Finanse

Pora na konsumenckie pospolite ruszenie

fot. Shutterstock

Wyobraźmy sobie salę kinową, w której inwestorzy oglądają na ekranie nasz ekonomiczny komediodramat i obstawiają rozwój fabuły, opierając się na wcześniejszych wydarzeniach. Niestety, od czasu do czasu w ciemnościach daje się wyczuć swąd kryzysowego pożaru. I wtedy dobrze siedzieć blisko drzwi.

Sztuka inwestowania polega na zrozumieniu, że z jednej strony jesteśmy częścią procesu, jakim są decyzje konsumenckie podejmowane na ekranie, a z drugiej – siedzimy na widowni, analizując zachowania pozostałych aktorów w nadziei, że wyciągniemy najbardziej opłacalne dla siebie wnioski. Ale obserwowanie ekranu nie wystarczy. Musimy jeszcze czujnie rozglądać się po sali, śledząc nakładające się na siebie reakcje reszty inwestorów, aby wypatrzyć tych, którzy z wolna przesuwają się ku drzwiom. Najlepiej, zanim pojawią się sygnały narastającej paniki.

Dziś, w tym inwestycyjnym kinie, wybijają się dwa kluczowe elementy gry. Po pierwsze, wśród widzów publicznie komentujących makroekonomiczną fabułę narasta uzasadnione, moim zdaniem, przekonanie, że szczęśliwe zakończenie coraz bardziej zależy od naszych postaw jako konsumentów. Popytu! Wiemy już, że finansowane zbyt łatwym długiem, nadmierne moce produkcyjne stały się praźródłem wszechobecnych zjawisk deflacyjnych. Zrozumieliśmy też, że agresywna stymulacja monetarna, zaaplikowana przez banki centralne, nie uruchomiła prowzrostowej polityki kredytowej i nie wywołała tak pożądanej inflacji. Za to zrodziła destrukcyjne oczekiwania i bańki cenowe we wszystkich grupach aktywów inwestycyjnych. W tej sytuacji, konsumenci (zwłaszcza w Chinach i krajach bardziej rozwiniętych) uznawani są dziś za potencjalnie najbardziej zbawcze źródło realnego wzrostu gospodarczego. Dlatego powoli przybywa komentatorów nawołujących, by odejść od stymulacji monetarnej na rynku obligacji, na rzecz bezpośredniego wsparcia portfeli konsumentów – z budżetu. A skoro my, inwestorzy, jesteśmy również konsumentami, od naszego apetytu na zakupy też zależy teraz bezpieczeństwo naszych portfeli inwestycyjnych.   

Po drugie, od pewnego czasu uwaga części inwestorów, zamiast na ekranie, skupia się na intensywności sygnałów alarmowych. Wątpliwości jest wiele. Od niebudzących zaufania statystyk gospodarczych, publikowanych przez Chiny (żywotność lokalnego sektora usług musi zastąpić produkcję przemysłową i działalność deweloperską jako źródło szybkiego wzrostu), poprzez informacje o wyprzedawaniu aktywów inwestycyjnych przez ubożejące (tania ropa) państwa Bliskiego Wschodu, po olbrzymi dług krajów rozwijających się w obcych walutach, przede wszystkim – w relatywnie silnym dolarze.

Jednak pytania najczęściej zadawane dotyczą przyszłych stóp procentowych. Podniosą czy nie? A jeśli tak, to kiedy? I czy nie ucierpi na tym międzynarodowy rynek obligacji? Podstawowym powodem rozbieżności opinii w tej sprawie, nawet wśród bankierów centralnych, jest permanentny brak napięć inflacyjnych, mimo symptomów, że koniunktura gospodarcza podsycana ciągłą monetarną ekspansją nie gaśnie.

Sytuacja jest tak nieprzejrzysta, że John Authers, czołowy komentator „The Financial Times”, zadał prowokacyjne pytanie: „A co, jeżeli nigdy nie podniosą?”. Z kolei Larry Fink, szef BlackRock, największego na świecie domu inwestycyjnego, ostrzegł, że „potężne wahania rynkowe potrwają co najmniej kilka lat”, „pozostawiając po sobie wielu zwycięzców i wielu przegranych”. A ekonomista Kenneth Rogoff przyznał, że „wszystko, co miało miejsce w ciągu ostatnich siedmiu lat, oparte było na długu”. 

Na tym nie koniec. Na rynku pojawiają się ostatnio niemal bezkuponowe obligacje skarbowe z niesłychanie odległym terminem zapadalności (brytyjskie – 50 lat, meksykańskie – 100 lat), które są rozchwytywane. Amerykanie sprzedali już ponad bilion obligacji z zerowym kuponem (chociaż Chińczycy – uwaga! – po raz pierwszy wyprzedają swe portfelowe zapasy), zaś finansowi dygnitarze z krajów rozwijających się zaapelowali do Rezerwy Federalnej o jak najszybszą podwyżkę stóp, aby wreszcie przerwać niekończące się spekulacje!

Czyżby rzeczywiście jedyną szansą na wybrnięcie z tej makroekonomicznej pułapki było konsumenckie pospolite ruszenie? Finansowane deficytem budżetowym, aby pieniądz znowu szybciej krążył, docierając do wszystkich zakamarków realnej gospodarki? W tym kontekście realizacja populistycznych obietnic naszego nowego rządu może być interpretowana zupełnie inaczej…

Zakończę w tonie inwestorskim: co najpierw pojawi się w naszych portfelach – zyski na surowcach i akcjach z krajów rozwijających się czy straty na obligacjach skarbowych?

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty