Pasje

Zamknij za sobą drzwi. Tak naprawdę

fot. Adobe Stock

Umiejętność wyjścia z pracy jest równie ważna jak sama praca. Jak powiedzieć sobie: „zarabiam pieniądze od 9 do 17, a potem wypoczywam”? To nie jest proste. Ale wykonalne.

Z badań Harvard Business School wynika, że 94 proc. ludzi pracuje ponad 50 godz. tygodniowo, a niemal połowa przyznaje się do przepracowania nawet 65 godz. Świetnie? Wręcz przeciwnie. Taka praca nie robi nic innego, jak tylko obniża poczucie szczęścia, bo zwykle wpływa na relacje z bliskimi i skraca czas na odpoczynek. 

Przedsiębiorcy, właściciele firm czy pracujący w nienormowanym czasie pracy mogą się tylko gorzko pośmiać, słysząc o słynnej filozofii work life balance,  czyli „równowaga między życiem a pracą”. Najczęstszy ich komentarz brzmi bowiem: „Nie pamiętam, kiedy miałem wakacje”. – W zasadzie nie ma się czym chwalić – mówi Piotr Ławacz, psycholog, coach i trener biznesu. – Nic dziwnego, że właścicielom firm, którzy większość kapitału zawdzięczają swojej ciężkiej pracy, trudno nagle przestać pracować albo zwolnić tempo i powiedzieć sobie: to dla mojego zdrowia i korzyści. Pamiętajmy jednak, że „bogowie” umierają młodo. Jeżeli ktoś uważa, że jest w firmie niezastąpiony, nieomylny, wszystko wie najlepiej, musi się liczyć prędzej czy później z… zawałem. 

Wyjdź na tym zdrowo

Kluczowy dla uniknięcia zawału (i to wcale nie jest przesada) oraz zachowania jako takiej równowagi w pracy i życiu jest... moment wychodzenia z pracy. Zdawałoby się: nie ma nic prostszego – wystarczy wyłączyć komputer, zamknąć za sobą drzwi, opuścić budynek i już. Naukowcy zbadali jednak, co się z nami w tym momencie dzieje. Okazało się, że uwarunkowania neurologiczne w naszym mózgu każą dokończyć czytanie otwartego e-maila i nie powstrzymują od otwarcia właśnie otrzymanego. Innymi słowy, gdyby kolejne e-maile spływały, siedzielibyśmy i czytalibyśmy je bez ustanku. A chodzi o to, by tego nie robić. 

Część z nas wychodzi z pracy w sposób całkowicie współbieżny. Tak właśnie nazwali to naukowcy. Brzmi dziwnie i szkodliwie – i takie właśnie jest. Współbieżne wychodzenie z pracy oznacza, że się po prostu w niej... zostaje. Zmienia się tylko przestrzeń. Symboliczne opuszczenie miejsca, w którym się pracuje wcale nie oznacza, że jest się staje wolnym od obowiązków. Będąc w domu – nadal zarządza się firmą, wysyła się e-maile, robi interesy, dzwoni do swoich podwładnych, sprawdza się pocztę.

– Byłem kiedyś na wakacjach w Egipcie z grupą właścicieli firm. Jeden z nich w przerwie między nurkowaniami kupował służbowe samochody, podając bardzo merytoryczne i szczegółowe dane dotyczące tych pojazdów. Na końcu języka miałem pytanie: czy naprawdę w pana pracy nie ma kogoś, kto zamiast pana mógłby się tym zająć? – opowiada Piotr Ławacz.

Można także wyjść z pracy, ale w domu uruchamiać te same części mózgu, które pracują w firmie. Są dyrektorzy finansowi, którzy w domu liczą w Exelu opłacalność rodzinnych wczasów czy wycieczek. Są szefowie firm nie wychodzący w rodzinnym gronie z roli zarządzającego szefa-ojca, który o wszystkim decyduje, ma pod kontrolą, bez którego nic nie posunie się do przodu, żaden remont czy cokolwiek innego. 

Jest też drugi, równie niedobry sposób wychodzenia z pracy. Nazywa się przeciwbieżny (tak, za tę nazwę też odpowiadają naukowcy) i jest w jakiś sposób niebezpieczny. Przeciwbieżni w domu zaczynają robić coś zupełnie innego, można powiedzieć – zmieniają osobowość. Mamy więc szefa przedsiębiorstwa niebędącego w stanie podjąć w domu żadnej konstruktywnej decyzji, jeżeli chodzi o „zarządzanie rodzinnym zespołem ludzkim”. Wolą wycofać się do piwnicy, gdzie stoi model stacji kolejowej i są zupełnie nieobecni. 

Można też robić coś jeszcze bardziej zadziwiającego: weekendowy acting-out. W swojej najbardziej spektakularnej formie przybiera postać niekontrolowanego uprawiania sportów ekstremalnych, ryzykownej jazdy szybkim samochodem, zażywania narkotyków. Dlaczego tak się dzieje? Przeciążony stresem organizm nie radzi sobie ze zbyt dużą ilością hormonów: przede wszystkim adrenaliny i w ten sposób próbuje jej się pozbyć. Odradzamy ten rodzaj opuszczania miejsca pracy. 

Jak więc wychodzić z pracy? 

Najlepiej o określonej porze i kończąc to, co sobie zaplanowaliśmy. Dlaczego? Wykonane rzeczy zostają szybciej zapomniane. Efekt: czysta głowa. Niedokończone – siedzą w naszej pamięci krótkotrwałej. Efekt: zaprzątnięty umysł, ciągłe myślenie o tym, czego się nie zrobiło. Po pracy dobrze jest się poruszać, ale nie trzeba od razu skatować się na siłowni (chyba że ktoś lubi) czy przepływać dystansu triatlonowego (chyba że ktoś lubi). Wyłączyć komórkę? Tak, wiem, że za dużo żądam.

Pracownicy to nie dzieci

Co zrobić, żeby jako właściciel firmy, mieć chwilę, a nawet parę chwil czasu dla siebie? Można zapisać się na kurs mindfulness i potraktować to jako inwestycję długoplanowa, a nie żart 

czy fanaberię. Jeżeli się nie wierzy w mindfulness, można po prostu zacząć kierować się zdrowym rozsądkiem. Jak twierdzi Gary Vaynerchuk, bestsellerowy autor z list „New York Timesa” i „Wall Street Journal”: budowa przedsiębiorstwa angażuje tak jak budowa związku czy domu – często minimalizuje nasz czas na inne aktywności. Dlatego myślenie o work life balance przez pierwsze trzy lata rozwoju firmy nie jest raczej wskazane jako dobra strategia. – Prowadzenie własnego biznesu naturalnie zakłada, że szef potrzebuje być obecny na różnych etapach rozwoju. Ale z całą pewnością przychodzą takie momenty, w których ktoś inny może przejąć dowodzenie czy nawet bycie w natarciu lub w opiece nad jakąś częścią biznesu. Szef spokojnie mógłby odpuścić, ale wpada w rodzaj uzależnienia od nieustannego kontaktu z informacjami ze swojej firmy. Potrzebuje mieć kontakt z klientami, z biznesem, bo tylko wtedy, kiedy trzyma rękę na pulsie, nie doświadcza niepokoju – mówi Beata Kaczyńska, psycholożka i coach, założycielka szkoły „Wings”. 

Dlatego jednym z najlepszych kluczy do work life balance przedsiębiorcy są otaczający go ludzie. Trzeba ich tak umiejętnie dobrać, żeby nie mieć kłopotu z delegowaniem odpowiedzialności. Niestety, z obserwacji wielu trenerów biznesu wynika, że szefowie mają ogromny problem z odpuszczeniem sobie kontroli. – Jeżeli selfmade man stoi na czele firmy, może być przekonany o swojej nieomylności, niezwykłej decyzyjności, trafności spostrzeżeń, przenikliwości. Problem małych firm, które się rozrosły, polega na tym, że szef nie potrafi delegować zadań i uważa, że to on jest za wszystko odpowiedzialny. Nie nauczył swoich pracowników podejmować decyzji i gra z nimi w grę: ojciec, który robi wszystko najlepiej i jego niesforne dzieci – mówi Piotr Ławacz. A to prosta droga do upadku firmy.

Ratunek w technologiach

A może jest tak, że przedsiębiorca jest po prostu skazany na nieustanne gonienie w piętkę? – Do mnie przemawia koncepcja, że w życiu możemy dążyć do równowagi, ale nigdy jej nie osiągamy. Dlatego dobrze jest się sobie przyglądać każdego dnia, sprawdzać, na ile jest się przeciążonym/przeciążoną pracą, czego się potrzebuje – radzi Malwina Puchalska-Kamińska, psycholożka i trenerka biznesu z Uniwersytetu SWPS. – To droga, którą się odbywa każdego dnia. Ważne, żeby się nie przejmować tym, że dzisiaj jestem przeciążony/a, nie udało mi się zadbać o siebie, o swój czas prywatny, ale też godzić się z tym, że to jest codzienna praca, raz wyjdzie lepiej, raz gorzej. 

Beata Kaczyńska: – Warto sobie zadać w gruncie rzeczy pytanie: czy ja jestem zadowolona z tego, jak ja żyję? Czy sposób, w jaki funkcjonuję w pracy i w domu, w swoim życiu osobistym i w swoim życiu zawodowym tak naprawdę dostarcza mi tego, czego potrzebuje? Czy wysyca moje najgłębsze potrzeby? W jaki sposób rezonuje z potrzebami moich najbliższych?

Często niezadawanie takich pytań kończy się tragedią: zawałem, udarem, pobytem w szpitalu. Zmarłych gwałtownie czterdziestoparolatków wyniszczonych pracą po godzinach przybywa. – Łatwiej się żyje przedsiębiorcom, którzy mają dystans do świata, pokorę, są w stanie pomyśleć: „nie muszę zarobić 100 tysięcy, wystarczy mi 70” albo „zarabiam od 9 do 17, a potem idę na basen” – mówi Piotr Ławacz. – Mam także klientów, których nazywam „do pierwszego zawału”. Ciężka choroba skutecznie uczy delegowania obowiązków.

Na szczęście w sukurs przemęczonym przedsiębiorcom przyjdzie też technologia i automatyzacja. – Za chwilę, nawet w małych firmach pojawią się programy, o których szefowie będą mieli niewielkie pojęcie i będą zmuszeni scedować część pracy na wykwalifikowanych pracowników. To ich uratuje – śmieje się Piotr Ławacz.

---

Pięć rad dla szefa chcącego zbliżyć się do work life balance

→ wypracuj sobie rytuały: po godz. 21 wyłączasz telefon, nie sprawdzasz poczty służbowej na wakacjach

→ dobieraj pracowników, którym ufasz i daj im maksymalną wolność

→ pielęgnuj w firmie kulturę szanowania wolnego czasu swojego i swoich pracowników

→ nie myśl o sobie tylko w kategoriach przedsiębiorcy. Jesteś także ojcem/matką/pasjonatem czegoś/synem/córką/mentorem/przyjacielem/sportowcem. Budowanie innych tożsamości niż tylko szef/przedsiębiorca sprawia, że jesteś bardziej zadowolony z życia.

→ wdrażaj technologie, które pozwolą zaoszczędzić czas swój i pracowników

 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

25 najlepszych polskich startupów

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?