Felieton na koniec

O Zanzibarze

Fot. Materiały prasowe

Zanzibar. Ta nazwa rozpala wyobraźnię niejednego Polaka. Skojarzenia są proste: lazurowy, spokojny ocean, niemal biały, delikatny piasek, piękne muszle, błękitne, bezchmurne niebo, drewniane łodzie rybaków z bordowymi żaglami i apetyczne owoce morza... Można powiedzieć – raj. 

Taki obraz Zanzibaru zobaczymy w przepięknych folderach i na stronach internetowych niezliczonych biur podróży. No bo jeśli chcemy coś sprzedać, to trzeba stworzyć w głowie konsumenta wyobrażenie, które wzbudzi jego pożądanie. Z każdym towarem jest podobnie. Na rynku instrumentów finansowych też mamy pełno cudownych „Zanzibarów”. Tylko zamiast zdjęć są wykresy prezentujące ponadprzeciętne historyczne stopy zwrotu i obiecująco brzmiące strategie inwestycyjne. A inwestor oczami wyobraźni widzi góry pieniędzy i rozległe plaże, gdzie te pieniądze będzie wydawał... O ile jednak na rynku finansowym funkcjonują, co prawda średnio skutecznie, mechanizmy ochrony konsumenta, to rynek turystyczny ma tutaj jeszcze wielki, niewykorzystany potencjał. Ale chyba nie ma branży, która by działała z pełnym poszanowaniem klienta. Jak ostatnio widzimy, nawet w sferze naszego życia duchowego nie zawsze możemy liczyć na pełne poszanowanie... 

Tak się złożyło, że pisząc to, siedzę pod wysokim, drewnianym dachem w stylu suahili, 15 m od niemal białej plaży wschodniego Zanzibaru. Porywisty wiatr miota palmami, zacina deszcz, a słońce świeci akurat nad... Polską. W nocy niespokojny ocean wyrzucił na pobliskie skały jedną z tych uroczych drewnianych łodzi rybackich i roztrzaskał na kilka części. Jej właściciel z pomocnikami od rana zbierają to, co z niej zostało i da się wykorzystać do zbudowania nowej. Jakiś kilometr dalej, na równie pięknej plaży, turlają się zardzewiałe puszki, plastikowe pojemniki i butelki, leżą kości zwierząt gospodarskich, potłuczone słoiki, a nawet resztki telefonów komórkowych. Świadomie wybrałem to miejsce i czas. Nie korzystałem z żadnych pośredników czy biur podróży. Nie mam do nikogo pretensji, że pada i wieje i że dłuższa wycieczka po plaży może się skończyć skaleczeniem stopy. Wiem, że pod koniec małej pory deszczowej może nieźle popadać, ale wtedy mogę spokojnie napisać felieton czy przeczytać książkę. Wiem, że za chwilę wróci Zanzibar z pocztówek, a nawet piękniejszy. Tylko że ja wiem, gdzie i kiedy tu przyjechać. Bo nie jestem tu pierwszy raz. A pierwszy raz był kompletną wtopą, gdyż zaufałem sprzedawcy, notabene polskiej właścicielce jednego z obiektów turystycznych na tej pięknej wyspie. Polska flaga, jaka tam powiewa, przynosi wstyd naszemu krajowi. 

Tym razem jestem w obiekcie, którego właścicielem jest Austriak. Mieszka on na jego terenie i ma baczenie na wszystko. Zatrudnia więcej pracowników, niż może przyjąć gości. Każdy detal jest przemyślany i gustowny. Widok na ocean i rafę koralową, zawsze czystą w tym miejscu plażę (całe dnie czuwa tu „zbieracz puszek”), kolory niezliczonych kwiatów w połączeniu z bielą piasku i płóciennych zasłon przy stolikach, gdzie można zajadać się wszelkimi lokalnymi i nie tylko smakołykami – nie zachęcają do opuszczenia terenu ośrodka. Dyskretna ochrona złożona z Masajów dba o bezpieczeństwo, a od godz. 22 naprawdę panuje tu cisza nocna. No, nie licząc szumu oceanu przy przypływach. Taki mały raj. Ale ten raj to dzieło człowieka, który chciał i nadal chce tworzyć coś, co jest w każdym calu właściwe. Produkt o wysokim standardzie za uczciwą cenę, estetyka na najwyższym poziomie, dobra praca dla lokalnych mieszkańców, poszanowanie natury... 

To nie powinien być wyjątek, tylko standard. Zwykła odpowiedzialność i przyzwoitość. Ale te puszki wypluwane przez ocean przypominają o innej naturze człowieka. Niestety, dość uniwersalnej. Pobocze ulicy, przy której mieszkam w jednej z podwarszawskich miejscowości, ma podobne właściwości, jak plaża na Zanzibarze. Tam, gdzie jest mój dom, jest czysto i ładnie, ale kilkaset metrów dalej jakieś tajemnicze lokalne fale wyrzucają regularnie puszki po piwie i butelki po popularnych napojach, zakłócających postrzeganie świata. 

Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas ma swoje kategorie oceny tego, co dobre, złe, ładne bądź brzydkie. Może więc sześciopak niskoalkoholowego piwa lub zgrabna flaszeczka gorzałki zmieniłyby również moje kryteria oceny świata i uznałbym pobocze mojej ulicy za doskonały przykład piękna i lokalnego folkloru, który trzeba pielęgnować?

Myślę, że najpiękniejsze rzeczy tworzy nie człowiek, lecz natura. My jesteśmy jednak jej częścią i powinniśmy tworzyć rzeczy równie piękne. I potrafimy. Ale też zbyt często potrafimy tworzyć rzeczy brzydkie (a nawet straszne w szerszym znaczeniu). Sami sobie odbieramy raj, jaki został nam tu dany, wierząc (?) w ten poza światem doczesnym. Tylko od nas zależy, czy nasza zanzibarska, bałtycka lub całkiem inna prywatna plaża będzie tą, na której chętnie spędzamy czas, czy tą, na której możemy stracić zdrowie, życie lub przynajmniej chęć do życia. Życzę Państwu miłych jesienno-zimowych dni i jak najszybszego znalezienia swojego rajskiego Zanzibaru. 

 

MyCompany Polska 12/2018
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty

Zamiast dziel i rządź - mnóż i zarządzaj!