Strategie

Zarobić na miłości do biegania

Fot. Marek Zakrzewski/Poznań Maraton

To najchętniej uprawiany sport nad Wisłą. Co roku przybywa biegaczy i nowych biegów, a na popularnym trendzie chcą skorzystać już nie tylko producenci butów, ciuchów czy akcesoriów, lecz także biznesy do niedawna dość u nas egzotyczne: specjalistyczne „biegowe” sklepy, trenerzy personalni i organizatorzy zawodów.

Tegoroczne badania ARC Rynek i Opinia pokazują, że aż 32 proc. osób uprawiających w Polsce sport wybiera właśnie bieganie. Podobnie jak przed dwoma laty wyprzedza ono jazdę na rowerze i  piłkę nożną – dyscyplinę, wydawać by się mogło, narodową. Jednak jeszcze kilka lat temu wcale tak nie było: bieganie wypadało w badaniach znacznie gorzej niż rower, piłka, a nawet pływanie. – Z pewnością duży wpływ na popularność tego sportu ma jego dostępność, czyli brak konieczności posiadania wyspecjalizowanego sprzętu czy odpowiedniego miejsca. Biegać można w zasadzie wszędzie – mówi dr Adam Czarnecki z ARC Rynek i Opinia i dodaje, że motywująco działa też rosnąca liczba imprez dla biegaczy. – To jest jak kula śniegowa. Ci już biegający wciągają kolejnych. Nie jest to chwilowa moda. Zmienia się styl życia Polaków – ocenia Arkadiusz Suska ze sklepu Biegosfera.

Różne szacunki mówią, że cały rynek związany ze sprzętem do biegania, łącznie z akcesoriami (jak pulsometry, opaski z bidonami), usługami (trenerów, dietetyków) czy książkami o tej dyscyplinie może być wart nawet 3 mld zł.

To prawda, że przygodę z bieganiem można zacząć bez specjalistycznego sprzętu, lecz jeśli przypadnie nam ono do serca i zaczniemy trenować przez okrągły rok, to prędzej czy później będziemy musieli kupić choćby chroniącą przed wiatrem kurtkę, czapkę, nie wspominając już o lepszych butach. Bo chcąc uniknąć kłopotów ze stawami, warto zainwestować w dobrze dopasowane, specjalne obuwie, które kosztuje od 400 do 800 zł, a czasem więcej. Jeśli trenujemy regularnie, to buty – tak jak opony w samochodzie – trzeba wymieniać na nowe po pokonaniu w nich pewnej liczby kilometrów, zwykle tysiąca, czyli mniej więcej raz w roku. Kurtka przeciwwiatrowa to wydatek 60–200 zł, legginsy to 100–300 zł, rękawiczki – 50–100 zł, podobnie czapka. Przyda się również kilka oddychających koszulek na zmianę po 50–150 zł. Ten, kto kupi to wszystko, wyda ponownie minimum 700 zł i 400 zł po kilkunastu miesiącach. A do tego, jak wylicza „Gazeta Wyborcza”, całkiem spora jest grupa wielkomiejskich, zamożnych biegaczy, z których każdy na początek wyłoży nie mniej niż 5 tys. zł, także na specjalne skarpety, bieliznę termoaktywną itd.

Przy obecnej liczbie ok. 3 mln biegających rynek samej tylko najprostszej „biegowej” odzieży oraz obuwia wart jest grubo ponad miliard złotych – jeśli założymy, że część klientów woli kupować najtańsze, niemarkowe produkty; zadowala się tym, co już ma; nie biega przez okrągły rok itd. Generalnie różne szacunki mówią, że cały rynek, łącznie z akcesoriami (jak pulsometry, opaski z bidonami), usługami (trenerów, dietetyków) czy książkami o bieganiu może być wart nawet 3 mld zł.

Do gry wchodzą dyskonty

Nic dziwnego, że w ostatnich latach sklepy ze specjalistycznym sprzętem i strojami do biegania wyrastały jak grzyby po deszczu. Część nie załapie się już jednak na najlepszą zwyżkę. – Odczuwalny wzrost liczby biegaczy i klientów odnotowaliśmy w latach 2013–2014 – mówi Arkadiusz Suska i dodaje, że teraz rynek się stabilizuje, mimo że biegaczy ciągle przybywa.

Grzegorz Łuczko ze sklepu Natural Born Runners zauważa, że rynek obecnie się konsoliduje. – Jest kilka dużych sieci, które go przejmują. Małym sklepom coraz trudniej będzie się utrzymać – przestrzega. – Rynek warszawski jest już nasycony, podobnie jak np. poznański. Otwieranie nowego sklepu dla biegaczy nie jest dziś najlepszym pomysłem. Oprócz biegaczy przybyło też konkurencji.

Zdaniem Łuczki problem ten dotyczy nie tylko sklepów specjalistycznych, lecz także innych, jak choćby stoiska sportowe w supermarketach czy sieciówki, takie jak H&M.

Za nasileniem się konkurencji stoją m.in. dyskonty, które coraz częściej poszerzają swą ofertę dla biegaczy. W Biedronce można np. dziś kupić spodnie, bluzy i buty, ale również akcesoria, jak opaski czy etui na telefon. W biurze prasowym tej sieci dowiedzieliśmy się, że cieszą się one takim zainteresowaniem, iż firma planuje już kolejne akcje z podobną ofertą. Na ten popyt wpływa również cena – dużo niższa niż w profesjonalnych sklepach.

Ile biegacz wyda w dyskoncie? – W okresie letnim na zakup kompletnego stroju do biegania trzeba przeznaczyć ok. 110 zł, a w okresie jesiennym, kiedy do nabycia są cieplejsze ubrania, kwota ta oscyluje w granicach 140 zł – informują przedstawiciele Biedronki.

Osoby z chudszym portfelem mają też do dyspozycji bogatą ofertę Lidla: od butów za niecałe 60 zł poprzez koszulki za 18 zł po paski z bidonem za 25 zł.

Dyskonty wprawdzie odciągnęły od specjalistycznych sklepów część klienteli, lecz nie muszą być dla swych droższych rywali zabójcze. – W dyskontach zaopatrują się początkujący, którzy nie dysponują dużym budżetem. Zastanawiają się, czy w ogóle bieganie im się spodoba. Jeśli wytrwają i przez kilka miesięcy wsiąkną na dobre, to zaczną szukać lepszego sprzętu. I wtedy trafią do nas – twierdzi Grzegorz Łuczko.

Dla trenerów wciąż jest miejsce

Na nowym sporcie narodowym Polaków próbują zarobić także trenerzy personalni. Mateusz Jasiński z firmy Trenerbiegania.pl przyznaje, że na jego usługi jest coraz więcej chętnych. – Nie jesteśmy tani. Przeciwnie, jesteśmy najdrożsi na rynku i to świadomy ruch. Nasi klienci płacą sporo, ale współpracujemy z wybitnymi trenerami i prowadzimy bieżący dialog z naszymi zawodnikami. Doradzamy nie tylko w kwestiach treningu, lecz także diety, doboru sprzętu, a nawet pomagamy logistycznie przy niektórych startach – opowiada.

Za doradztwo personalne i ułożenie pełnego planu treningowego trzeba w jego firmie zapłacić od 300 do 600 zł miesięcznie.  Jasiński uważa, że w jego branży jest jeszcze miejsce dla kolejnych trenerów. – Ale tylko dla najlepszych – zastrzega. – Widzę coraz więcej samozwańczych trenerów biegania, którzy mają z tą profesją niewiele wspólnego i traktują to czysto biznesowo. Nie utrzymują się jednak na rynku zbyt długo.

Zdecydowany wzrost popytu na usługi trenerskie dla biegaczy zauważył również Piotr Korpak z firmy Motivato. – Kiedy zaczynaliśmy w 2013 r., do opieki nad klientami wystarczał nam jeden trener, czasem dwóch. Teraz nasz zespół składa się z siedmiu trenerów i wciąż poszukujemy nowych – mówi.

Za miesięczną współpracę z fachowcem, która polega na ułożeniu indywidualnego planu treningu, konsultacjach i monitorowaniu postępów, trzeba w jego firmie zapłacić 99 zł. Trening personalny „w terenie” to koszt od 50 do 100 zł. Również zdaniem Korpaka rynek usług trenerskich jest jeszcze nienasycony, bo wciąż będzie przybywać osób, które zdają sobie sprawę, że bieganie z pomocą eksperta oznacza szybszy wzrost formy, większą motywację i mniejsze ryzyko kontuzji. – Jednak nie każdy nowy trener szybko znajdzie rzeszę klientów. Zdobycie zaufania i potwierdzenie skuteczności własnego warsztatu może trwać nawet kilkanaście miesięcy – wyjaśnia Korpak.

Biznes na startach

Ukoronowaniem miesięcy przygotowań i treningów są zawody. W całej Polsce odbywają się ich już tysiące, a w niemal każdym większym mieście mamy cyklicznie biegi, w których bierze udział mnóstwo chętnych, także z zagranicy. W ostatniej odsłonie Orlen Warsaw Marathon pobiegło ok. 40 tys. osób., w tym przeszło 7 tys. pokonało królewski dystans ponad 42 km. Każda z nich zapłaciła od 49 do 99 zł za pakiet startowy. 

W Poznaniu tegoroczny PKO Poznań Maraton ukończyło ponad 8 tys. biegaczy. W przypadku tej imprezy opłata startowa – w zależności od terminu zapisu – wahała się od 100 do 200 zł.

Łatwo policzyć, że wpisowe do niezły zastrzyk dla budżetu takiego biegu, jednak wymaga on ogromnych nakładów finansowych i zwykle trudno go zbilansować, zarabiając tylko na sprzedaży pakietów startowych. Dużym kosztem dla organizatorów są zarówno nagrody dla zwycięzców (np. w Orlen Warsaw Marathon pierwsza zawodniczka i zawodnik na mecie zgarniają po 70 tys. zł), jak i coraz bogatsza zawartość samych pakietów. Im są droższe w przygotowaniu, tym trudniej o zyski. – Biegacze, czyli nasi klienci, są coraz bardziej wymagający. Nie wystarcza już bawełniana koszulka i woda. Teraz pakiet powinien zawierać co najmniej napój izotoniczny i oddychającą koszulkę, a na mecie nawet krótkiej trasy powinny czekać medale, które dla organizatora oznaczają kolejne wydatki – wylicza Karol Daniluk organizujący imprezy sportowe od 2008 r., w tym lokalne biegi, jak na przykład warszawski RUNbertów.

Dlatego zwykle kluczowa jest pomoc z zewnątrz, czy to w formie pieniędzy, czy barteru. – Połowa naszych funduszy to wsparcie ze strony miasta Poznań. Na drugą połowę składają się, po 25 proc., środki od innych sponsorów i przychody z wpisowego – mówi Monika Prendke z biura prasowego PKO Poznań Maratonu.

Daniluk podkreśla, że organizowanie zawodów dla biegaczy na pewno nie jest dobrym pomysłem na pierwszy biznes. W jego przypadku głównym celem imprez nie był zarobek, lecz promocja aktywności fizycznej. – Jeśli ktoś chce zacząć od zera, będzie mu bardzo trudno konkurować z największymi. Rywalizacja jest ogromna, np. w Warszawie praktycznie w każdy weekend odbywa się kilka biegów – tłumaczy i dodaje, że nie zna zawodów, które sfinansowałyby się wyłącznie z opłat startowych.
 
Rynek imprez biegowych się nasyca. Frekwencja na największych się stabilizuje, a często nawet spada. Tylko nieliczne zawody odnotowują wzrost liczby uczestników, a dotyczy to głównie tych, które z dużym rozmachem wpisały się do kalendarza biegów. – Zastanawiając się nad stworzeniem nowej imprezy, trzeba wymyślić coś, co nas wyróżni. Bez tego można przepaść w morzu ofert – przestrzega Daniluk i dodaje, że szansy na zaistnienie z ciekawym wydarzeniem lepiej jednak szukać w „miejscach jeszcze słabo zagospodarowanych”.

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty