Dookoła świata

Olandia – klejnot Bałtyku

© Getty Images

Zjeżdżaliśmy właśnie z mostu Ölandsbron na olandzki brzeg, na drogę biegnącą wśród łąk i pastwisk. Za nami zostały lśniące w słońcu wody Cieśniny Kalmarskiej. – Sprawdź na mapie, gdzie są te kamienne kręgi – rzuciłem do żony. Ona tylko pokręciła głową i wskazała palcem. Kamienne kręgi były wszędzie. 

Olandia jest najbardziej słoneczną, najcieplejszą i najmniejszą prowincją Szwecji. Na tej wyspie, długiej na 137 km, a szerokiej na 16 km, mieszka zaledwie 25 tys. ludzi. Samochodem da się ją objechać w jeden dzień. Za to jej cuda – przyrodę, krajobrazy i zabytki – można podziwiać przez całe życie. Przeszło połowa powierzchni Olandii znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. 

Jadąc z południa kraju, ze Skanii, mieliśmy dużo czasu na ułożenie sobie planu zwiedzania. Okazał się jednak zupełnie niepotrzebny. Zatrzymaliśmy się na pierwszym napotkanym parkingu, po czym wspięliśmy się na niewielki wzgórek. W oddali, na zachodzie, migotało morze. Lekko pofalowany, obsypany kamieniami i poprzecinany kamiennymi murkami teren opadał w jego kierunku. Nad nami górował drewniany wiatrak, a dalsze dwa widać było od południa. Na wschodzie, po przeciwnej stronie szosy, pasły się krowy. Dreptały sobie spokojnie, skubiąc trawę wokół kręgu z szarych skalnych bloków. 

Poszliśmy tam, gdzie było widać skrzydła kolejnych wiatraków, myśląc o Don Kichocie i jego gestykulujących olbrzymach. Na Olandii zdecydowanie miałby co atakować. W czasie naszego półtoragodzinnego spaceru napotkaliśmy kilkanaście wiatraków, a na całej wyspie jest ich ok. 400. Większość to konstrukcje przypominające przerośnięte budki dla ptaków, czyli tzw. koźlaki – najstarszy typ wiatraka europejskiego. Jednak niektóre są solidniejsze, mają kamienne podmurówki i przeszklone okna. Te lepsze Olandczycy zamienili w domy, pensjonaty i knajpy. 

Obecny wygląd południowej części wyspy to wynik XVIII-wiecznej wiatrakomanii. Ze względu na łagodny morski klimat i żyzne ziemie tutejsza ludność była  „od zawsze” zamożna. A że przed 300 laty o bogactwie świadczyło posiadanie własnego wiatraka, zaczęto je  stawiać na potęgę. Ofiarą tej budowlanej gorączki stały  się dębowe lasy na południu, które do cna wykarczowano. 

Allemansrätten

Jest coś niesamowitego w kroczeniu tymi samymi drogami, którymi ludzie chadzali od tysięcy lat. W dotykaniu kamieni, które uważali za święte na długo przed chwałą Rzymu. Co tam Rzym, pierwsi Olandczycy kłaniali się słońcu i grzebali swych zmarłych w zachowanych do dziś kurhanach, zanim Egipcjanie wznieśli swoje piramidy. Archeologowie datują najstarsze ślady tutejszego osadnictwa i rytualnych pochówków na ósme tysiąclecie przed naszą erą. 

Tym dziedzictwem wyspiarze zdają się wcale nie przejmować. Na Olandii, podobnie jak w całej Szwecji, obowiązuje tzw. allemansrätten, czyli dosłownie „prawo każdego człowieka”. Jest to konstytucyjnie zagwarantowana swoboda wstępu na tereny publiczne i prywatne z zachowaniem kultury postępowania, którą Szwedzi sprowadzają do prostego „rób, co chcesz, tylko nie niszcz i nie przeszkadzaj”. Konsekwencją jest dosyć nonszalanckie podejście do zabytków, jakże dalekie od naszego pietyzmu. Na południu Olandii właściwie nie ma centrów turystycznych. Są tylko niewielkie parkingi i od czasu do czasu jakaś tabliczka z informacją. Miejscowi, mimo że tak jak ich pobratymcy ze stałego lądu uwielbiają poranne i wieczorne spacery, nie kręcą się tam zbyt często. Wśród pradawnych kurhanów częściej można spotkać krowę lub owcę. Ludzie wolą chłód i ciszę lasów w centralnej części wyspy albo piękne plaże na północy. 

Niefrasobliwość Olandczyków, jeśli chodzi o zabytki, czasami graniczy z brakiem szacunku czy wręcz wandalizmem. Gdy podczas którejś z naszych pieszych wycieczek podziwialiśmy dwa największe i najstarsze cmentarzyska na wyspie – jedno niedaleko miejscowości Degerhamn (na wschodnim wybrzeżu), a drugie nieopodal Segerstad (na zachodnim) – doświadczyliśmy tego w pełnej krasie. Kilka kilometrów od Degerhamn pewien gospodarz uwiązał cztery konie do wysokiego monolitu, który stanowił centralny punkt kamiennego kręgu. Inny, tym razem z okolic Segerstad, w stojącym na jego podwórku kamieniu runicznym (czyli pokrytym inskrypcjami z czasów wikingów) wybił dziurę, w którą wstawił kawał grubego kolorowego szkła. 

Nie będę jednak narzekał na allemansrätten. Dzięki niemu mogłem nie tylko wleźć do tzw. kamiennej łodzi pogrzebowej, ale też położyć się na jej środku, patrzeć na obłoki, słuchać szumu morskich fal i dumać o pochówkach wikingów. Musiały to być imponujące uroczystości, choć w niczym nie przypominały scen z hollywoodzkich filmów, gdzie poległych wojowników czy królów pakuje się na drewnianą łupinę, wypycha ją w morze, a potem podpala, wystrzeliwując z łuków płonące strzały. 

Jak było naprawdę? Wyobraźcie sobie niezbyt wysokie wzgórze oddalone od morza o kilkaset metrów. Wieje silny wiatr zacinający kroplami deszczu, a spienione bałwany z hukiem rozbijają się o przybrzeżne skały. Od strony  osady nadciąga procesja z pochodniami. Ludzie niosą  na marach wojownika w pełnym rynsztunku, a także różne przedmioty, które przydadzą mu się na tamtym świecie. Procesja wspina się na wzniesienie, po czym mężczyźni składają wojownika na stosie pośrodku wielkiego obrysu łodzi, wykonanego z szarych głazów. Słychać żałobne pieśni, w końcu stos zostaje podpalony. Płomień sięga wysoko, tak by dostrzegli go ci, którzy mimo niepogody wypłynęli w morze. 

Nawiedzony fort

Chyba najbardziej niesamowitym, a zarazem najbardziej po macoszemu traktowanym zabytkiem Olandii jest warowna osada Ismantorp pochodząca z ok. III–V w. n.e. Znajduje się w centralnej części wyspy, w środku potężnego dębowego lasu, który porasta tę krainę od Rälli do Himmelsbergi. Wybraliśmy się do Ismantorp któregoś dnia pod wieczór. Droga była wąska, kręta, ciągnęła się w nieskończoność. Musieliśmy jechać powoli, żeby nie przegapić zjazdu. W końcu dotarliśmy na niewielki, kompletnie pusty parking. Na tabliczce informacyjnej przeczytaliśmy, że jakiś kilometr dalej, w głębi lasu znajduje się polana, na której niegdyś zbudowano fort. Od razu zapaliły nam się lampki ostrzegawcze. Jeżdżąc po Szwecji, już kilka razy nacięliśmy się na „ruiny zamku”, które okazywały się kopcem z paroma kamieniami na wierzchu. Niemniej ruszyliśmy dalej błotnistą ścieżką. 

Na niebie wciąż jeszcze świeciło słońce, ale w lesie panował półmrok. Rosły tam stare, poskręcane, omszałe drzewa o gęstych koronach. Czuliśmy się trochę nieswojo i odetchnęliśmy z ulgą, gdy roślinność zaczęła się przerzedzać. Wyszliśmy na polanę i stanęliśmy jak wryci: przed nami majaczyła olbrzymia konstrukcja z nieociosanych bloków kamienia. Podeszliśmy bliżej i wspięliśmy się na mury. Miały jakieś 2–2,5 m wysokości. W przeszłości były wyższe albo stała na nich jeszcze drewniana palisada. W potężnym kamiennym pierścieniu zachowały się pozostałości dziewięciu bram, a w samym forcie widać było ślady fundamentów 88 budynków. Między nimi śmigały kozy, jedyni mieszkańcy tego miasta duchów. 

Zajrzeliśmy w każdy kąt i wszystko obfotografowaliśmy, a potem wyszliśmy na polanę po drugiej stronie. Rósł tam gigantyczny, ponury dąb. Mógłby być tak stary jak ruiny, które zostawiliśmy za sobą. Promienie zachodzącego słońca smużyły przez jego gałęzie, ale tylko przez chwilę, bo zaczęło się już ściemniać na dobre. Wróciliśmy na mury i ujrzeliśmy mgłę pełznącą od strony lasu. Siny pierścień zaciskał się wokół fortyfikacji. Zgodnie z allemansrätten mogliśmy spokojnie rozbić namiot w ruinach jednego z domów, lecz czuliśmy, że nie jesteśmy tu mile widziani. 

Szwedzka Prowansja

Południe Olandii przyciąga podróżników niezależnie od pory roku. Choć osobliwie pięknie wygląda wczesną wiosną, gdy starodawne kurhany porasta młode kwiecie, nie traci swego uroku także zimą czy latem. Z północną częścią wyspy sprawy mają się inaczej. Dopóki jest zimno, plaże świecą pustkami, jednak gdy tylko robi się ciepło, nadciągają chmary turystów. W dużej mierze Szwedów, którzy mają fioła na punkcie olandzkich kurortów i lubią myśleć o wyspie jak o szwedzkiej Prowansji. Swoją letnią siedzibę ma tam zresztą rodzina królewska. 

Bliskość morza, piękne widoki i zabytki to nie jedyne podobieństwo między obydwoma prowincjami. Kolejne to pyszne jedzenie. Olandczycy uprawiają ziemię i hodują zwierzęta od tysięcy lat. Żywność z supermarketu to dla nich zupełna abstrakcja. Bardzo wiele gospodarstw prowadzi natomiast maleńkie sklepiki, w których można kupić warzywa prosto z pola i tradycyjne wędliny. Latem królują w nich zwłaszcza wołowina, jagnięcina, nabiał, szparagi i truskawki. 

Jedną z ciekawszych rzeczy, jakie mieliśmy okazję spróbować, były chutney (czatni). Chodzi o gęste sosy z owoców lub warzyw robione m.in. na słono, wywodzące się z kuchni indyjskiej. Najwyraźniej uwielbiają je nie tylko Brytyjczycy, ale też Szwedzi. 

Na naszych talerzach nie zabrakło także ryb. Jak na wyspiarzy Olandczycy wydają się stosunkowo mało związani z morzem, a dużo bardziej z ziemią, niemniej ryby jak najbardziej łowią. Wiedzą też, jak je przyrządzić. Tyle że ich przywiązanie do tradycyjnej kuchni oznacza, iż lubią jeść bardzo, ale to bardzo tłusto. I nie mam tu na myśli śledzi w śmietanie. Zwykły filet z dorsza potrafi być wyzwaniem dla niezahartowanego żołądka. 


Warto zobaczyć

1. Eketorp, czyli rekonstrukcja kamiennej osady warownej z epoki żelaza, muzeum i skansen. Jeśli chcecie zobaczyć, jak mógł wyglądać Ismantorp w latach swej świetności, warto odwiedzić to miejsce. 

2. Pałac Solliden, letnia rezydencja szwedzkiej rodziny królewskiej. Jego ogrody są otwarte dla zwiedzających. I mają tam świetną kawiarnię. 

3. Mysinge Hög, największy kurhan na wyspie, położony ok. 4 km od miejscowości Mörbylånga. Pochodzi z epoki brązu. 

4. Cmentarzyska pomiędzy Mörbylångą a Dagerhamn.  Ciągną się całymi kilometrami wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy. Można tam zobaczyć zarówno kurhany z epoki brązu, jak i „kamienne łodzie” z epoki żelaza. 

5. Zamek Borgholm, największe zamkowe ruiny w północnej Europie. Wybudowany w II poł. XII w. i wielokrotnie przebudowywany. Porzucony po wielkim pożarze z 1806 r. 

6. Rezerwat Trollskogen (czyli Las Trolli). To bardzo nastrojowe miejsce. Jego nazwa nie jest przypadkowa, bo powykręcane drzewa i starożytne grobowce tworzą atmosferę rodem z „Władcy Pierścieni”. Rezerwat ten znajduje się na północnym krańcu Olandii i blisko stamtąd do popularnych plaż i kąpielisk. 

7. Långe Jan, latarnia morska stojąca na najdalej wysuniętym na południe skrawku wyspy. Jest to przy okazji najwyższa latarnia w Skandynawii (mierzy aż 41,6 m). Znajduje się na terenie  niezwykłego rezerwatu przyrody Stora Alvaret przypominającego rozległy step i zarazem tundrę. Można w nim obserwować wiele gatunków ptaków i podziwiać aż 30 odmian dziko rosnących orchidei. 


Słowianie na Olandii

O tym, że wikingowie handlowali, walczyli i osiedlali się na terenach Słowiańszczyzny (dzisiejszej Polski i Ukrainy czy niegdyś słowiańskich wschodnich Niemiec), wiadomo nie od dziś. Jednak to, że migracja ludności odbywała się także w odwrotnym kierunku, potwierdziły dopiero badania archeologiczne z pierwszych lat XXI w. W światku archeologów była  to niemała sensacja. 

Między VIII a XI w. takie słowiańskie plemiona jak Obodrzycy czy Pomorzanie dysponowały potężną flotą. Ślady osadnictwa Słowian odkryto we wschodniej Danii, Skanii (dziś najdalej na południe wysunięta prowincja Szwecji), a także na licznych wyspach Bałtyku. Podczas wykopalisk prowadzonych w olandzkim Eketorp, gdzie dziś stoi rekonstrukcja oryginalnego fortu sprzed ponad 1 tys. lat, znaleziono jedną z największych kolekcji słowiańskich przedmiotów w całej Skandynawii. Trafiły do niej m.in. tzw. kabłączki skroniowe, tradycyjna biżuteria Słowianek, oraz okute brązową blachą pochewki na noże, jakie nosili Słowianie. 

Oczywiście brano pod uwagę możliwość, że mieszkańcy Słowiańszczyzny trafiali do Skandynawii jako brańcy, a znalezione skarby pochodziły z łupów, dziś jednak naukowcy są zgodni, że w grę wchodziło osadnictwo, i to na dużą skalę. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty