Moim zdaniem

Kobiety do biznesu!

fot. Michał Mutor

Motyw potyczki Dawida z Goliatem jest wpisany w DNA chyba każdej firmy. Gdy startuje, niemal wszyscy wieszczą jej porażkę, ale w oczach jej założyciela – i to też jest regułą – przyszłość rysuje się zupełnie inaczej. Jego startup zaraz ma przewrócić do góry nogami cały rynek, wyeliminować stare monopole i uczynić życie ludzi wspaniałe! Wszystkiego tego dokona błyskawicznie tak jak Dawid, który jednym strzałem z procy powalił wielkiego Goliata. To zwycięstwo przyniesie założycielowi ogromne pieniądze i okryje go chwałą.

Ci, którzy tej sztuki dokonali (a jest ich naprawdę niewielu), mają w swoim micie założycielskim taką właśnie historię. Reed Hastings twórca Netflixa zirytował się karą, jaką musiał zapłacić za przetrzymanie kasety z filmem Apollo 13. Dla młodszych przypomnienie: kiedyś, by obejrzeć film w domu, należało go wypożyczyć na kasecie VHS, a potem na czas zwrócić. W Stanach największą taką wypożyczalnią był Blockbuster. Hastings się spóźnił i dostał 40 dol. kary. Było mu strasznie głupio. To wtedy powiedział sobie, że zmieni zasady gry. Założył Netflixa, rozsyłał płyty z filmami pocztą i nie pobierał gigantycznych kar za spóźnienie. A potem zaczął umieszczać filmy w sieci. Resztę już każdy zna. Dziś to Netflix jest Goliatem i dominuje na rynku telewizyjnym. Co ciekawe, rozgromiona przez Netflixa sieć Blockbuster miała w ręce ofertę kupna młodego rywala. Niestety, nie skorzystała z niej.

Takich historii jest więcej.  W latach 90., gdy w amerykańskiej branży gier panował monopol Nintendo (firma miała 90 proc. rynku), rękawicę rzucił jej niewielki, zatrudniający  50 osób producent konsol Sega. Nintendo był potężny. Miał swojego bohatera Super Mario, którego kochały amerykańskie dzieciaki; system sprzedaży, który blokował innych; oraz podpisane na wyłączność umowy z producentami gier. Sega była szczeniakiem, ale bardzo inteligentnym. Firma odpuściła sobie 6-latków, którzy kochali Nintendo i postawiła na starszych, podrośniętych i lekko już zbuntowanych 11-latków. Kilka lat później ten podział rynkowego tortu wyglądał zupełnie inaczej: to Sega miała ponad 50 proc. rynku.

Mniej więcej w tym samym czasie ze swoim biznesem wystartowała Kayah, bohaterka tego wydania „My Company Polska”. Miała na koncie hitowe płyty takie jak „Zebra” czy krążek z Goranem Bregoviciem, kiedy postanowiła zerwać umowę z dużą wytwórnią płytową i pójść na swoje. Wtedy nie było serwisów stremingowych czy YouTube’a. Artysta bez wsparcia wytwórni był jak żeglarz bez łódki, mógł tylko opowiadać znajomym, co by było, gdyby ktoś mu tę łódkę dał. Innymi słowy ryzyko porażki było ogromne. Dziś Kayax może nie dominuje na rynku, ale ma swoją kilkunastoprocentową część, dobrą markę i wspaniały zespół. Kayah pokazała, że można. Teraz namawia kobiety, by też próbowały. Zresztą Polek, którym się udało, jest znacznie więcej. Marzena Gradecka założyła firmę PGD, która jest największym w Polsce dystrybutorem chemii i kosmetyków, Lucjana Kuźnicka-Tylenda w podpoznańskim Kórniku produkuje tekturowe opakowania m.in. dla Ikea oraz LG. Maria Magdalena Kwiatkiewicz stworzyła markę jubilerską Yes, która walczy o rynek z jubilerami-mężczyznami ze sklepów Apart czy W.Kruk. I choć kobiety osiągają w biznesie coraz większe sukcesy, to wciąż mają bardziej pod górkę niż mężczyźni. To ich kariery najbardziej przypominają potyczkę Dawida z Goliatem. Cóż, okazuje się, że panie posługują się procą nie gorzej niż panowie.

 

 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty