Finanse

Żeby się lepiej płynęło

fot. Adobe Stock

Niewielkie firmy są znacznie mniej odporne na wszystko, co zaburza ich płynność finansową. Dla nich to może być śmiertelnie niebezpieczne. Jeśli zastanawiają się, co może im pomóc chronić płynność, to tu znajdą podpowiedzi.

Zatory płatnicze stały się prawdziwą plagą. W drugi kwartale br. co najmniej dwa miesiące na zapłatę faktur przez kontrahenta musiała czekać już połowa firm. Konsekwencją tego zjawiska są poważne problemy finansowe przedsiębiorstw, które dodatkowo nie mogą regulować własnych zobowiązań. – Najgorzej sytuacja wygląda w handlu i transporcie – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – W branżach tych z zapłatą faktur co najmniej miesiąc po terminie miało do czynienia 98 proc. firm. A mowa tu o opóźnieniach, a nie o długich terminach płatności, uzgodnionych – pod presją odbiorcy lub nie – przez obie strony.

Opóźnienia w płatnościach to nie koniec problemów firm. Bo często do przelewu nigdy nie dochodzi. Jak wynika z badań BIG, nawet dwie trzecie przedsiębiorstw, które muszą czekać ponad 60 dni na zapłatę należności, zobaczą przelew o wartości znacznie niższej niż oczekiwana. Straty wynoszą nawet 25 proc. kwoty na fakturze. Czasem nie dostaną nic – dzieje się tak w co dziesiątym przypadku. Problemy są mocno odczuwalne przez przedsiębiorstwa. Jak wynika z badań, nawet 20 proc. firm jest zdania, że gdyby otrzymywało płatności zgodnie z wystawionymi fakturami, miałaby obroty wyższe o ok. 30 proc. To skrajne przypadki, ale komplikacje dotykają niemal każdy podmiot.

W reakcji na te problemy Sejm uchwalił niedawno ustawę o przeciwdziałaniu zatorom płatniczym (patrz ramka „Sposób na zatory”), która ma m.in. zdyscyplinować duże firmy, wymuszające kredyt kupiecki na swoich dostawcach. Lecz nawet jeśli uda się dzięki niej zatory zwalczyć, zwlekanie z zapłatą przez odbiorców raczej nie zniknie, może tylko będzie rzadsze i krótsze. 

Obrotówka i chwilówka 

Pierwsze, co przychodzi na myśl niejednemu przedsiębiorcy zmagającemu się z widmem braku gotówki, to kredyt obrotowy. Wśród MSP cieszy się dużą popularnością. Jak podaje Związek Banków Polskich, aż 52 proc. średnich firm oraz 41 proc. mikro i małych korzysta z kredytów w rachunku bieżącym (czyli właśnie obrotowych) lub z sald debetowych. Z definicji taki kredyt bierze się na utrzymanie bieżącej działalności – aby mieć pieniądze na wynagrodzenia dla pracowników, spłatę innych zobowiązań lub np. zakup towaru. Niektórzy traktują go też jako finansową poduszkę, choć z założenia do tego nie służy.

Kredyt obrotowy można dostać na okres od roku do trzech lat. Żeby się o niego ubiegać, firma powinna zazwyczaj działać od 12 miesięcy i mieć stabilną sytuację. Jego maksymalna kwota zależy od zdolności kredytowej klienta, jego obrotów i oceny ryzyka udzielenia mu takiego finansowania. Jest ono przy tym dość drogie: oprocentowanie wynosi od ok. 8 proc. do kilkunastu. w skali roku. Cenę tego kredytu podbija jeszcze to, że banki wymagają często jego zabezpieczenia, chyba że trafimy na promocję. 

Czasami staż rynkowy nie jest konieczny, można nawet dostać „obrotówkę” od pierwszego dnia prowadzenia działalności, lecz wtedy będzie się to wiązać z wyższymi kosztami, ze względu na większe ryzyko kredytowe. 

Poza tym istnieją dwa rodzaje kredytu obrotowego, dość istotnie się od siebie różniące. Pierwszy to kredyt w rachunku kredytowym, zwany ratalnym. Musimy zawsze podać bankowi powód jego zaciągnięcia i nie wolno go przeznaczyć na inny cel. Spłacamy go w ratach albo od razu w całości. 

Drugi rodzaj to wspomniany już kredyt w rachunku bieżącym, zwany też odnawialnym lub, bardzo rzadko – rewolwingowym. Nie musimy podawać, na co będzie przeznaczony, jednak trzeba mieć w danym banku rachunek. Zawartą umowę można też 2-krotnie przedłużyć, więc w sumie wychodzą trzy lata. 

Kredyt ten przypomina debet na karcie – odsetki są naliczane przez bank wyłącznie od wykorzystanej przez nas kwoty. W momencie, gdy na nasze konto wpływa jakaś suma, przyznany limit odpowiednio się odnawia. Największym plusem takiego rozwiązania jest to, że nie musimy podpisywać umowy na każdą pożyczkę braną w ramach limitu, który w całości spłacamy w ustalonym terminie – czyli po roku. Jest to bardzo wygodne, bo korzystamy z tych dodatkowych pieniędzy kiedy tylko chcemy i potrzebujemy. Ponadto kredyt odnawialny wychodzi taniej niż karta kredytowa, choć ta ma jednak zaletę w postaci okresu bezodsetkowego, najczęściej wynoszącego ok. 56 dni. Ale jeśli trafimy na promocję, na swoim rachunku też możemy liczyć na taki okres. Na przykład kiedy powstawał ten artykuł, mBank oferował „wakacje z kredytem odnawialnym” z 90 dniami bez odsetek i z RRSO 8,62 proc. 

Kilkanaście banków proponuje również kredyty odnawialne dla MSP zabezpieczane przez Bank Gospodarstwa Krajowego (w ramach gwarancji de minimis) maksymalnie do 60 proc. wartości transakcji (do 3,5 mln zł). Warto jednak wiedzieć, że tutaj chodzi przede wszystkim o uwolnienie drobnego przedsiębiorcy od konieczności przedstawiania zabezpieczeń. Jeżeli nie ma on zdolności kredytowej, raczej z tej możliwości nie skorzysta. 

Jeśli prowadzimy działalność w określonej, wspieranej przez państwo branży (np. zajmujemy się zieloną energią), możemy się również ubiegać o kredyt preferencyjny. Ponieważ jest dofinansowywany przez instytucje publiczne, udzielany jest na warunkach korzystniejszych niż rynkowe. Preferencje polegają np. na spłacie części zobowiązania czy dofinansowaniu odsetek. 

Pomocne dla utrzymania płynności są też kredyty klęskowe z przeznaczeniem na odtworzenie majątku straconego wskutek suszy, powodzi itp. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w takim wypadku spłaca czasami część naliczanych przez bank odsetek. 

Wadą wymienionych wyżej kredytów jest to, że stosunkowo trudno je dostać. Jeśli przedsiębiorca nie spełnia wymogów, a jest w tarapatach, pozostają mu „chwilówki”.  Jednak firmy pożyczkowe, w przeciwieństwie do banków, nie są aż tak ograniczone limitami naliczanych odsetek, więc trzeba bardzo ostrożnie podchodzić do ich propozycji, które potrafią się mocno różnić, i najlepiej sprawdzać je w porównywarkach. Wady i zalety chwilówek są powszechnie znane – z jednej strony, wysokie oprocentowanie i sprytnie ukrywane koszty dodatkowe (np. obsługi). Do tego dochodzi krótki przeważnie czas na spłatę. Z drugiej strony, są one łatwo dostępne, a decyzje o ich przyznaniu zapadają błyskawicznie. Często trafiają na konto klienta po złożeniu przez niego wniosku przez internet, a historia jego rachunku, przy kwotach do 2 tys. zł, właściwie nie ma znaczenia. Przy wyższych sumach kryteria oceny zdolności kredytowej też są łagodniejsze niż w bankach. Niektóre firmy nie pobierają odsetek, jeśli chwilówkę spłacimy po kilku dniach, co może być pewnym rozwiązaniem w sytuacjach nagłych, gdy np. kontrahent nie zapłacił nam w terminie, gonią nas zobowiązania, ale jesteśmy pewni, że wkrótce ureguluje rachunek albo spłyną inne należności.

Do niedawna wydawało się, że wysokie oprocentowania chwilówek przejdą do historii. Rząd przyjął bowiem projekt nowej ustawy antylichwiarskiej, która m.in. miała ograniczyć maksymalne koszty pozaodsetkowe z 55 do 20 proc. Jednak w lipcu projekt ten został zablokowany przez Komisję Europejską. Dopatrzono się w nim naruszenia dyrektyw o przejrzystości jednolitego rynku i sprzeczności z prawem wspólnotowym. Projekt zawieszono do końca września, a rząd ma czas na jego poprawienie. 

Sprzedaj problem faktorowi 

Jeszcze kilka lat temu mały biznes, który chciał skorzystać z zewnętrznego wsparcia, by chronić swoją płynność finansową, miał do dyspozycji w zasadzie tylko kredyty i pożyczki. Był jeszcze faktoring, ale szyty na miarę dużych firm, drogi, oferowany głównie przez banki. Drobni przedsiębiorcy zazwyczaj nawet o nim nie słyszeli. Dziś usługę tę świadczy również wiele instytucji pozabankowych i fintechów, a rewolucja technologiczna sprawiła, że w wielu wypadkach potaniała, bo część pracy analityków wykonują algorytmy. 

Faktoring stał się wśród MSP bardziej popularny, choć nadal nie tak, jak mógłby. Jak podaje ARC Rynek i Opinia, swoją wiedzę na jego temat pozytywnie ocenia 32 proc. małych, 40 proc. średnich i, dla porównania, 52 proc. dużych przedsiębiorców. 

No dobrze, ale na czym on właściwie polega? Chodzi w nim o to, by przytłaczającą większość pieniędzy za sprzedany towar czy usługę przedsiębiorca otrzymał dużo wcześniej, nim jego odbiorca ureguluje rachunek. Pieniądze, w formie zaliczki na poczet przyszłej spłaty, dostaje wkrótce po tym, jak wystawi fakturę. Dzięki temu dysponuje szybko gotówką i broni się przed wszechobecnymi zatorami płatniczymi. Może też dawać kontrahentom, na których mu zależy, kredyt kupiecki (czyli wydłużać im terminy płatności) w sytuacji, gdy bez pomocy faktora nie mógłby sobie na to pozwolić. 

Zaliczka to zwykle równowartość 70–90 proc. kwoty brutto widniejącej na rachunku (minus prowizja faktora 0,2–4 proc. wartości transakcji). Koszt (i prowizja) jest tym niższy, im większe pieniądze wchodzą w grę. Ale na jego wysokość wpływają też dodatkowe usługi świadczone poza samym finansowaniem, związane np. z przejęciem przez firmę faktoringową ryzyka braku zapłaty danego rachunku czy z monitorowaniem partnerów biznesowych klienta. Do tego należy jeszcze dodać odsetki od zaliczki, pobierane w trakcie całego okresu korzystania z niej i naliczane od dnia jej wypłaty do czasu rozliczenia faktury. Ich wysokość zależy głównie od stawki WIBOR. 

Standardowo faktoring dzieli się na pełny (bez regresu), gdzie faktor bierze na siebie ryzyko związane z fakturą, oraz niepełny (z regresem), kiedy to ryzyko ponosi klient. W tym drugim przypadku, jeżeli odbiorca nie zapłaci w terminie, trzeba zwrócić zaliczkę. Jest to więc rozwiązanie dobre w sytuacji, gdy dany kontrahent reguluje należności punktualnie, ale my z różnych względów wolimy nie czekać na pieniądze.

Faktoring pełny jest bezpieczniejszy, lecz droższy. Faktor, zanim podejmie decyzję o finansowaniu, najpierw ocenia ryzyko związane z naszymi kontrahentami, sprawdza ich sytuację biznesową i finansową, więc mimo woli pełni też rolę konsultanta. Jeśli np. zażyczy sobie wyższą prowizję niż standardowa za zabezpieczenie  jakiejś transakcji albo odmawia finansowania, odbiorca prawdopodobnie jest niewiarygodny i może powinien nam płacić z góry.

Oprócz tego jest też faktoring odwrócony, którym finansujemy nasze zobowiązania. Powiedzmy, że chcemy uregulować jakieś rachunki w późniejszym terminie, na co ich wystawcy nie muszą się zgodzić, a nam na nich zależy. – Z faktoringu odwrotnego z reguły korzystają firmy, które dokonują częstych, znaczących zakupów u tych samych dostawców, posiadają wysoki poziom zobowiązań wobec dostawców, a także np. ci, którzy mogą uzyskać rabat za wcześniejszą płatność – mówi Ewelina Zielonka z Banku Millennium, kierująca wydziałem sprzedaży w Departamencie Faktoringu i Finansowania Handlu. 

Firma może też podejmować bardziej odważne decyzje biznesowe właśnie dlatego, że z faktorem łatwiej będzie się dogadać co do płatności niż z kontrahentem, który sam ma zobowiązania. Według danych Polskiego Związku Faktorów w pierwszym półroczu 2019 r. z odwróconego faktoringu korzystało u nas o jedną trzecią więcej firm niż rok wcześniej. 

W ostatnich dwóch–trzech latach oferta faktoringowa w Polsce poszerza się o kolejne produkty, 

ale główny trend polega dzisiaj na upraszczaniu usług i ułatwianiu 

dostępu do nich.

Pojawił się np. invoice discounting, bardzo popularny w Wielkiej Brytanii (gdzie odpowiada za aż 90 proc. rynku), we Francji i Hiszpanii. Skierowany jest do firm z obrotami rocznymi od ok. 10 mln zł. Klient nie musi tu za każdym razem przedstawiać danych o poszczególnych fakturach, bo faktor finansuje portfel jego należności en bloc, wyceniając go na bieżąco i na tej podstawie przyznając mu określony limit.

Rozwiązanie to, oparte na zautomatyzowanych procesach operacyjnych, jest także stosunkowo tanie (0,2–0,3 proc. wartości portfela), bo faktor tylko finansuje. Nie sprawdza partnerów klienta, nie zarządza jego wierzytelnościami, nie egzekwuje długu. Jest to więc przede wszystkim sposób na utrzymanie czy zwiększenie swojej płynności finansowej przez tych, którzy mają grupę stałych i zaufanych odbiorców. 

Rozwija się ponadto mikrofaktoring, świadczony najpierw przez fintechy a teraz także przez niektóre banki. Tą usługą, dzięki digitalizacji, opłaca się objąć nawet bardzo małe rachunki mikrofilm opiewające na kilkaset do kilku tysięcy zł. Klienci płacą np. 1 zł za każdy dzień finansowania faktury o wartości 1 tys. zł czy 4 proc. jej wartości w skali miesiąca, a zaliczki potrafią spływać na ich konta nawet w godzinę. – Ponad 50 proc. mikro i małych firm w Polsce wskazuje, że problem dostępu do bieżącego kapitału jest dla nich barierą w rozwoju biznesu i główną przeszkodą w finansowaniu bieżących potrzeb. Otrzymywanie pieniędzy za fakturę tuż po jej wystawieniu staje się więc dla nich kluczowe – zauważa Ewa Szerszeń, zastępczyni rzecznika prasowego ING Banku Śląskiego.

Ubezpieczenia eksportu

Rozwiązaniem pokrewnym faktoringowi jest ubezpieczenie transakcji. Różnią się one od siebie tym, że w pierwszym przypadku sprzedajemy prawo do należności, a w drugim płacimy składki na poczet ewentualnej niewypłacalności. Trochę inne są też powody, dla których korzysta się z tych usług. W przypadku ubezpieczenia, kiedy nasz partner handlowy nie wywiązuje się ze zobowiązań, na odszkodowanie przyjdzie nam trochę poczekać. Średnio od dwóch do czterech miesięcy, licząc od momentu zgłoszenia przez nas wniosku o interwencję, który można złożyć dopiero, gdy dług jest przeterminowany przynajmniej o miesiąc. Dlatego jest to rozwiązanie dobre, gdy chcemy się zabezpieczyć nie tyle przed zwłoką w płatności, ile przed niewypłacalnością odbiorcy. Na przykład gdy ten działa w nękanej problemami branży, na zagranicznym, niepewnym politycznie rynku czy też gdy go niezbyt dobrze znamy, sprzedaż jest na dużą kwotę i nie chcemy ryzykować. Ubezpieczenie transakcji warto rozważyć zwłaszcza, gdy jest się eksporterem. 

– Przedsiębiorca, który nie martwi się o płynność, ma bowiem otwarty limit kredytowy w banku albo wystarczające wolne środki własne, może skorzystać jedynie z ubezpieczenia transakcji eksportowej. Dzięki niej udzieli swojemu kontrahentowi kredytu kupieckiego, co może stawiać go w jego  oczach w lepszej sytuacji niż innych dostawców. Sobie zapewni pewność zapłaty, a przy okazji – dzięki ubezpieczycielowi – będzie mógł sprawdzić wiarygodność swojego partnera  –  mówi Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE. – Jeśli jednak firma potrzebuje stale dużych środków obrotowych, a ma np. problem z zapewnieniem sobie limitu w banku, to warto skorzystać z faktoringu, w jego wersji pełnej, czyli z ubezpieczeniem. 

Wiceprezes KUKE zwraca również uwagę na to, że nawet jeśli nasz odbiorca działa w Unii Europejskiej i wiemy, że mechanizmy odzyskiwania należności dotąd w jego kraju działały dobrze, to się może zmienić. – Na przykład w Niemczech od miesięcy pogarsza się sytuacja w przemyśle, coraz wolniejsze jest tempo wzrostu gospodarczego, spadają zamówienia, słabnie też optymizm wśród konsumentów – wymienia. – A stąd już tylko krok do początku serii niewypłacalności w najbardziej dotkniętych przez spadek koniunktury branżach.

Wysokość składki ubezpieczenia zależy od naszych przychodów, poprzednich problemów z uzyskaniem należności, częstotliwości, z jaką wystawiamy faktury, sytuacji finansowej naszych kontrahentów oraz tego, jak wielu ich mamy – im ich więcej, tym niższa składka. 

Rynek ubezpieczania handlu rozwija się w Polsce dość szybko. W 2018 r. suma ubezpieczonych obrotów rodzimych firm przekroczyła po raz pierwszy 500 mld zł, rosnąc o 10 proc. rocznie. Nadal jednak jest to usługa znacznie mniej u nas popularna niż na Zachodzie. – Wydaje się, że zwłaszcza mniejsi przedsiębiorcy niechętnie korzystają z rozwiązań ograniczających ich ryzyko kredytowe – zauważa Tomasz Ślagórski.  – Może to być efektem ogólnej niskiej skłonności Polaków do ubezpieczania się, ale również tego, że od 28 lat nasz kraj nie przeszedł poważnego załamania gospodarczego, które uświadomiłoby przedsiębiorcom konieczność ograniczania ryzyka niewypłacalności ich kontrahentów. 

--

Janusz Władyczak, prezes KUKE

Polski eksport od lat szybko rośnie, wykazując odporność na zawirowania światowej koniunktury. Niestety wolniej przybywa przedsiębiorstw, zwłaszcza z segmentu MSP, które wybierają rozwój poprzez zagraniczną ekspansję. W KUKE również ubezpieczamy więcej należności w handlu pomiędzy rodzimymi firmami niż w eksporcie. A przecież dostępne są różne rozwiązania, tanie i relatywnie proste, które mogą polskich przedsiębiorców wspierać w zdobywaniu nowych rynków. Do takich należy ubezpieczenie o nazwie Europolisa, które kierujemy właśnie do mniejszych firm handlujących na niewielką skalę z kontrahentami z Unii Europejskiej (ale też z Polski), do której trafia 80 proc. eksportu z naszego kraju. 

Są też instrumenty do wykorzystania na bardziej egzotycznych rynkach, gdzie ryzyka, np. polityczne, są większe. Tutaj z kolei oferujemy rozwiązania wspomagane gwarancjami Skarbu Państwa. Warto się o nie ubiegać, bo koszty nie są wysokie, a procedury są proste. Tym bardziej że teraz niemal każdy kraj wspiera swój eksport, więc rywalizacja na innych rynkach jest coraz trudniejsza. Portfel KUKE praktycznie pokrywa się z mapą polskiego eksportu, co akurat dobrze świadczy o naszych firmach, które nie ulegają iluzji, że w handlu z partnerami z Niemiec, Czech czy Wielkiej Brytanii, czyli ze znanych nam rynków unijnych, nic złego stać się nie może. Niestety, podobnie jak w kraju, może. Zawsze należy więc stosować dobrze dobrane instrumenty, by handel odbywał się w bezpieczny sposób.

-

Konrad Klimek, prezes KUKE Finance

Faktoring w naszym kraju stał się najszybciej rozwijającym segmentem usług finansowych. Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów rosną w tempie 2-cyfrowym od 2009 r. Zauważalnie zwiększa się liczba klientów, pojawiają się też nowi gracze, czyli fintechy, które wykraczają poza model biznesowy tradycyjnych instytucji finansowych. Polski rynek stopniowo wchodzi w fazę dojrzałą. Naturalną koleją rzeczy jest więc poszukiwanie przez faktorów nowych grup klientów, przy czym największy potencjał do zagospodarowania dostrzega się w sektorze MSP. W odpowiedzi na potrzeby firm mikro, małych i średnich, oferta faktoringowa się dywersyfikuje. Małe przedsiębiorstwa oczekują przede wszystkim jej przejrzystości, szybkości działania oraz maksymalnej elastyczności. Każdy przedsiębiorca wymaga indywidualnej oferty i kształtowania rozwiązań odpowiadających profilowi jego działalności. Na pewno takiemu podejściu firm faktoringowych do klientów sprzyja silna konkurencja pomiędzy nimi. W KUKE Finance widzimy, że mniejsze spółki coraz częściej wybierają faktoring pełny, poszukując w ramach tej usługi nie tylko bieżącego finansowania biznesu, ale też zapewnienia sobie bezpieczeństwa obrotu z kontrahentami. A eksporterom, dzięki współpracy z KUKE, oferujemy finansowanie należności od kontrahentów zagranicznych, np. z krajów o podwyższonym ryzyku, jak Rosja czy Ukraina, również w ramach faktoringu z ubezpieczeniem.

-

Rodzaje zabezpieczeń transakcji eksportowych

Akredytywa – pisemne zobowiązanie banku do zapłaty za towar po przedstawieniu dokumentów potwierdzających jego wysłanie do klienta, zgodnie z kontraktem. Rozwiązanie to uważane jest za stosunkowo drogie (zaangażowane są banki obu stron transakcji) i nienowoczesne, ale bardzo bezpieczne.

Weksel – bezwzględne zobowiązanie się do zapłaty kwoty na wekslu. Jego realizacja wymaga kosztownej drogi sądowej, niemniej może być gwarantowany przez inną instytucję (zwykle bank), która pobiera za to opłatę (dość wysoką) i staje się zobowiązana do uregulowania długu tak jak nierzetelny kontrahent.

Gwarancje bankowe i ubezpieczeniowe – pisemne zobowiązanie się instytucji finansowej do zapłaty kwoty zapisanej w gwarancji w przypadku niewywiązania się kontrahenta z umowy. Obejmuje to sprawdzenie odbiorcy, jest przez niego opłacane i uznawane za drogie. Koszt jest zwykle przerzucany na dostawcę towaru lub usługi (np. w formie upustu).

Poręczenie – pisemne zobowiązanie się podmiotu innego niż kontrahent do uregulowania jego zobowiązań w razie braku zapłaty. Zazwyczaj poręczycielem jest podmiot powiązany z odbiorcą, np. spółka-matka. Wada tej supertaniej metody: poręczyciel też może okazać się nierzetelny i pozostanie tylko droga sądowa.

Inkaso gwarantowane – inkaso to tanie rozwiązanie, umożliwiające odbiorcy wejście w posiadanie towaru dopiero po wykupieniu przez niego dokumentów reprezentujących ów towar (np. listy przewozowe z portu, składu celnego itp.). Istnieje jednak ryzyko ich niewykupienia, a więc i odbioru towaru, co dodatkowo obciąży nadawcę wysyłki kosztami przechowywania. Pozostaje wtedy kosztowna droga sądowa. Receptą na to może być inkaso gwarantowane, gdzie gwarant, zwykle bank, zobowiązuje się za wynagrodzeniem, że w razie czego wykupi towar. To jednak znacznie podraża inkaso.

Faktoring – umowa między eksporterem a instytucją finansową (faktorem bankowym lub niebankowym), która za wynagrodzeniem przejmuje wystawione przez eksportera faktury i wypłaca mu 90 proc. kwoty zobowiązań odbiorcy, a pozostałe 10 proc. po ich uregulowaniu przez tego ostatniego. W przypadku faktoringu pełnego (droższego) eksporter ma gwarancję zapłaty, a przy faktoringu niepełnym ponosi ryzyko niewypłacalności kontrahenta (będzie wtedy musiał zwrócić faktorowi przelaną przez niego gotówkę, tyle że przynajmniej przez jakiś czas ma ją w ręce i może nią zarządzać z korzyścią dla siebie).

-

Sposób na zatory

W lipcu Sejm uchwalił ustawę o przeciwdziałaniu zatorom płatniczym. Od 1 stycznia 2020 r. wprowadza ona obowiązek raportowania swoich praktyk płatniczych przez największe firmy i grupy oraz umożliwia nakładania kar pieniężnych na te, które przeciągają niepłacenie zobowiązań, o ile nie wynika to z nieotrzymywania pieniędzy od ich własnych dłużników. Nowe przepisy mają zdyscyplinować duże firmy, które wykorzystując swoją siłę rynkową, kredytują się kosztem mniejszych podmiotów. Dla małych i średnich przedsiębiorstw kluczowe będzie skrócenie terminów zapłaty w transakcjach z dużymi partnerami do 60 dni. Z kolei dostawcy dla podmiotów publicznych (z wyjątkiem podmiotów leczniczych) uzyskają skrócenie terminów zapłaty do 30 dni. Monitorowaniem zatorów ma się zająć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

-

Paweł Kacprzak, członek zarządu BGŻ BNP Paribas Faktoring

Rośnie popularność faktoringu pełnego. Widzę dwa ważne trendy na rynku faktoringowym, dzięki którym od lat utrzymujemy dwucyfrowy wzrost procentowy. Pierwszy jest taki, że od kilku lat notujemy duże zainteresowanie faktoringiem wśród dużych firm. Faktoring poprawia ich płynność bez pogorszenia struktury bilansu. Ponadto duże firmy aktualnie coraz bardziej dbają o kondycję swoich dostawców. W związku z tym wprowadzają w życie programy faktoringu odwrotnego, w ramach których dostawca zamiast czekać na zapłatę faktury np. 60 dni może, w zamian za udzielenie niewielkiego rabatu, otrzymać zapłatę za fakturę w ciągu kilku dni od dostawy. Drugi ważny trend to stały wzrost znaczenia faktoringu pełnego, czyli z przejęciem ryzyka niewypłacalności odbiorcy. Już 50 proc. obrotów faktoringowych jest realizowana właśnie w faktoringu pełnym. Popularność tej formy faktoringu rośnie, ponieważ nie da się jej zastąpić jedną inną usługą faktoringową. Kredyt poprawia płynność, ale nie chroni przed niewypłacalnością odbiorcy, a ubezpieczenie należności oznacza czekania na wypłatę odszkodowania min 180 dni.

-

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

Nie mamy w Polsce zastoju gospodarczego, ani dużej inflacji, a mimo to, jak pokazują dane BIG InfoMonitor za II kwartał 2019 r., ponad połowa firm czeka dłużej niż dwa miesiące na zapłatę za swoje towary lub usługi. Najgorzej sytuacja wygląda w handlu i transporcie. W branżach tych z zapłatą faktur co najmniej miesiąc po terminie, miało do czynienia 98 proc. firm. A mowa tu o opóźnieniach, a nie o długich terminach płatności, uzgodnionych – pod presją odbiorcy lub nie – przez obie strony. Ryzyko jest realne i warto dobrze sprawdzić z kim podejmuje się współpracę, a także odpowiednio zabezpieczyć kontrakt. Jednym z prostych działań jest m.in. sprawdzenie kontrahenta w Rejestrze Dłużników BIG. Jeśli firma ma niespłacone zobowiązania, to należy potraktować to jako poważny sygnał ostrzegawczy. Co gorsza, dwie trzecie przedsiębiorstw, które czekają ponad 60 dni na zapłatę, nie dostaje całości należności. Średnio tracą co czwartą złotówkę z przeterminowanej kwoty. Co dziesiątej zdarza się nie odzyskać nic. A niemal co piąta jest przekonana, że miałaby obroty wyższe o co najmniej 30 proc., gdyby nie tego rodzaju kłopoty. W przypadku opóźnionych płatności mamy do czynienia z grą na czas którą najczęściej wygrywa dłużnik. Zamiast więc czekać z założonymi rękami, co niestety dzieje się dość często, wierzyciel powinien upominać się o należność i jak najszybciej wpisać niesolidnego kontrahenta do rejestru BIG. Ostrzeże w ten sposób rynek i utrudni niesolidnemu płatnikowi zaciąganie kolejnych zobowiązań.

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

25 najlepszych polskich startupów

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?