Finanse

Wplątanym w polisolokaty trochę ulżyło

© PAP

Koniec z horrendalnymi prowizjami pobieranymi za zerwanie  niesławnych polisolokat. Dzięki ugodzie UOKiK z ubezpieczycielami opłata  nie może być wyższa niż 25 proc. aktualnie zgromadzonych środków.  Ci zaś, których porozumienie nie dotyczy, bo już wcześniej wycofali się z inwestycji, mają duże szanse na wygraną w sądzie. 

To wszystko przez „Belkę” – mówi 33-letni Patryk z Leszna, zawodowy żołnierz, z wykształcenia ekonomista. Na myśli ma oczywiście podatek od zysków kapitałowych, którego potoczna nazwa pochodzi od nazwiska byłego premiera i ministra finansów. Po tym jak w 2012 r. rząd uszczelnił przepisy dotyczące pieniędzy trzymanych w bankach, odkładanie ich na lokacie lub koncie oszczędnościowym z ominięciem daniny dla państwa stało się niemożliwe. Patryk zaczął się więc rozglądać za innymi możliwościami i tak, po dłuższych poszukiwaniach, trafił na tzw. polisolokaty, które spłatę „podatku Belki” odwlekały w czasie. Są to instrumenty finansowe łączące ubezpieczenie na życie z lokatą bankową lub, znacznie częściej, z kapitałowym funduszem inwestycyjnym (fachowo taki produkt nazywa się polisą z UFK). 

Oferta marzeń

– Już na wstępie zaznaczyłem, że interesują mnie wyłącznie produkty dające 100-procentową gwarancję zachowania kapitału. Nie życzyłem sobie przy tym żadnych dodatkowych usług takich jak na przykład ubezpieczenie na życie – wspomina Patryk spotkanie z doradcą z banku. Ostatecznie wybór padł na produkt IPE Plus oferowany przez Towarzystwo Ubezpieczeniowe Europa. Był to tzw. program systematycznego oszczędzania. Klient zobowiązywał się do wniesienia składki inicjującej (nieco ponad 3 tys. zł), po czym co miesiąc miał dopłacać po 150 zł. I tak przez 120 miesięcy. Na koniec do Patryka (w najgorszym przypadku) miała wrócić całość zainwestowanych środków, a gdyby ceny na giełdach rosły, miałby jeszcze dodatkowy zysk. 

Zaoferowane warunki wyglądały niezwykle korzystnie. Doradca pokazał mu planszę, z której wynikało, że historyczna stopa zwrotu z inwestycji w program IPE Plus przekraczała 10 proc. rocznie. Patryk był tym wszystkim tak zauroczony, że nie zniechęciły go nawet opłaty za zarządzanie (0,52 proc. rocznie) i bardzo wysoka opłata za przedwczesne zakończenie programu, sięgająca w pierwszych latach aż 80 proc. zainwestowanej kwoty. – W ogóle nie dopuszczałem takiej możliwości, że z jakiegoś powodu zechcę wycofać się przed czasem. 

Początkowo nie śledził wyników swojej inwestycji. – W 10-letniej perspektywie czasowej codzienne obserwowanie wykresu byłoby bez sensu – tłumaczy. Wreszcie jednak zalogował się do internetowego panelu inwestora i sprawdził, co się dzieje. To, co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Z przedstawionego wykresu wynikało, że w ciągu kilku miesięcy stracił przeszło połowę swoich pieniędzy. Faktycznie, taka sytuacja mogła mieć miejsce. Z danych serwisu Analizy.pl wynika, że wartość jednostki funduszu IPE Plus między październikiem 2012 r. (wtedy zaczęła się inwestycja Patryka) a jesienią 2013 r. obniżyła się o ponad 60 proc. Gdyby wówczas nasz inwestor zerwał polisolokatę, do jego kieszeni wróciłoby zaledwie 10 proc. zdeponowanych środków. 

Gdy zaniepokojony Patryk zaczął wczytywać się bardziej wnikliwie w treść umowy z TU Europa, odkrył bardzo niekorzystny dla siebie zapis. Wynikało z niego, że opłata za zarządzanie w wysokości 0,52 proc. rocznie wcale nie jest pobierana od faktycznie zdeponowanej kwoty, ale od całości kapitału zaplanowanego jako inwestycyjny. – Nazywało się to ekspozycją. Już na samym początku saldo całej mojej inwestycji ustalono na 15 tys. zł. Ta kwota stanowiła sumę opłaty początkowej oraz moich kolejnych przelewów. Firma pobierała prowizję a conto tego, co spodziewała się otrzymać ode mnie w przyszłości. 

W efekcie rzeczywista wysokość tej prowizji była początkowo ponadczterokrotnie wyższa, niż podano w regulaminie. Wprawdzie im dłużej by oszczędzał, tym byłaby niższa, ale nigdy nie byłoby to realnie mniej niż 0,52 proc. 

– Okazało się, że w mojej umowie aż się roi od tego typu kruczków – oburza się Patryk. Płacił też m.in. obligatoryjne ubezpieczenie, którego przecież sobie nie życzył i wyraźnie to na początku zaznaczył. Na ten cel trafiało ponad 25 proc. wpłacanych pieniędzy i ta kwota w ogóle nie była inwestowana. Patryk ma co prawda gwarancję, że TU Europa zwróci mu tyle, ile wpłaci przez cały okres oszczędzania, lecz musi na to zaczekać do 2022 r. Po uwzględnieniu wszelkich opłat i inflacji jego pieniądze będą warte znacznie mniej niż na początku (patrz ramka). 

W stronę uczciwości

Na podobne problemy narażonych może być nawet 5 mln osób. Według danych Polskiej Izby Ubezpieczeń tyle bowiem zawarto umów o otwarcie polisolokaty z UFK. Łączna kwota zainwestowanych tu środków przekracza 56 mld zł. To ponad 60 razy więcej niż w przypadku piramidy finansowej Amber Gold. Część z tych, którzy wplątali się w polisolokaty, rozpoczęła już prawną batalię o odzyskanie swoich środków, podobnie zresztą jak nasz bohater. Niektórzy domagają się sprawiedliwości w pojedynkę, większość – z racji współdzielonych kosztów – walczy w ramach pozwów zbiorowych. Pomagają im w tym liczne stowarzyszenia i kancelarie. Wiele z nich, jak choćby warszawskie stowarzyszenie „Przywiązani do polisy”, oferuje swoje usługi za darmo. Są też jednak i tacy, który z rezygnacją przelewają na konta towarzystw finansowych comiesięczne składki, odliczając czas do zakończenia inwestycji. 

Na polisolokatach suchej nitki nie zostawił Rzecznik Finansowy. W raporcie poświęconym ubezpieczeniom na życie połączonym z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym stwierdza, że tego typu produkty nigdy nie powinny się znaleźć w jakiejkolwiek ofercie. Rzecznik zwraca uwagę na ich skomplikowaną budowę i mnogość klauzul zawartych w dotyczących ich umowach. Ten gąszcz przepisów dla przeciętnych klientów jest całkowicie niezrozumiały. Jeśli na taki produkt dał się złapać magister ekonomii, to co mówić o tych, którzy nie mieli szczególnej wiedzy na temat finansów. 

Zdecydowaną większość roszczeń zgłaszają osoby, które zdecydowały się na przedwczesne zerwanie polisolokaty i musiały z tego powodu zapłacić gigantyczne prowizje, sięgające nawet 90 proc. Sprawą zainteresował się w końcu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Oprócz nałożenia wielomilionowych kar (najwięcej, bo ponad 23 mln zł, zapłacił Aegon) UOKiK wezwał ubezpieczycieli do znacznego obniżenia prowizji od przedterminowego zakończenia inwestycji w polisolokatę. Pierwsza ugoda została zawarta w 2015 r. i objęła ok. 20 proc. umów. Druga weszła w życie z początkiem tego roku i objęła już zdecydowaną większość klientów. Teraz, w przypadku aktywnych, czyli wciąż obowiązujących umów, opłata likwidacyjna nie może być wyższa niż 25 proc. Sprawdzam, jaką karę zapłaciłby Patryk, który z TU Europa związany jest już od pięciu lat. Jak wynika z obecnego regulaminu, byłoby to 5 proc. od aktualnej wartości zainwestowanych środków. Przed zmianami zapłaciłby dziesięć razy więcej. 

Złą wiadomością jest to, że ugoda dotyczy wyłącznie umów, które nie zostały rozwiązane przed 1 grudnia 2016 r. Wyjątek stanowi grupa klientów, którzy w chwili rezygnacji mieli ponad 65 lat. Oni mogą liczyć na zwrot nadpłaconych prowizji. Młodsi muszą czekać na kolejną ugodę (o ile taka w ogóle będzie) lub dochodzić swoich praw na drodze sądowej. Na szczęście mają spore szanse na wygraną. Zgodnie z zapisami Kodeksu Cywilnego roszczenia w sprawie zawyżonych opłat likwidacyjnych od polisolokat przedawniają się dopiero po 10 latach. W przypadku sporu prawnicy w pierwszej kolejności sugerują próbę zawarcia ugody przedsądowej. Kiedy ta forma zawiedzie i sprawa trafia do sądu, ten często staje po stronie nabitych w butelkę klientów. Wówczas mogą oni liczyć nie tylko na korektę zawyżonej prowizji, ale nawet na uznanie umowy za nieważną i zwrot całej kwoty wraz z odsetkami. 

Unieważnienia umowy pragnie też Patryk. – To dla mnie najkorzystniejsza opcja – mówi. Żartuje, że bieżąca wartość jego inwestycji spadła tak bardzo, iż gdyby chciał się teraz z niej wycofać, strat nie zrekompensowałaby nawet wypłata pieniędzy z polisy w przypadku, gdyby poniósł śmierć. Tego mu jednak oczywiście nie życzymy. 

Cała ta historia ma morał: nie należy inwestować w produkty finansowe, które są skomplikowane lub najeżone klauzulami. Jeśli po najwyżej 20 min rozmowy ze sprzedawcą nie jesteśmy w stanie opowiedzieć zrozumiale np. swoim bliskim, o co w nich dokładnie chodzi i jakie się wiążą z nimi warunki, uciekajmy od nich jak najdalej. To jedna z czołowych rad, jakich uczciwi doradcy finansowi udzielają inwestorom. 


Skąd gwarancja zwrotu środków

Część posiadaczy polisolokat zapewne zastanawia się, w jaki sposób, w momencie zakończenia inwestycji, oferująca taki produkt firma jest w stanie zagwarantować zwrot 100 proc. kapitału. Zacznijmy od tego, że wpłacane środki dzielone są na dwie części: ubezpieczeniową i inwestycyjną (patrz wyżej). Przyjmijmy, że w ramach swojej polisolokaty zobowiązaliśmy się do jednorazowej wpłaty w wysokości 20 tys. zł (już bez późniejszych comiesięcznych dopłat). Z tej sumy 25 proc. pójdzie na część ubezpieczeniową, a tylko 75 proc. na inwestycyjną. Na wykup polisy na życie trzeba będzie więc przekazać 5 tys. zł, a inwestowanych będzie tylko 15 tys. zł. 

Zdecydowana większość pieniędzy trafiających do części inwestycyjnej (zarządzają nimi fundusze inwestycyjne) przeznaczana jest na zakup bezpiecznych instrumentów o przewidywalnej stopie zwrotu, jak np. 10-letnie obligacje Skarbu Państwa. To właśnie dzięki otrzymywanym od nich odsetkom towarzystwa ubezpieczeniowe są w stanie zapewnić zwrot wszystkich środków z części inwestycyjnej. Reszta (w naszym przykładzie jest to 5 proc.) lokowana jest w bardziej ryzykowne instrumenty, z których podstawowy to opcje. Przypominają one w swej konstrukcji polisę ubezpieczeniową i mają w sobie coś z zakładów bukmacherskich. Kupno opcji np. na indeks giełdowy jest znacznie tańsze niż nabywanie całego portfela akcji wchodzących w jego skład. W końcowym rozrachunku inwestycja powinna przynieść ten sam wynik. 

To właśnie od wyceny opcji zależy, czy inwestor otrzyma tylko zwrot pieniędzy znajdujących się w części inwestycyjnej, czy też coś jeszcze. Jeśli wartość indeksu giełdowego będzie w momencie zakończenia polisolokaty wyższa niż w momencie jej rozpoczęcia, wówczas osiągniemy zysk. Jeżeli natomiast ceny na giełdzie będą niższe, opcja stanie się bezwartościowa. 


Co może zrobić osoba, która zerwała lub zamierza zerwać polisolokatę:

- Polubowne rozwiązanie sporu z firmą oferującą polisolokaty.

- Zgłoszenie sprawy do Rzecznika Finansowego i/lub Rzecznika Praw Konsumenta.

- Przedsądowa mediacja z firmą ubezpieczeniową (prowadzona np. przy wsparciu prawnika lub Rzecznika Finansowego).

- Pozwanie firmy ubezpieczeniowej do sądu w ramach pozwu indywidualnego lub zbiorowego.

Na jakie przepisy powołują się poszkodowani:

- Niedozwolone postanowienia umowne, rozumiane jako zapisy sprzeczne z dobrymi obyczajami i rażąco naruszające interesy konsumentów (na podst. art. 385 §1 KC).

- Stosowanie w umowach o otwarcie i prowadzenie polisolokaty tzw. klauzul niedozwolonych (art. 47945 KPC). 

Czego można domagać się od ubezpieczyciela:

- Zwrot części lub całości opłaty za likwidację polisolokaty.

- Uznanie umowy o otwarcie  polisolokaty za nieważną i zwrot całej wpłaconej kwoty wraz z odsetkami.

- Pokrycie kosztów postępowania prawnego. 


Dlaczego inwestycja Patryka tyle straciła i dalej traci

Gdyby Patryk zdecydował się dziś na zerwanie swojej polisolokaty, do jego kieszeni wróciłoby niespełna 3 tys. zł z ponad 12 tys. zł, które zdeponował w trakcie dotychczasowych pięciu lat trwania swojej inwestycji. To i tak więcej niż przed ugodą UOKiK z ubezpieczycielami. Bez niej z powrotem dostałby niecałe 2 tys. zł. Tak znaczne straty biorą się stąd, że w sytuacji przedterminowego wycofania się z umowy rozliczenie następuje nie według wartości końcowej (która nie może być niższa niż to, co trafiło do części inwestycyjnej, a zwykle jest to równowartość wszystkich wpłaconych pieniędzy – także tych odciąganych na ubezpieczenie na życie), ale według bieżącej wartości funduszu. Ta zaś jest zmienna, z uwagi na wahania cen na rynkach giełdowych. Bieżąca strata Patryka sięga aż 70 proc. i dziś może on dostać tylko 30 proc. tego, ile tam wpłacił (minus opłata likwidacyjna i prowizje pobrane za zarządzanie). 

Całość wpłaconych pieniędzy zwrócono by mu tylko, gdyby sąd uznał umowę za nieważną. Jeśli natomiast poczeka jeszcze pięć lat, aż polisolokata dobiegnie końca, wtedy wypłacą mu 20 tys. zł minus ok. 5 proc. tej kwoty z tytułu łącznych opłat za zarządzanie. Faktycznie więc Patrykowi zostanie zwrócone 95 proc. kapitału. Musi się też liczyć z utratą wartości pieniędzy wskutek inflacji (która, co prawda, na razie była dla niego dosyć łaskawa, ale przecież nie zerowa). Dotrwanie do końca umowy daje mu również nadzieję na dodatkowy zysk w przypadku wzrostów na giełdach w momencie, gdy zamykałby swoją inwestycję. Aby jednak wyszedł na plus, wzrosty te musiałyby być naprawdę imponujące. Inaczej i tak czekają go straty. 


Porozumienie pomiędzy UOKiK  a towarzystwami ubezpieczeniowymi dotyczy:

- polisolokat z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym zawartych przed 2014 r., które pozostawały aktywne co najmniej do 1 grudnia 2016 r.; 

- polisolokat z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym podpisanych po 1 stycznia 2008 r. przez osoby, które ukończyły 61. rok życia, a następnie rozwiązały je, mając ukończone 65 lat.

MyCompany Polska 12/2018
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty

Zamiast dziel i rządź - mnóż i zarządzaj!