Travel

Gen przedsiębiorczości

Fot. Archiwum autora

Każdy ma go w sobie. Jednych doprowadził do bogactwa, innych do bankructwa. U pozostałych dobrze się zakamuflował i w ukryciu wyczekuje okazji, by spróbować swoich sił. Jest też część osób, u których na tyle przytulnie się zadomowił, że ani myśli wychylać nosa z ciepłego legowiska. Co nie zmienia faktu, że jest i u nich, w najgłębszych czeluściach podświadomości. 

W moim przypadku gen przedsiębiorczości zespolił się ze swym sąsiadem, odpowiedzialnym za wydzielanie serotoniny podczas podróżowania. Występuje z nim w parze i na razie nie udało się ich rozdzielić. Ale dlaczego w ogóle próbować? Posłuchajcie... 

W indyjskim Waranasi zostałem zaciągnięty do zakładu wyspecjalizowanego w tkaniu paszminowych szali. Po krótkiej prezentacji, dotyczącej wyjątkowości wełny wyczesywanej z kóz kaszmirskich i jej przewagi nad wszystkimi innymi, próbowano mi owe szale sprzedać. Cena była okazyjna, gdyż bez pośredników. Zacząłem już się zastanawiać, czy nie kupić ich trochę w celu dalszej odsprzedaży... 

W irańskim Isfahanie sprzedawca dywanów od dobrej godziny opowiadał mi historię swojej rodziny zajmującej się od pokoleń handlem dywanami. Z ciekawości dopytywałem o różnice pomiędzy gatunkami, o sposób wyrobu, a także metody zakupu u nomadów, przez których były tkane. Po wykładzie teoretycznym miałem możliwość zakupu. Wyobraźnia podpowiadała, że gdyby spróbować kupić je bezpośrednio u nomadów, marża mogłaby być zadowalająca przy odsprzedaży w kraju. 

W okolicach lankijskiej miejscowości Nuwara Elija odwiedziłem plantację herbaty. Na jej terenie znajdował się zakład przetwórczy. Udało mi się wzbogacić moją wiedzę na temat sposobu uprawy, produkcji i parzenia herbaty, a także poznać szereg jej odmian i gatunków. Niesiony lekko kolonialnym klimatem zacząłem dopytywać o ceny transportu do Europy, gdyż po tym, jak dowiedziałem się, ile kosztuje cały jej wór, interes wydawał mi się w stu procentach rentowny. 

W okolicach mjanmańskiego jeziora Inle odwiedziłem winnicę. Po podziwianiu urokliwego krajobrazu porośniętego winoroślą i bananowcami przyszedł oczywiście czas na konsumpcję lokalnego trunku w kilku wariantach i odmianach. Pozytywne wrażenia smakowe spotęgowane przyjemnym klimatem Azji Południowo-Wschodniej pobudziły wyobraźnię do sprowadzenia tej unikatowej pozycji dla polskich koneserów (no bo kto by pomyślał o birmańskim winie). 

Na indonezyjskiej wyspie Bali moją uwagę przykuły drewniane ramki, w których sprzedawane były lokalne, ręcznie malowane grafiki przedstawiające miejscowe krajobrazy. Po kilku dniach pobytu trafiłem na nie przypadkiem w pobliskim supermarkecie. Cena zachęcała, a wyobraźnia podpowiadała, że można by je odsprzedać kilka razy drożej osobom ceniącym oryginalne i unikatowe dodatki do wnętrz. 

Wszystkie te historie, jak i wiele innych tutaj nieprzytoczonych, mają jedną cechę wspólną. Mianowicie zawsze i bez wyjątku podczas każdego z wyjazdów obiecuję sobie, że po powrocie do domu przyjrzę się dogłębnie tematowi i postaram się „taniej kupić, drożej sprzedać”, aby wyjść na swoje, a być może nawet postarać się o rozkręcenie długofalowego biznesu. Niestety, gen przedsiębiorczości nie wraca razem ze mną do ojczyzny, postanawiając przedłużyć sobie wypoczynek. Ja zaś, wracając do codziennych obowiązków, wyciszam marzenia o kolonialnym handlu, jedwabnym szlaku czy kompanii handlowej. Do kolejnego wyjazdu. 

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Boom na drony

Cztery sposoby na podatki

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty

Zamiast dziel i rządź - mnóż i zarządzaj!