Felieton na koniec

O wewnętrznej spójności

materiały prasowe

Pracowałem kiedyś z człowiekiem uznawanym za bardzo sprawnego menedżera. Mówiono o nim „Król Słońce”, nawiązując do zabawnej klasyfikacji liderów Charlesa Fouriera. Toczyliśmy ciekawe dyskusje na ważne tematy, które wykraczały poza zawodową codzienność. Często się ze sobą zgadzaliśmy, ale kiedyś rozmawialiśmy o moralności i akurat tu się różniliśmy. 

On miał podejście elastyczne i makiawelistyczne – na pierwszym miejscu stawiał cel. Z kolei ja byłem, jak to określił, „taki wewnętrznie poukładany”. 

Przez lata nie wracałem do tej rozmowy.  Aż do chwili, kiedy czytając opracowanie na temat pewnej cechy menedżerów, której poświęcę kolejny felieton, natknąłem się na ciekawą historyjkę o zasadach rekrutacji stosowanych przez Warrena Buffetta. Otóż ten, bez wątpienia, człowiek wielkiego sukcesu u kandydatów na swoich pracowników szuka podobno trzech rzeczy. Pierwsza to spójność wewnętrzna, druga – inteligencja, a trzecia – wysoki poziom energii. Buffett twierdzi także, że jeśli komuś brakuje tej pierwszej cechy, dwie pozostałe go zabiją. 

Tę spójność, lub inaczej „wewnętrzne poukładanie”, rozumiem jako trwałą zdolność przestrzegania zasad moralnych, czyli to, co nazywamy cnotą. Rozważania o moralności, choć fascynujące, na razie odłóżmy  na bok i zwróćmy uwagę na samą trwałość postawy. Czyli niezależność wartości, którymi się kierujemy,  od zewnętrznych okoliczności, nawet jeśli te są mocno niesprzyjające. 

Mówi się, że ktoś nie może rano spojrzeć w lustro. Jednak problem z tym lustrem mają ludzie, którzy są na pograniczu. Generalnie stosują się do kanonu zasad moralnych, ale – jak większość z nas – mają swoje słabości i czasami te zasady łamią. Wtedy przeżywają rozterki i w różny sposób sobie z nimi radzą. Problemów nie mają ci, którzy są, powiedzmy, „elastyczni”. Z kolei osoby wewnętrznie spójne popadają w konflikty. Tym częściej, im więcej jest w ich otoczeniu ludzi „elastycznych”. Zatem ta piękna cecha, cnota, choć daje niesamowitą wewnętrzną siłę, prowadzi często do napięć.  Bo żyjąc etycznie, nie możemy ot tak akceptować tego, co etyczne nie jest. 

Uważam, że życie w moralności nie oznacza ograniczenia tego tylko do siebie, bez podejmowania prób naprawienia w otoczeniu elementów, które łamią nasz kanon. Próby te wymagają zaś czegoś więcej niż sama wewnętrzna spójność, a mianowicie mądrej odwagi. Mądrej, bo głupia sprawia, że ktoś bezrefleksyjnie szarżuje z mieczem sprawiedliwości w dłoni, co jest kiepskim sposobem naprawiania świata. Żeby zmienić siebie, wystarczy silna wola. Lecz aby zmienić tego drugiego, trzeba mądrości i przenikliwości. Każdy z nas jest inny. Każdy jest indywidualnością z własnym kodem dostępu. Wpisanie złego kodu to access denied lub potraktowanie nas jak spam albo nawet wirusa i próba wyeliminowania z systemu. My jednak wirusem nie jesteśmy, a wręcz przeciwnie. Zatem, będąc szczęśliwcem z przywilejem wewnętrznej spójności, który ma odwagę i siłę rozprzestrzeniać ową cechę w otoczeniu, w coraz szerszych kręgach, trzeba to robić właściwie, jakkolwiek banalnie to zabrzmi. 

Pamiętajmy, że człowiek ma prawo wyboru wartości, którymi się kieruje. Nikt nie dostał monopolu na kształtowanie ich kanonu. Co najwyżej jest to oligopol. Trudno bowiem znaleźć kanon wartości, który byłby w stu procentach powszechnie akceptowany. Nie ustawajmy jednak w wysiłkach. Nie zbudujemy świata idealnego i jednorodnego, za to na pewno lepszy. Przynajmniej swój mikroświat, na który mamy decydujący wpływ. Arystoteles pisał, że człowiek szczęśliwy doznaje w sobie doskonałej przyjemności poprzez działanie cnoty. A przecież najczęściej życzymy sobie właśnie szczęścia. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

25 najlepszych polskich startupów

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?