieniędzy już wyschnie. Dodaje też, że polskie firmy dopiero zaczynają sobie uświadamiać, jak ważne są inwestycje w badania i rozwój. Amerykanie są na tym polu bardziej rzutcy: rzadziej boją się działać wbrew rynkowi i szukać nowych wyzwań. 

My jesteśmy za to bardzo solidni i mamy wysoką etykę pracy. – Wielu Polaków zapewne zdziwi taka opinia. W końcu macie w swoim języku nieprzetłumaczalne na angielski słowo „kombinator” – śmieje się David, który nie uważa też, by przepisy u nas jakoś szczególnie ograniczały przedsiębiorców. – Nie widziałem jeszcze kraju, w którym małe i średnie firmy nie narzekałyby na nadmiar regulacji – mówi. – Ameryka często postrzegana jest jako raj dla biznesu, ale to ma więcej wspólnego z dostępem do rynków kapitałowych niż z przyjaznym dla biznesmenów prawodawstwem. 

Co nie znaczy, że pewnych rzeczy nie należałoby w Polsce poprawić. Choćby tego, że ZUS trzeba płacić nawet wtedy, gdy firma przynosi straty. Albo niejasnych przepisów podatkowych. Jednak zdecydowanie największy problem, zdaniem Davida, to mała dostępność kredytu. 

Niewykorzystana luksusowa nisza

Kamal Jahid, Marokańczyk, właściciel firmy Glamorous Pochette, nie do końca zgadza się z Davidem. Uważa, że w Polsce biznes jest naprawdę mocno krępowany przez przerośniętą biurokrację i nadmiar regulacji. Ale w końcu to swoista gra: – Jeśli chcesz wziąć w niej udział, musisz zaakceptować zasady. Zadaniem przedsiębiorcy jest przystosowywać się i znajdować rozwiązania – mówi.
 
Swoją firmę produkującą poszetki, czyli eleganckie chusteczki noszone w kieszonce marynarki, założył trzy lata temu, pod wpływem, jak to ujmuje, „olśnienia”. – Podczas imprezy z okazji moich 27. urodzin rozejrzałem się i uświadomiłem sobie, że przy każdym z garniturów, łącznie z moim, czegoś brakuje. Następnego dnia poszedłem do sklepu i byłem zawiedziony niską jakością oferowanych poszetek. Wtedy postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić – wspomina. Wkrótce pozyskał inwestora i mógł uruchomić produkcję w Warszawie. 

Kamal mieszka w Polsce od 2011 r., ale po raz pierwszy zawitał do nas trzy lata wcześniej, w ramach stażu organizowanego przez międzynarodową organizację studencką AIESEC. Później pracował jeszcze przez jakiś czas w Niemczech, próbował też sił na rodzimym, marokańskim rynku. Jednak po pobycie w Europie ciężko mu było zaakceptować trochę zbyt wyluzowany styl działania swych krajanów. – Latem na przykład wiele osób dociera do pracy z dużym opóźnieniem albo wcale, bo „przecież jest lato, uśmiechnij się, skocz na drinka” – wyjaśnia. 

Za to z Polski wyniósł jak najlepsze wrażenia. Do tego stopnia, że już na etapie stażu nie chciał iść w ślady koleżanek i kolegów, którzy wybierali takie kierunki, jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja, tylko postawił na nasz kraj. Pociągało go to, że w pewnym sensie łączy dwa światy, Wschód i Zachód, a zwłaszcza ich zalety. – Polska to jeden z nielicznych rozwiniętych krajów, w którym można imprezować i cieszyć się życiem z zupełnie obcymi ludźmi – podkreśla. 

Jak na razie odzew na ofertę Glamorous Pochette jest, choć zainteresowanie nią nie od razu nabrało tempa. Z założenia odbiorcą poszetek są przede wszystkim firmy. Tego typu ekskluzywne gadżety nadają się bowiem na upominki dla klientów czy zasłużonych pracowników. U Kamala kupiło je już kilkanaście firm (w tym PGE, Pure Sky Club czy HB Reavis). W sumie, jak mówi, sprzedał „kilka tysięcy poszetek za ok. 30 dol. każda”. Polacy w ogóle coraz chętniej sięgają po towary luksusowe i na to właśnie liczy Glamorous Pochette. 

Gorączka w Irlandii i firma w Polsce

Conall McGuire po raz pierwszy zawitał do nas w 2000 r. Miał wtedy 24 lata i, jak to często bywa w tym wieku, zakochał się. Potem przyszła rozłąka, tęsknota, aż wreszcie, rok później, opuścił zieloną Irlandię, aby ożenić się z Polką. Dziś mają trójkę dzieci. 

Z początku jedyną przyzwoitą pracą, jaką mógł znaleźć, było nauczanie angielskiego. Lecz w 2004 r., gdy przystąpiliśmy do Unii, a na światowym rynku nieruchomości trwał boom, znajomi z Irlandii (gdzie ta hossa zainspirowała szczególnie wielu) zaczęli go podpytywać o możliwości inwestycyjne w Polsce. Conall pomagał im przy zakupie, odnawianiu i wynajmie lokali w Warszawie, aż wreszcie stwierdził, że sam zajmie się tym na poważnie. Tak powstała firma Warsaw Properties, która wciąż utrzymuje się na powierzchni, mimo że w ciągu ostatniej dekady rynek nieruchomości przeżywał wzloty i upadki (zwłaszcza po kryzysie w 2008 r.). Jej średnie roczne obroty przez cały ten czas oscylowały wokół 1 mln zł. Conall uważa, że udało mu się między innymi dlatego, iż nie ograniczał się jedynie do handlu nieruchomościami, ale miał też kilka innych źródeł dochodu, jak usługi remontowe, wystrój wnętrz czy zarządzanie nieruchomościami (portfel nieruchomości, którymi zarządza, jest obecnie wart ok. 100 mln zł). Przed trzema laty założył też z Konradem Szwedzińskim i Piotrem Bolińskim grupę kapitałową Setanta i został jej prezesem. Grupa ta dwa i pół roku temu weszła na NewConnect, a za kilka miesięcy chciałaby zadebiutować na głównym parkiecie. Setanta objęła 100 proc. udziałów w spółce Conalla, co wyzwala korzystną synergię. Na przykład, gdy w 2016 r. grupa rozpocznie w podwarszawskim Piasecznie budowę osiedla, mieszkania na nim sprzedawać będzie właśnie Warsaw Properties. 

Conall, podobnie jak inni cudzoziemcy, też uważa, że wiele jeszcze należałoby w naszym kraju poprawić, aby mniejsze biznesy łatwiej mogły rozwijać skrzydła. – Przepisy podatkowe w Irlandii są dużo prostsze i bardziej przyjazne przedsiębiorcom niż w Polsce, gdzie małe firmy muszą poświęcać dużo energii na pilnowanie, czy na czas rozliczają się z VAT-u i CIT-u – mówi. – Irlandzki fiskus stosuje też wobec podatników zasadę domniemania niewinności, podczas gdy w Polsce jest to raczej domniemanie winy. 

Kolejny problem stanowi sądownictwo. Sprawy sądowe potrafią się u nas ciągnąć w nieskończoność, co nieraz doprowadza małe firmy do upadku, nawet jeśli ostatecznie wyrok zapada na ich korzyść. Pod tym względem są na dużo gorszej pozycji niż duzi gracze. Widać jednak ruch w dobrą stronę – ku uproszczeniu systemu i uczynieniu go bardziej przyjaznym. Conall chwali postępy, jakich dokonała polska administracja w digitalizacji urzędów i usprawnianiu ich działania za pomocą nowoczesnych technologii. 

Ale przede wszystkim chwali nadwiślańską rzutkość: – Apetyt na przedsiębiorczość jest w Polsce bardzo duży. Można tu spotkać mnóstwo inteligentnych i ambitnych ludzi. Większość z nich jest elastyczna, postępowa i znakomicie wykształcona. 

Aklimatyzacja nie sprawiła mu większego problemu, głównie dlatego, że, jego zdaniem, Polacy i Irlandczycy są pod wieloma względami podobni. Oba kraje długo były zależne od sił zewnętrznych, a ich obywatele żyją w dość młodych demokracjach, w których, ze względu na bagaż doświadczeń narodowych, powstał specyficzny duch przedsiębiorczości, z jego dążeniem, by jak najszybciej się czegoś dorobić, niejako „obrosnąć w piórka”. Większe jest też, niż w wielu innych krajach europejskich, przywiązanie do własności. – Polska stała się moim domem – podsumowuje Conall. – I nie planuję jej opuszczać.

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty