Moim zdaniem

Artyści i żołnierze

Marc Benioff, amerykański miliarder i prezes firmy Salesforce wspomina, że kiedy pracował w Oracle, trafił w gabinecie swojego szefa Larry’ego Ellisona na książkę „Mityczny osobomiesiąc”. Ellison miał w zwyczaju dawać ją każdemu z jego menedżerów. To tam Benioff przeczytał, że świetne oprogramowanie można tworzyć tylko w małych zespołach. Sto, tysiąc czy dwa tysiące programistów po prostu nie da rady. Menedżer wziął sobie do serca tę radę i stworzył niewielki zespół programistów, który był początkiem wielkiego konkurenta Oracle –  Salesforce. To firma, która przeszła drogę od prostego pomysłu po miejsce na liście największych przedsiębiorstw Fortune 500.

Ironią jest, że sam Ellison nie podchodził tak poważnie do rad, które dawał. Kiedy Salesforce osiągał pierwsze sukcesy, jego Oracle zatrudniał przy projektach właśnie tysiące programistów. I dziwił się, że nie może pokonać startupu założonego przez Benioffa.

Wniosek z tego jest taki, że w nowych technologiach i innowacji w ogóle małe zespoły radzą sobie lepiej niż duże. Kilkuosobowe startupy są w stanie zmienić całe branże i stać się wartymi miliony przedsiębiorstwami. Dlaczego tak się dzieje? Stara się to wyjaśnić Safi Bahcall w książce „Loonshots”. Pisze o tym, że mamy dwa rodzaje pracowników: artystów i żołnierzy. Pierwsi tworzą pomysły, drudzy je sprzedają, czyli budują biznes. Te dwie grupy powinny być od siebie odrobinę odseparowane (ale powinny się wymieniać informacjami), żadna nie powinna mieć przewagi nad drugą. Kiedy uda się taki stan uzyskać, firma staje się praktycznie niezniszczalna. Tworzy nowe pomysły i potrafi je jednocześnie sprzedawać.

Gdy firmy rosną, często wpadają w pułapkę. To sytuacja, w której mają za dużo żołnierzy, a za mało artystów. Wtedy wszystko się zaczyna powoli i niepostrzeżenie sypać. Taka firma popada w twórczą niemoc, pracownicy boją się wychodzić z pomysłami, które ich przełożony może uznać za szalone. Ważniejsze jest miejsce w szeregu, firmowa polityka i bezpieczeństwo. Pracownicy stają się mierni i bierni. Firma traci swoją pozycję.

W tym czasie kilkuosobowy zespół, nie mając nic do stracenia pracuje nad pomysłem, który wszyscy uznali za zbyt głupi, by zajęła się nim „nasza wspaniała korporacja”. Po co komu program do umówienia się z fryzjerem, skoro można zadzwonić? Czy pracownicy potrzebują aplikacji do zbierania punktów za spalone kalorie? Przecież to bzdura. Chcesz zarabiać na tekturowych pudełkach? Nie, dziękujemy.

Ten numer poświęciliśmy najlepszym polskim artystom biznesowym. Nie traktujcie tego zestawienia jako rankingu, tutaj wszyscy są równi, bo niemal każdy działa w trochę innej dziedzinie. Każdy ma swoją fascynującą, inspirującą historię i masę szczęścia. Nasz okładkowy bohater Stefan Batory, twórca Booksy, woli analizować swoje porażki. Po pierwsze, że może wyciągnąć z nich wnioski, a po drugie daje mu to perspektywę, ile szczęścia miał, że dotarł tu gdzie jest. I ile szczęścia jeszcze będzie potrzebował, by przebić się na rynku amerykańskim, gdzie konkuruje ze sobą 100 podobnych aplikacji. By wygrać na tym etapie, Batory będzie potrzebować też masę żołnierzy, którzy sprzedadzą jego apkę. Cały czas musi jednak pamiętać, że w przyszłości jego firmie może zagrozić inny mały zespół, który właśnie zaczął swoje prace w jakimś garażu.

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

25 najlepszych polskich startupów

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?