Felieton na koniec

O wyborach

Fot. Materiały prasowe

Wybory. Pierwsze skojarzenie? Parlamentarne, prezydenckie, samorządowe? Polityka tak zatruła nam umysły, że zapominamy o innym znaczeniu tego słowa – o naszych wyborach codziennych. Tych mniejszych i tych kluczowych. Nie będzie zatem za wiele o polityce...

Życie to pasmo nieustannych wyborów. Poczynając od rzeczy prozaicznych, typu pobudka o 6:00, czy 6:30, poranna herbata czy kawa, kończąc na rzeczach dla nas fundamentalnych, jak priorytety życiowe, wybór partnera, z którym chcemy założyć rodzinę, czy nawet wybór miejsca, w którym chcemy kiedyś odejść z tego świata. Czasami wybór jest łatwy i oczywisty, innym razem trudny i obarczony ryzykiem. Wybierać uczymy się od chwili, gdy przychodzimy na świat, a nawet wcześniej, bo za nas kluczowych wyborów dokonują rodzice, od których zależy, czy w ogóle powstaniemy i jak się narodzimy (poród naturalny czy cesarskie cięcie). Jeśli uda nam się zaistnieć (a szanse, wbrew pozorom, są niewielkie), to w procesie dorastania uczymy się, jak wybierać samodzielnie. 

Kryterium tych wyborów jest w zdecydowanej większości nasz własny interes. Choć jesteśmy istotami społecznymi, to jednak przede wszystkim jesteśmy odrębnymi bytami, które są, a przynajmniej być powinny, za siebie odpowiedzialne. I wydaje się, że jako homo sapiens (ale nie ten z popularnego internetowego żartu o chorobie homo sapiens...) powinniśmy wybierać rozumnie. Z pewnością tak się dzieje, bo wyborów dokonujemy, korzystając ze swych szarych komórek. Tyle że dzieją się w nich rzeczy dziwniejsze niż w najzabawniejszych komediach czy najstraszniejszych horrorach. Obiektywnie rzecz biorąc, nasze wybory czasami, a nawet często, są po prostu złe, głupie, bywa, że niewytłumaczalne. Nieraz zdajemy sobie z tego sprawę po czasie i próbujemy naprawiać coś, co nie zawsze jest do naprawienia. Niektórzy wybierają bycie złodziejem, oszustem lub innym bandytą, a nie człowiekiem uczciwym i przyzwoitym. Wybieramy wspaniałe żony i fascynujących mężów, a potem ich zdradzamy. Kłamiemy i mówimy prawdę, ale proporcje tego są bardzo różne. Często wybieramy polityków, którzy się skompromitowali swoją niekompetencją lub brakiem etyki, którym nie powinniśmy ufać (a jednak polityka się zakradła...). Podobnych sytuacji są tysiące. I niemal każdą można jakoś wytłumaczyć. Myślę, że za większością tych wyborów stoi absolutny priorytet naszego interesu osobistego i pogarda lub w najlepszym wypadku obojętność wobec drugiego człowieka. Złodziej kradnie dla  SIEBIE, ale jednocześnie kradnie KOMUŚ, komu wyrządza krzywdę. Mąż zdradza żonę, a żona męża, bo chcą przeżyć dodatkowe chwile przyjemności, ale jednocześnie ranią się wzajemnie i rujnują związek. Do parlamentu wybieramy tych, którzy obiecają NAM więcej, zapominając, że to oznacza najczęściej mniej dla INNYCH. Jeśli INNI zdobyli majątki nieuczciwie, często NASZYM kosztem, to wybór obiecujących NAM, że będzie sprawiedliwie, jest w mojej ocenie OK. Jeżeli natomiast INNI zdobyli więcej swoją uczciwą pracą, to nasz wybór, sankcjonujący zabieranie IM i dystrybuowanie do NAS, jest już zwykle niemoralny. 

Jak wspomniałem, u podstaw tych wyborów leży to, że jesteśmy bardziej jednostkami egocentrycznymi niż istotami społecznymi. Choć jest to naturalne, to jednocześnie zgubne i jest źródłem licznych problemów społecznych. W przestrzeni publicznej pojawiają się ludzie, którzy to rozumieją i chcą temu jakoś zaradzić, ale też tacy, którzy rozumieją i chcą to świadomie wykorzystać do własnych celów, potęgując skalę naszych problemów. Pojawiają się też ludzie głupi, którzy robią coś, czego nie rozumieją i czego konsekwencji nie przewidują. Jeśli żyjemy w demokracji, to nauczmy się wybierać jak najbardziej świadomie i mądrze. Pamiętając jednak, że nigdy nie wybierzemy najlepiej, bo taki najlepszy wybór pewnie nie istnieje. Zawsze będziemy podejmować ryzyko. 

Nie zapominajmy, że za nasze codzienne i niecodzienne wybory odpowiadamy sami.  To, jakie decyzje podejmujemy, ma wpływ nie tylko na nas, ale też na innych. Jeżeli będziemy zbytnimi egoistami (bo egoistami i tak jesteśmy), to ostatecznie obróci się to przeciwko nam. Suma sumarum nie możemy istnieć jako jednostki aspołeczne. Relacje z innymi ludźmi są nam niezbędne. Zatem, nawet jeśli nie chcemy być prospołeczni ze względu na zwyczajne poszanowanie innych osób (co powinno być normą absolutną), to chociaż bądźmy prospołeczni ze względu na nasz długoterminowy interes osobisty. Jeżeli nie potrafimy inaczej, to inwestujmy w dobre relacje, by w przyszłości mieć z tego coś dla siebie (niekoniecznie materialnego, raczej sympatię, może szacunek i przyjaźń). Nie jest to specjalnie szlachetne, ale może nie każdego stać na bycie szlachetnym. Wtedy niech zostanie szlachetnym z egoizmu. 

 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Czy przenieść firmę za granicę

Dobre auto na niskie raty