Dookoła świata

A może sylwester w Montrealu?

Powitanie Nowego Roku to tradycyjnie pokaz sztucznych ogni. Nad Starym Portem w Montrealu wyglądają one wyjątkowo malowniczo.

Białe Boże Narodzenie, sylwester w jednym z najbardziej zabawowych miejsc świata, trochę Francji-nie-Francji z największym targiem w Ameryce Północnej... A może chcecie spotkać chasydów, którzy nadal mówią w jidysz? Jedźcie do Montrealu.

W tym mieście, pełnym różnych narodowości, dominują dwie kultury: anglosaska i francuska, które spotykają się, ale jakby wpół drogi. Aby przekonać się, czym tu w istocie są, wystarczy mała wycieczka.

Najpierw, w centrum, na stacji Berri/UQAM, wsiadacie w metro pomarańczowej linii i jedziecie jakieś 10 min w kierunku zachodnim, do stacji Vendome. Tu można wyjść na północ, na ulicę Sherbrooke, lub skręcić w lewo i przejść przez Boulevard Décarie, czyli ciągnącą się przez całe miasto autostradę (w tym miejscu dobrze schowaną w głębokim wąwozie). Jeśli Sherbrooke, to Westmount, jedna z najbardziej ekskluzywnych i bogatych części miasta. Szybko zauważycie, że większość tubylców woli dogadywać się po angielsku. To tu znajduje się słynna restauracja Lavanderia, w której lubią bywać gwiazdy Hollywood (Channing Tatuum, Jennifer Lawrence) i sportu, jak np. hokeiści z Montreal Canadiens. W ogóle są tu dziesiątki knajpek i sklepów, m.in. Java U Cafe, jedyna kawowa sieciówka założona w Montrealu. Przesiadują w nich głównie miejscowi, którzy nierzadko okazują się przybyszami z Winnipeg, Vancouveru czy Toronto. 

Jeżeli na stacji metra wybierzecie wyjście na lewo i ruszycie na zachód, traficie na przedmieście Notre-Dame-de-Grâce. Wbrew swej francuskiej nazwie, jest nawet bardziej anglosaskie niż Westmount. Miejsce to ma też mocno studencki koloryt. Anglojęzyczny uniwersytet Concordia ma w Notre-Dame-de-Grâce jeden ze swoich campusów. Tutejsi nazywają swą dzielnicę NDG, a wtedy francuskojęzyczni montrealczycy nie rozumieją, o jakim miejscu mowa.

Potem wróćcie metrem na Berri/UQAM, zmieńcie linię na zieloną i podróżujcie 15 min na wschód. Gdy wysiądziecie na stacjach Prefontaine lub Joliette, natychmiast znajdziecie się w innym świecie. Po pierwsze, w miejscowych, licznych sportowych knajpach i staroświeckich barach nikt nie zna angielskiego. Nawet barmanki, a raczej barowe matrony, które zdecydowanie przesadzają z solarium, mówią tylko po francusku, z twardym quebeckim akcentem.

To właśnie Montreal: odmienne światy obok siebie.

Plateau przejmuje pałeczkę

Tym, co je łączy, jest duma ze swego miasta i jego reputacji jednego z najfajniejszych w Ameryce Północnej. Montreal nigdy nie śpi, a miejsc do zabawy jest aż nadto. Sylwestrowicze z zasobniejszym portfelem mogą pójść na Stare Miasto i do Starego Portu, do jednej z wielu eleganckich restauracji. Jeśli akurat brakuje nam polskiego jedzenia, to możemy np. udać się do Stash Cafe na Rue Saint Paul, w której serwuje się nadwiślańskie dania. Tylko uwaga: w weekendy lepiej wcześniej zarezerwować stolik (można to zrobić po polsku). Jeśli się nie uda, warto odwiedzić kramy na świątecznym rynku na niedalekim Place Jacques Cartier.

Miłośnicy zabawy przy przebojach głównego nurtu odnajdą się na Crescent Street, w samym sercu miasta. To typowa wielkomiejska ulica z wiktoriańską architekturą i popularnymi butikami i restauracjami. Patrząc na nią, trudno uwierzyć, że jeszcze pod koniec lat 60. była obskurna, z rozwalającymi się domami. Mówiło się nawet o ich wyburzeniu.

Tak się na szczęście nie stało, ale teraz Crescent staje się ofiarą własnego sukcesu. Postępująca gentryfikacja, która objawia się sprowadzeniem tam turystów i biznesu, sprawiła, że miejsce to nie jest już postrzegane przez montrealczyków jako „cool”.

Za to na popularności zyskały położone blisko centrum przedmieścia Plateau-Mont Royal i Mile End. Można do nich dojść bulwarem Świętego Wawrzyńca (Saint-Laurent). To krwiobieg i główny punkt miasta. Dzieli je niemal idealnie na pół, a odchodzące od niego ulice zaczynają przy nim swoje numeracje. Widząc np. adres 1028 Rue Rachel Ouest, szukamy go na zachód od Saint-Laurent (ouest to po francusku zachód).

Bulwar ten jest bardzo ciekawy także za dnia. Oprócz klubów i barów, pełno tu second handów z ciuchami typu vintage i książkami za dolara lub dwa. Wchodzi się tylko pooglądać, a wychodzi z co najmniej kilkoma oryginalnymi rzeczami w ręku. Jest to też doskonałe miejsce, by kupić montrealskie pamiątki.

Plateau szczególnie upodobali sobie ekspaci z Francji, których w Montrealu jest zatrzęsienie. Kusi ich łatwość adaptacji połączona z egzotycznym dla przybyszów znad Sekwany stylem życia. Dzielnica, niegdyś typowo robotnicza, od kilkunastu lat przeżywa renesans, przyciągając artystów i restauratorów. Głównie dzięki niskim czynszom i unikalnej atmosferze starych kamienic. Na uwagę zasługuje choćby Cafe Venosa, czyli wegańska kocia kawiarnia. Każdy z jej miauczących lokatorów może zostać adoptowany. Zainteresowani miejscową kuchnią mogą udać się do La Binerie Mont-Royal na rogu Rue Saint-Denis i Avenue du Mont-Royal. Mają tam w nosie wielkomiejskie trendy i uparcie serwują klasyki Quebecu: połączenie północnoamerykańskich dań barowych (hamburgery, frytki) z francuskim wyrafinowaniem. Wołowina po burgundzku z frytkami? Da się zrobić!

Magiczna Mila

Mile End to przedmieście zamieszkane niegdyś głównie przez Polaków i Żydów z Europy Wschodniej. Dziś po naszych rodakach zostało niewiele, przede wszystkim – polski kościół na Rue Saint-Urbain i sklep, zaraz obok. Natomiast żydowski charakter dzielnicy ma się bardzo dobrze. Dlatego, na Avenue du Parc, czyli głównej tu ulicy, zobaczycie zawieszone obok siebie dekoracje świąteczne i... hanukowe. Bo Mile End upodobali sobie chasydzi. Dla zainteresowanych historią polskich Żydów wizyta w tej dzielnicy może mieć jeszcze jeden, niezwykły wymiar: tutaj na co dzień mieszkańcy rozmawiają w jidysz – języku uznanym przez ONZ za wymarły.

Mile End to również jedno z najbardziej hipsterskich miejsc w Ameryce Północnej i raj dla miłośników amerykańskiej muzyki niezależnej. To stąd pochodzą głośna grupa Arcade Fire czy legendarny zespół Godspeed You! Black Emperor. Jego członkowie mają tu własny klub, Casa del Popolo, i hiszpańską restaurację Sala Rossa, jedną z najlepszych w mieście. Obydwa te miejsca sąsiadują ze sobą przez ulicę. Można np. zjeść noworoczną kolację w Sala Rossa, a potem pójść na koncert do Casa del Popolo. Codziennie grają tam po dwie-trzy lokalne kapele, a cena biletu nie przekracza zwykle 10 dol.

Poutine, sandwicze i bajgle

Montrealczycy kochają się bawić i dobrze zjeść. Wszędzie można znaleźć świetne restauracje – na każdą kieszeń. Jest też kilka żelaznych miejscowych potraw.

Sztandarowe danie Quebecu to poutine. Jest proste – frytki, ser i sos pieczeniowy – ale ma wiele wariantów. Idealnie współgra z zamiłowaniem do imprezowania: najlepiej smakuje ok. godz. 3 nad ranem (kiedy większość lokali jest zamykana, gdyż prawo zakazuje o tej porze powszechnej sprzedaży alkoholu). Pójście na poutine może być więc świetnym finałem sylwestrowej nocy. W rozmaitych przewodnikach szczególnie polecane jest to, które podają w całodobowej La Banquise. W weekendy trzeba tam poczekać nawet godzinę w kolejce do stolika. Ale ja proponuję udać się do Chez Claudette. To tylko jedna stacja metra dalej (Laurier), lecz nie dość, że zjemy za mniejsze pieniądze, to jeszcze z poczuciem, że jesteśmy w autentycznym miejscu, a nie w skansenie dla turystów. To, że nie zawsze dogadamy się tam po angielsku, tylko dodaje tej knajpce uroku.

Inne kultowe miejsca to Schwartz's i Wilensky. Obydwa z przedwojennymi tradycjami. I serwują w nich kanapki. Schwartz's (przy bulwarze Świętego Wawrzyńca, na wysokości Rue Napoleon) słynie z sandwiczów z wędzonym mięsem, po które ustawiają się kolejki. Ale warto poczekać, choć, ze względu na swój masowy charakter, miejsce nie zachwyca poziomem obsługi. Wilensky to mały lokal w Mile End, gdzie od lat 30. niezmiennie podają tylko jeden typ kanapki z wołowym salami. Od tego czasu nie zmienił się również wystrój tej restauracji, co dla wielu będzie atutem. Ale uwaga: nie można prosić o żadną zmianę w kanapce. Nawet nam jej nie przekroją.

Montreal jest też dumny ze swoich bajgli, a najlepsze serwują w Fairmount Bagel na ulicy Fairmount, też, oczywiście, w Mile End. Co ciekawe, tutejsi uważają bajgle za lokalny specjał i na wieść, że wymyślono je setki lat temu w Krakowie, reagują najpierw szokiem, a potem zaprzeczeniem.

Jeśli mało wam kulinarnych (i nie tylko) wrażeń, możecie udać się na rynek Jean Talon (metro Jean Talon, niebieska i pomarańczowa linia). To największy targ w Ameryce Północnej. Mnóstwo tam świeżych, przygotowanych od ręki, przekąsek. Są też np. indiańskie wyroby. Jeśli po sylwestrowej nocy wystarczy wam sił, to polecam spacer po okolicy – miejsce jest urokliwe, z widocznymi wpływami włoskich emigrantów.

Tylko ubierzcie się ciepło. Bo w Kanadzie zima wciąż jest mroźna i śnieżna.


Przydatne linki

Montreal zabawowo:

Sir Winston Churchill Pub - www.sirwinstonchurchillpub.com 
Casa del Popolo - www.casadelpopolo.com 
Dieu du Ciel! - www.dieuduciel.com
Divan Orange - www.divanorange.org 
Stereo - www.stereonightclub.net 

Montreal turystycznie:

Schwartz’s - www.schwartzsdeli.com 
Park Mont Royal - www.lemontroyal.qc.ca 
Muzeum Sztuk Pięknych (MBAM) - www.mbam.qc.ca 
Cafe Venosa - www.cafe-venosa.com
Biodom (i wioska olimpijska) - www.espacepourlavie.ca 
Montreal Blog – świetna, anglojęzyczna strona na temat tego, 
co aktualnie dzieje się w mieście - www.mtlblog.com

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty