Wypatrzone przez ŚWIDERKA

Europa ostrzy sobie zęby na brytyjskie startupy

© Andrzej Wieteszka

Czy Londyn i Wielka Brytania utrzymają po brexicie pierwsze miejsce na mapie europejskich startupów? Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie trwa już rok. Zaczęło się następnego dnia po referendum, w którym Brytyjczycy zdecydowali o opuszczeniu UE. 

O tym, że Zjednoczone Królestwo i jego stolica są bezapelacyjnymi liderami na europejskiej mapie stratupów, najlepiej świadczą liczby. W 2016 r. fundusze venture capital i private equity zainwestowały w firmy technologiczne działające na Wyspach 6,8 mld funtów – prawie trzy razy więcej niż wyniosły analogiczne inwestycje we Francji i niemal pięć razy tyle, ile wyniosły w Niemczech. Średnioterminowe porównanie także wypada na korzyść Wielkiej Brytanii. W latach 2012–2016 brytyjskie inwestycje venture capital i private equity sięgnęły 28 mld funtów. W tym samym czasie we Francji było to 11,4 mld funtów, w Niemczech 9,3 mld, a w Holandii 8,6 mld funtów. W pozostałych krajach zainwestowano jeszcze mniej. Krótko- i średnioterminowa przewaga Wielkiej Brytanii jest więc przytłaczająca. 

Liczby świadczą też na korzyść Londynu. W latach 2012–2016 w działające w tym mieście młode firmy technologiczne zainwestowano w sumie 13,8 mld funtów. To tyle, ile łącznie w tym czasie zainwestowano w startupy paryskie (3,6 mld funtów), berlińskie (3,3 mld), amsterdamskie (3 mld), dublińskie (2,9 mld) i madryckie (0,9 mld). Ubiegły rok także należał do Londynu. VC i PE ulokowały w tamtejszych startupach 2,2 mld funtów. O miliard więcej niż w te, które działają w Amsterdamie, i dwa razy więcej niż w te w Paryżu. Do berlińskich startupów trafiło 0,6 mld funtów. 

Powyższe liczby, które pochodzą z dorocznego raportu „Tech Nation 2017” przygotowanego przez Tech City UK, pokazują, że takie miasta, jak Paryż, Berlin, Amsterdam, Dublin, Mediolan, Sztokholm, Kopenhaga czy Madryt, czyli największe startupowe huby w kontynentalnej Europie, mają o co walczyć. W ich interesie jest przyciągnięcie do siebie startupów i inwestorów, którzy dziś operują na Wyspach, a po brexicie zastanawiają się, czy kontynuować tam swoją działalność, czy może poszukać sobie nowego domu. 

Na razie – jak wynika z badań ankietowych przeprowadzonych na zlecenie Silicon Valley Bank – tylko 21 proc. brytyjskich startupów planuje (w związku z brexitem) otwarcie biur w krajach Unii i jedynie 1 proc. deklaruje, że chce przenieść swą główną siedzibę poza Wielką Brytanię (kolejne 16 proc. twierdzi, że tego nie wyklucza). Te dane oczywiście mogą się zmienić, gdy np. w praktyce okaże się, że brexit znacząco utrudnił brytyjskim startupom zatrudnianie obcokrajowców, a zagranicznym inwestorom skomplikował zakładanie nowych firm w Zjednoczonym Królestwie. 

A tymczasem trwa konkurs piękności, w którym startupowe huby, zarówno w kontynentalnej Europie, jak i na Wyspach, pokazują swoje zalety, przy czym wszelkie prognozy, czy Wielka Brytania i Londyn stracą palmę pierwszeństwa, to dzielenie skóry na niedźwiedziu. Wiele będzie zależało od tego, jak potoczą się rozwodowe negocjacje, i od zasad przyszłej współpracy Wielkiej Brytanii z Unią Europejską. A negocjacje – choć od decyzji o brexicie minął już rok – dopiero się zaczęły. 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty