Gorący temat

Walka z czasem

Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podstawowym celem dla rządzących II RP było zbudowanie jednolitych fundamentów młodego państwa. Z tego powodu, a także w wyniku zewnętrznych zagrożeń i wewnętrznych turbulencji, był to burzliwy czas dla rodzącej się polskiej gospodarki. 

Z dzisiejszej perspektywy łatwo jest ferować wyroki: II RP nie udało się zbudować gospodarki, mogącej przeciwstawić się ofensywie agresywnych sąsiadów, a politycy często ulegali skłonnościom etatystycznym i korzystali z narzędzi służących podporządkowaniu biznesu celom politycznym i militarnym. Jednak spojrzawszy na ten czas nieco wnikliwiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że włożono ogromnie wiele wysiłku w budowanie, a część dobrych konsekwencji owych działań widzimy do dziś. 

Tor przeszkód

Należy pamiętać, że największym problemem Polski, gdy odzyskała niepodległość w 1918 r., było umocnienie państwa i stworzenie z 27 mln mieszkańców jednolitego narodu. Nie chodziło tylko o to, że  388,6 tys. km kw., jakie otrzymaliśmy na mocy traktatu wersalskiego, a częściowo wywalczyliśmy w wojnach z sąsiadami, zamieszkiwały liczne mniejszości narodowe. W 1921 r. 33,1 proc. dorosłej ludności Polski nie potrafiło czytać i pisać. Na wsi było to aż 38 proc. Spora część mieszkańców, zwłaszcza wsi, nie utożsamiała się z nowym państwem. 

Po zaborcach odziedziczyliśmy trzy różne systemy prawne, podatkowe, edukacyjne, nieprzystające do siebie sieci kolejowe i kilka systemów pieniężnych. Brakowało rezerw złota, wystarczających do ustabilizowania waluty, kraj był zniszczony działaniami wojennymi w latach 1914–1915 i 1920. Największy potencjał gospodarczy ulokowany był na Śląsku, którego część zdobyliśmy zbrojnie w 1921 r. 

Gdy dodamy do tego skutki Wielkiego Kryzysu, które wstrząsnęły światową gospodarką, przewrót zbrojny z maja 1926 r., który wywrócił do góry nogami demokratyczny porządek budowany z mozołem od chwili odzyskania niepodległości, popularne w owym czasie na świecie interwencjonizm i praktyki protekcjonistyczne, a także narastające śmiertelne zagrożenie ze strony niemal każdego sąsiada – dopiero wówczas widzimy ogrom trudności, z którymi musieli się zmierzyć zarządzający II RP. 

Bezsprzeczne sukcesy

W II RP gospodarka była ważna, ale traktowana przez polityków raczej jako narzędzie do realizacji celów państwowych. Do jej największych sukcesów należały reforma walutowa z 1924 r., budowa własnego portu w Gdyni, którego obroty wyprzedziły sąsiedni Gdańsk (częściowo tylko kontrolowany przez Polskę) i szereg inwestycji, w ogromnym stopniu organizowanych i finansowanych przez państwo. 

Nieco zapomnianym sukcesem był Kodeks Handlowy z 1934 r. regulujący całość polskiego prawa handlowego. Choć w PRL rzadko używany, okazał się bardzo przydatny po 1989 r.

Cel najważniejszy, jakim było ujednolicenie prawa, umocnienie państwa i stworzenie narodu, został osiągnięty. Sądownictwo powszechne ujednolicono 1 stycznia 1929 r., 1 lipca wszedł w życie Kodeks postępowania karnego, a 1 września 1932 r. – Kodeks karny. 

Między Niemcami a Sowietami

II Rzeczpospolita graniczyła z Litwą, Łotwą, Rosją Sowiecką (potem ZSRR), Rumunią, Czechosłowacją i Niemcami. Jedynie krótkie odcinki granicy – z Łotwą i Rumunią – były przyjazne. 

Położeni między Niemcami a bolszewicką Rosją, mając nadmiar siły roboczej, ale nisko wykwalifikowanej, nie byliśmy atrakcyjnym miejscem dla inwestycji zagranicznych. W dodatku kolejne rządy traktowały cudzoziemskich przedsiębiorców podejrzliwie, obawiając się z tej strony wrogich działań przeciwko młodemu państwu. W 1937 r. działały w Polsce 44 spółki zagraniczne, a w 391 inwestorzy zagraniczni mieli udziały – przeciętnie 63,1 proc. Wartość należącego do nich kapitału zakładowego przekraczała nieco 2 mld zł. Księgowa wartość majątku przedsiębiorstw państwowych wynosiła kilkanaście miliardów złotych. 

W 1934 r. państwo przejęło kontrolę nad ogromnym koncernem Wspólnota Interesów, do którego należało wiele śląskich hut i kopalń. Kontrolowaną przez kapitał niemiecki Wspólnotę rząd oskarżył o malwersacje podatkowe i doprowadził na skraj bankructwa. W tym samym roku upaństwowiono też, oskarżane o malwersacje, wytwarzające wyroby z lnu Zakłady Żyrardowskie francuskiego biznesmena Marcela  Boussaca. Sprawa miała podłoże polityczne, gdyż polskie władze chciały utrzeć nosa Francji.

W 1935 r. przyjęto poprawkę do ustawy o podatku dochodowym, zwaną „lex Żyrardów”, skierowaną przeciwko kapitałowi zagranicznemu. Nakazywała doliczać do podstawy opodatkowania świadczenia, które filie firm zagranicznych płaciły do centrali. Ponadto minister przemysłu i handlu uzyskał prawo do wprowadzania przymusowego zarządu państwowego w spółkach, w których wykryto „nadużycia lub nieporządki”.

Niechętny stosunek władz II RP do kapitału zagranicznego wynikał częściowo z obawy przed niemieckimi wpływami, zwłaszcza na Śląsku. Zachodni sąsiad był naszym najważniejszym partnerem handlowym. Przypadała na niego mniej więcej połowa rodzimego eksportu. Gdy w 1925 r. wygasła klauzula największego uprzywilejowania, którą Polska miała w handlu z Niemcami na mocy Traktatu Wersalskiego, kraj ten uzależnił zawarcie stałego traktatu handlowego z nami od ustępstw politycznych. Skończyło się to wojną handlową, w wyniku której obroty między obydwoma państwami spadły. Nasza gospodarka odczuła te napięcia boleśnie. 

Zagrożenie z zewnątrz – ekonomiczne, ale także polityczne i militarne – determinowało politykę gospodarczą przedwojennych władz. Gdy w drugiej połowie lat 30. rząd postanowił stworzyć Centralny Okręg Przemysłowy, ulokowano go w Polsce centralnej, niemal w równej odległości od nieprzyjaznych Niemiec i Sowietów. Obejmował województwa kieleckie, lubelskie, wschodnią część krakowskiego i zachodnią lwowskiego, czyli rejony biedne, gdzie 83 proc. mieszkańców żyło na radykalizującej się wsi.

COP był najważniejszym projektem 4-letniego planu inwestycyjnego ogłoszonego przez wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, który po śmierci Józefa Piłsudskiego odpowiadał za politykę gospodarczą rządu. Państwo miało wydać 1,8 mld zł na budowę zakładów przemysłowych. W 1937 r. Kwiatkowski podniósł to do 2,4 mld zł. 

Tempo budowy było szybkie. W 625 dni roboczych powstały pod Rozwadowem huta i zakłady zbrojeniowe znane później jako Huta Stalowa Wola. W Rożnowie na Dunajcu i w Myczkowicach na Sanie powstały zapory i elektrownie wodne, w Rzeszowie fabryka silników, w Mielcu – samolotów, w Kraśniku – pocisków artyleryjskich, w Lubartowie i Dębiu – amunicji, w Dębicy – sztucznego kauczuku. Rozpoczęto też budowę 21 dużych zakładów zbrojeniowych. 

Niestety, wszystkie te fabryki albo nie zostały do września 1939 r. ukończone, albo dopiero zaczęły produkcję. 

Państwo na pierwszym planie

Rządzący generalnie nie mieli zaufania do prywatnego biznesu, często posuwając się do upaństwawiania biznesu, co było raczej zgodne z tendencjami dominującymi w światowej gospodarce. 

Przeciwko nacjonalizacji przedsiębiorstw występowali tylko nieliczni ekonomiści i część wybitnych przedsiębiorców. Ich głos był słabo słyszalny tym bardziej, że Polska musiała sobie poradzić ze skutkami Wielkiego Kryzysu oraz narastającym zagrożeniem ze strony choćby Niemiec. W dużej części to z powodu globalnej zapaści gospodarczej w latach 30. w wielu krajach – choćby w Stanach Zjednoczonych – próbowano przyspieszyć rozwój gospodarczy poprzez coraz głębszą ingerencję państwa. Przypadki prywatyzacji były rzadkie.

Narzędziem nacjonalizacji był wielki Bank Gospodarstwa Krajowego. Po zamachu majowym w 1926 r. działalność BGK polegała na wspieraniu firm państwowych, głównie zbrojeniówki, oraz na zarządzaniu nacjonalizowanymi fabrykami. Prezesem jego rady nadzorczej został były legionista gen. Roman Górecki.

Państwo chętnie przejmowało kontrolę nad firmami mającymi znaczenie dla wojska i obronności. Tak się stało z późniejszą Państwową Fabryką Olejów Mineralnych „Polmin” w Drohobyczu. Rząd uznał, że dzięki niej uniezależni się od dostaw smarów i benzyny z przedsiębiorstw prywatnych. Zainwestował w te zakłady ok. 10 mln zł, przekształcając je w największą w połowie lat 20. rafinerię w Europie, mogącą przetwarzać 36 tys. cystern ropy rocznie.

Wytwórnię Samolotów E. Plage i T. Laśkiewicz w Lublinie rząd celowo doprowadził do bankructwa, aby mogły ją przejąć Państwowe Zakłady Lotnicze (PZL) należące do koncernu zbrojeniowego podległego Ministerstwu Spraw Wojskowych. 

Nacjonalizowano też zakłady, które znalazły się w trudnej sytuacji finansowej (czasami z winy państwa), jak Przemysł Chemiczny „Boruta”, Zakłady Chemiczne „Grodzisk” czy spółka akcyjna „Azot” w Jaworznie. 

W 1930 r. upadły Zakłady Mechaniczne „Ursus” SA. Przyczyną było przeinwestowanie – „Ursus” pracował na potrzeby wojska i jego kondycja zależała od zamówień rządowych. Po bankructwie został włączony do Państwowych Zakładów Inżynierii. 

Upaństwowiono również jeden z największych zakładów włókienniczych w Europie – Zjednoczone Zakłady K. Scheiblera i L. Grohmana, które otrzymały w czasie kryzysu lat 30. 2,5 mln zł kredytu z BGK, w zamian za 55 proc. akcji spółki. 

Siła firm rodzinnych

Przedsiębiorstwa prywatne były na ogół małe. Płaciły podatek obrotowy oraz w formie świadectw przemysłowych. W 1938 r. takie świadectwa wykupiło ponad 462 tys. firm handlowych i 6,5 tys. przemysłowych. Przeważały biznesy rodzinne – małe sklepy i warsztaty rzemieślnicze, restauracje. Właścicielami wielu z nich byli Żydzi, którzy stanowili 21 proc. mieszkańców miast, a w Polsce środkowej i wschodniej aż 30 proc. 

Wielki przemysł reprezentował Centralny Związek Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów, zwany „Lewiatanem”. Skupiał znanych przemysłowców i ekonomistów, jak np. Leopold Wellisz. Zaczął on działalność gospodarczą jeszcze przed I wojną światową, po czym część majątku stracił w ogarniętej rewolucją Rosji. W odrodzonej Polsce zarządzał wielkim konglomeratem przemysłowym – od fabryki „Pocisk” w Rembertowie (produkcja amunicji) przez Zakłady Chemiczne „Nitrat” w Niewiadowie (materiały wybuchowe) po chrzanowski „Fablok” (lokomotywy), montownię samochodów Renault w Nałęczowie i zakłady samolotowe na Okęciu. W przededniu II wojny światowej jego fabryki zatrudniały 30 tys. osób. 

Działaczem „Lewiatana” był także Henryk Grohman związany ze wspomnianymi już „Zjednoczonymi Zakładami Włókienniczymi Karola Scheiblera i Ludwika Grohmana” w Łodzi. Odziedziczywszy zakłady włókiennicze po ojcu, rozbudował je, stawiając na nowoczesny wielowydziałowy kombinat. W 1921 r. fabryka Grohmanów połączyła się z firmą Scheiblerów, tworząc największy kompleks przemysłowy Łodzi. 

Największym prywatnym przedsiębiorstwem przedwojennej Warszawy były Zakłady „Lilpopa”. Oficjalna nazwa to Lilpop, Rau i Loewenstein (LRL) – Spółka Akcyjna. Produkowała lokomotywy, szyny, wagony kolejowe, samochody, silniki spalinowe. Zamówienia w niej składało m.in. Ministerstwo Spraw Wojskowych.

Na Śląsku gigantem był Związek Kopalń Górnośląskich „Robur”, spółka należąca do Alfreda Faltera,  M.A. Goldschmidt-Rotschilda i F. Oppenheimera. Była największym w Polsce hurtownikiem i eksporterem węgla. W 1928 r. „Robur” utworzył firmę przewozów morskich Polskarob. Gdy załamał się handel z Niemcami, jej statki transportowały węgiel do Skandynawii. 

Największą spółką inwestycyjną była „Siła i Światło”, założona w 1914 r. przez Macieja Radziwiłła, Antoniego Słamirowskiego i Dawida Tempela. Jej celem było przejmowanie działających w Polsce firm z kapitałem zagranicznym. Zarejestrowana w grudniu 1918 r., stopniowo stała się spółką-matką wielkiego koncernu, działającego głównie w branży energetycznej. Dzięki współpracy z zachodnimi finansistami „Siła i Światło” miała dostatecznie dużo kapitału, a jej akcje były notowane nie tylko na giełdzie w Warszawie, ale także w Brukseli. Koncern zainwestował w polską gospodarkę 30 mln dol. Dziś byłoby to jakieś pół miliarda. 

---

Rządzący II RP ścigali się z czasem. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, możemy się jedynie zastanawiać, co by było gdyby dostali więcej niż 20 lat. We wrześniu 1939 r. wprawdzie przegraliśmy wojnę, ale odtworzenie państwa polskiego stało się jednym z ważniejszych celów krajów walczących z Niemcami. 20 lat wcześniej wcale to takie oczywiste nie było. 


Łyk statystyki

Według brytyjskiego ekonomisty Angusa Maddisona, w przededniu I wojny światowej PKB na głowę mieszkańca Polski – obszaru należącego do trzech zaborców – wynosił 1739 dol. międzynarodowych. Od 1900 r. obszar ten dość prężnie się rozwijał, w tempie 1,3 proc. rocznie, niemniej był jednym z biedniejszych w Europie. Wyprzedzaliśmy Rosję, kraje bałkańskie, Grecję i Portugalię. Nasz PKB na głowę mieszkańca był równy 68 proc. włoskiego, 50 proc. francuskiego, 48 proc. niemieckiego i 33 proc. amerykańskiego. W 1938 r., liczony w dolarach międzynarodowych, wyniósł 2182, czyli 66 proc. włoskiego, 49 proc. francuskiego, 44 proc. niemieckiego i 36 proc. amerykańskiego. Dystans wobec bogatszych krajów nie zmniejszył się. Wyprzedziła nas jednak Grecja i poważnie nadrobiła odległości Portugalia. Nie zbliżyliśmy się też do Czechosłowacji i Węgier, które pozostały znacznie zamożniejsze. 


Sprawa firmy Giesche

Giesche SA, wyodrębniona po powstaniach śląskich z majątku niemieckiego przemysłowca Georga von Gieschego, była największym przedsiębiorstwem przemysłu ciężkiego w międzywojennej Polsce. Zajmowała się działalnością wydobywczą i przetwórstwem surowców, a należały do niej kopalnie węgla, rud ołowiu i cynku, huty, walcownie, zakłady chemiczne i fabryka porcelany. W 1926 r., po konflikcie z rządem, akcjonariusze sprzedali ją Amerykanom, lecz jej siedziba i działalność nadal były związane z Polską. W czasie wojny cały majątek przedsiębiorstwa przeszedł w ręce Niemców, a po jej zakończeniu został upaństwowiony, po czym spółkę zlikwidowano. W 2006 r. nastąpiła jej „reaktywacja”. Posługując się kolekcjonerskimi akcjami, „wznowiony” zarząd Giesche żądał reprywatyzacji lub odszkodowań za dawny, obejmujący 30 proc. powierzchni Katowic, majątek spółki, choć Skarb Państwa jeszcze w latach 60. uregulował roszczenia amerykańskich akcjonariuszy. W 2016 r. pięciu mężczyzn zamieszanych w tę aferę skazano na więzienie (w zawieszeniu). Sprawa firmy Giesche doprowadziła do sprecyzowania przez polskie prawo kwestii tożsamości przedwojennych spółek z ich współczesnymi wznowieniami.


Coś nam zostało z tych lat

W międzywojennej Polsce powstało sporo dużych firm, które przetrwały do dziś, pomimo wojennej zawieruchy i kilkudziesięciu lat komunizmu. Wśród nich oczywiście przedsiębiorstwa o charakterze infrastrukturalnym, jak PKP, Port Gdynia czy PLL LOT. Oto kilka innych znanych firm, których korzenie sięgają II RP:

Zakłady Azotowe w Tarnowie-Mościcach SA (obecnie Grupa Azoty) 

Powstały w 1927 r. z inicjatywy późniejszego prezydenta II RP, Ignacego Mościckiego (z zawodu chemika), jako firma państwowa. Należały do najnowocześniejszych tego typu w Europie i były symbolem możliwości gospodarczych młodego państwa. W latach 30. weszły w skład Centralnego Okręgu Przemysłowego, świetnie sobie radząc, pomimo światowego kryzysu, realizując kolejne inwestycje i zdobywając w Europie silną pozycję. W początkach lat 30. były jedną z dwóch fabryk na świecie produkujących saletrę wapniową – poszukiwany i nowoczesny nawóz sztuczny. W II połowie lat 30., po połączeniu z podobnym zakładem w Chorzowie, zatrudniały 3,2 tys. osób i eksportowały do ponad 60 krajów. Nawozy azotowe stanowiły większość ich produkcji, ale dostarczały też materiały np. dla wojska. W czasie wojny, przemianowane na Stickstoffwerke Moscice, pracowały głównie dla niemieckiej armii, a po zajęciu ich przez Rosjan, większość aparatury zakładów rozkradziono. Po wojnie priorytetem stała się ich odbudowa, już jako Zakładów Azotowych im. Feliksa Dzierżyńskiego. Obok podobnej fabryki w Puławach należały do najważniejszych w swojej branży, wspierane finansowo przez władze. W 1991 r., przekształcone w spółkę Skarbu Państwa, zmodernizowały się i rozwijały dalej. W 2008 r., jako Azoty Tarnów, weszły na GPW. Głównymi ich akcjonariuszami zostały Ciech i PGNiG. W 2012 r. połączyły się z zakładem w Puławach i powstała Grupa Azoty, jedna z największych firm nawozowych w Europie. W ramach ekspansji zagranicznej przejęła m.in. zakłady w niemieckim Guben i kopalnię fosforytów w Senegalu. 

Stomil-Poznań 

Przedsiębiorstwo to powstało w 1928 r. z inicjatywy inż. Pawła Nestrypka, który przejął istniejącą fabrykę „Pneumatyk”. Produkowało opony samochodowe i rowerowe, a od 1934 r. – motocyklowe. Jego wyroby spopularyzowała podróż Kazimierza Nowaka, który na rowerze z oponami Stomilu przemierzył Afrykę, zachwalając w swojej książce ich wytrzymałość. Tuż przed wybuchem wojny z opon poznańskiej fabryki korzystało w kraju dwie trzecie kierowców i jedna trzecia rowerzystów. W czasie okupacji została przejęta przez hanowerską Continental Gummiwerke, masowo wykorzystującą robotników przymusowych. W PRL pozycja upaństwowionego Stomilu była równie mocna jak w przedwojennej Polsce, a dodatkowo, a latach 80., firma weszła na rynek opon lotniczych. W 1971 r., we współpracy z Politechniką Poznańską, wyprodukowała „płucoserce” używane podczas operacji na otwartym sercu. Po upadku PRL przekształcono ją w spółkę Skarbu Państwa, a dziś jest częścią Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Wytwarza wyroby gumowe dla wojska (np. dla „Rosomaków”), ale także na rynek komercyjny. Jest m.in. liderem w branży opon dla maszyn wydobywczych i przygotowuje się do wejścia na rynek azjatycki. W 2009 r. otrzymała tytuł „Gazeli Biznesu”. 

Bydgoska Fabryka Kabli 

To najstarszy tego typu zakład w Polsce. Założona w 1920 r. przez Towarzystwo Akcyjne „Kabel Polski”, była rodzimą odpowiedzią na dominację w kraju niemieckich zakładów elektrotechnicznych. Produkowała m.in. kable elektryczne, telefoniczne, telegraficzne, a w latach 30. również okrętowe. Była kluczowym dostawcą w rozpoczętym w 1936 r. projekcie elektryfikacji sieci PKP. Pod koniec lat 30. stała się trzecią największą firmą w swojej branży, z zyskami sięgającymi 12 mln ówczesnych złotych. Podczas okupacji przejęła ją Hermann Göring Werke i dostarczała kable m.in. dla niemieckiej poczty (polscy pracownicy intensywnie to sabotowali). Po 1945 r. firmę znacjonalizowano i przemianowano na Pomorskie Zakłady Wytwórcze Materiałów Elektrotechnicznych im. gen. Karola Świerczewskiego. Skrajnie niedoinwestowana, przeżyła renesans dopiero w latach 70., produkując np. przewody do Fiata 126p i eksportując m.in. do Singapuru, Libii, ZSRR czy Szwajcarii. Podczas kryzysu lat 80. znów nastąpiło załamanie. Jednak sprywatyzowana w 1993 r. (większościowym udziałowcem został Elektrim), stała się jednym z ważniejszych dostawców kabli w Polsce, wysyłając też 30 proc. produkcji za granicę. Gdy pod koniec lat 90. nastąpił kryzys gospodarczy, zmuszający firmy do konsolidacji, weszła w skład holdingu Elektrim, grupującego fabryki kabli z całej Polski. Po jego przejęciu przez myślenicką Tele-Fonikę, stała się z kolei jej częścią. Dziś jest jednym z ważniejszych zakładów tej firmy, która 70 proc. swojej produkcji sprzedaje w ponad 80 krajach świata. 

Bank Polska Kasa Opieki (obecnie Bank Pekao SA)

Założono go w 1929 r., jako państwowy bank komercyjny, z inicjatywy Ministerstwa Skarbu. Polska miała wówczas ujemny bilans w obrocie kapitałowym i handlowym, i utworzenie go wynikało ze starań, aby jak najwięcej pieniędzy od Polonii trafiało do rodzimej bankowości. Do  1939 r. otwarto jego filie we Francji, Palestynie, Argentynie i USA. Bank zajmował się również rozliczaniem transakcji międzynarodowych i kredytowaniem Polaków za granicą. W 1936 r., dzięki zabezpieczeniu przed ryzykiem wahań walutowych, uchronił swych polskich klientów we Francji przed utratą 60 mln franków oszczędności. Po 1945 r. i przejęciu go przez PRL, jego funkcje ograniczono do obsługi transferów pieniężnych od emigracji wspierającej rodziny w kraju. W 1968 r. umożliwiono osobom prywatnym otwieranie w nim kont dewizowych, co pozwoliło im na sprowadzanie produktów z zagranicy. W 1972 r., także w ramach tzw. eksportu wewnętrznego, z banku wydzielono sieć sklepów Pewex. Na fali transformacji, w 1990 r. zaczął świadczyć bankowość detaliczną, korporacyjną i inwestycyjną, a w 1992 r. wydał, jako pierwszy w Polsce, kartę kredytową. W 1996 zawiązano Grupę Pekao SA skupiającą Pekao, Bank Depozytowo-Kredytowy w Lublinie, Pomorski Bank Kredytowy w Szczecinie i Powszechny Bank Gospodarczy w Łodzi. Dwa lata później Grupa weszła na GPW, uruchomiła też, jako pierwszy bank w naszej części Europy, oddział elektroniczny. W 1999 r. połączyła się w Bank Pekao SA. W tym samym roku ponad połowę jego akcji objęło międzynarodowe konsorcjum UniCredito Italiano SpA i Allianz AG, a rok później zadebiutował na giełdzie w Londynie. W 2014 r. KNF uznała go za najlepiej skapitalizowany bank w kraju. W 2016 r. został zrepolonizowany: PZU i Polski Fundusz Rozwoju odkupiły jego akcje (32,8 proc.) od UniCredito. 

MyCompany Polska 11/2018
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty

Zamiast dziel i rządź - mnóż i zarządzaj!