Energetyka

Ostrożnie z tym biogazem

© PAP

W połowie zeszłego roku, wraz z nowelizacją Ustawy o odnawialnych źródłach energii, rząd dał jasny sygnał – stawiamy na biogazownie. Co to oznacza dla biznesu?

Kiedy uchwalano nowe przepisy o OZE, rząd nie krył zadowolenia. – Ta ustawa jest jedną z najnowocześniejszych w Europie – przekonywał minister energii Krzysztof Tchórzewski. Przeciwnego zdania były opozycja i liczne organizacje pozarządowe, które krytykowały te regulacje, zwłaszcza za zmiany dotyczące energetyki obywatelskiej (prosumenckiej), czyli indywidualnych dostawców energii. Chodzi o to, że zamiast dotychczasowych taryf gwarantowanych wprowadzono nieznane wcześniej w UE rozwiązanie, tzw. opusty, czyli rabaty, które będą przysługiwać prosumentom za nadwyżki niewykorzystanej energii, oddane do sieci. Właściciele mikroinstalacji o mocy do 10 kW za 1 kWh dostaną od dystrybutora 0,8 kWh, a pozostali (właściciele instalacji do 40 kW) dostaną 0,7 kWh. Rząd dał przy tym do zrozumienia, że zmiany te mają skłonić prosumentów do tego, by produkowali energię jedynie na własne potrzeby, a nie dla zysku. Ale taki sposób rozliczania może spowodować, że przydomowe zakłady staną się opcją tylko dla zamożnych hobbystów. Co ciekawe, jeszcze w lutym 2015 r. PiS poparło projekt, który miał umożliwić rzecz odwrotną: wzrost liczby mikroinstalacji do końca 2016 r. do 40 tys. w całej Polsce. 

Na zmiany narzekają także właściciele farm wiatrowych. W tym wypadku nie chodzi jednak tylko o przepisy ustawy o OZE, które są dla nich dyskryminujące, ale przede wszystkim o tzw. ustawę odległościową. Przyjęte w niej zasady stawiania wiatraków oznaczają, według analiz Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, że nie będzie można ich zbudować na 99 proc. powierzchni kraju. 

Biogazownia w każdej gminie?

Gdzie więc leży przyszłość OZE w Polsce po wejściu w życie nowelizacji? Na przykład w biogazowniach, czyli (mówiąc bardzo ogólnie) w zakładach wytwarzających ciepło i energię za pomocą fermentacji biomasy: roślinnej, odpadów organicznych, poubojowych, osadu ze ścieków czy odchodów zwierzęcych. Rząd podkreśla, i nie bez racji, że to jeden z najpewniejszych rodzajów OZE, bo w przeciwieństwie np. do farm wiatrowych zapewnia stały dopływ energii. 

Według nowej ustawy o OZE od 1 lipca 2016 r. obowiązuje system aukcyjny, którego podstawą jest państwowe wsparcie producentów zielonej energii w podziale na kilka koszyków (fotowoltaika, farmy wiatrowe, hydroelektrownie itd.). Inwestorzy z danego koszyka będą oferowali cenę, a rząd będzie decydować, ile energii z niego kupi. Zgłoszone przedsięwzięcia (istniejące i będące dopiero w fazie produkcji) otrzymają taką pomoc na 15 lat. Koszt tej operacji ma wynieść, według Ministerstwa Energii, niecałe 13,5 mld zł (dotyczy to odbiorców końcowych, bo kwota ta ma być różnicą między wartością zaoferowaną na aukcji a średnią ceną energii elektrycznej). 

A przy tym projekt aukcji zgłoszony przez ministerstwo zakłada, że aż dwie trzecie zielonej energii ma pochodzić właśnie z biomasy i biogazu. Również ceny referencyjne dla aukcji (czyli maksymalne stawki, jakie władze chcą zapłacić za energię), podane w rozporządzeniu ministerstwa, wyraźnie faworyzują biogazownie. Najwięcej mogliby bowiem zarobić właściciele instalacji korzystających z biogazu rolniczego: rząd gotów jest płacić za pozyskaną przez nich energię nawet 550 zł/MWh. – Warto nadmienić, że żadna technologia odnawialna takiego ustawowego „zabezpieczenia” minimalnego poziomu ceny referencyjnej nie otrzymała – podkreśla Jakub Kasnowski, radca prawny i ekspert z Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych firmy Deloitte. Gorzej mają właściciele biogazowni  korzystający z innych źródeł niż rolnicze, np. ci, których zakłady spalają odpady, mogą dostać maksymalnie jakieś 40 proc. mniej: 305 zł/MWh (w przypadku odpadów składowanych) czy 335 zł/MWh (w przypadku ścieków). 

Ręczne sterowanie

Już zatem rzut oka na ceny referencyjne wystarczy, by przekonać się, że rząd na biogazownie, owszem, stawia, ale głównie na te korzystające z biogazu rolniczego. Na razie udział takich zakładów w produkcji zielonej energii w Polsce nie powala. W zeszłym roku łączna moc biogazowni rolniczych przekroczyła 100 MW (rząd planuje, że w tym roku ta wartość się podwoi). Tymczasem, według danych Urzędu Regulacji Energetyki, łączna moc wszystkich instalacji OZE wyniosła w 2016 r. 8 tys. MW. Ogólnie w Polsce jest ok. 90 biogazowni (z tego ponad połowa powstała w ciągu ostatnich 11 lat). 

Cel rządu, jeśli chodzi o tego rodzaju źródła prądu, wyłożył w lipcu zeszłego roku na antenie Polskiego Radia wiceminister rolnictwa Zbigniew Babalski. Otóż w każdej z 1,6 tys. gmin wiejskich w kraju ma działać biogazownia. Można więc śmiało powiedzieć, że jeśli ten plan się powiedzie, będzie to projekt cywilizacyjny. Tylko kto na nim zarobi i czy, w związku z tym, jest on w ogóle realny?

Efekty dla lokalnej gospodarki o wiele łatwiej ocenić, gdy mamy do czynienia z budową wielkich zakładów przemysłowych i ewentualnymi procesami korzystnymi dla przedsiębiorców, które taka inwestycja uruchamia. Przede wszystkim wzrasta wtedy zapotrzebowanie na usługi, jak handel czy gastronomia. W okolicy trzeba też zwykle zbudować dodatkową infrastrukturę, co jest szansą dla firm z branży budowlanej czy technicznej. Na swoje wychodzą również transportowcy. 

Biogazownie to jednak zupełnie inna bajka. Budowa jednej instalacji kosztuje ok. 14–15 mln zł. To sprawia, że w świetle nowego prawa inwestycja w taki zakład nie jest raczej rozwiązaniem dla małych przedsiębiorców. – Obecnie rentowność biogazowni rolniczej bywa kalkulowana na 550–600 zł za MWh. Oczywiście zależy to od nakładów inwestycyjnych, stosowanych technologii, dostępnej infrastruktury – mówi Kasnowski. 

Z kolei biogazownie oparte na odpadach mają sens przede wszystkim w przypadku przedsiębiorstw, które i tak je wytwarzają w ramach prowadzonej działalności (np. lokalne browary). 

Komu to się opłaca

Haczyk tkwi w tym, że aby mieć gwarancję osiągnięcia dochodu, najlepiej w ogóle mieć własny dostęp do substratu, czyli wsadu do biogazowni. – Na pewno więc budowa zakładu opłaca się właścicielom dużych gospodarstw rolnych, ferm zwierząt i zakładów rolno-spożywczych, które są w stanie zapewnić większość substratu – mówi Paweł Kosiński z doradzającej „zielonym” inwestorom firmy Bio Alians. Dodaje przy tym, że jego firma po wejściu w życie ustawy dostaje coraz więcej zapytań od tych, którzy mają doświadczenie w inwestowaniu w biogazownie za granicą. Oznacza to, że plany polskiego rządu uważają oni za sensowne z punktu widzenia ekonomicznego. Pytanie tylko, czy chcemy, aby na rewolucji w OZE zarabiali głównie przedsiębiorcy z zagranicy. 

A jeśli ktoś nie jest właścicielem solidnego biznesu rolnego? W końcu nie w każdej wiejskiej gminie znajduje się duża ferma czy gorzelnia. – Byłoby dobrze, gdyby w Polsce była wola współpracy na poziomie lokalnym, choćby wola tworzenia spółdzielni. Bo budowa biogazowni przy gospodarstwie rodzinnym jest zupełnie nieopłacalna. Ilość pracy przy niej jest po prostu zbyt duża – komentuje prof. Zbigniew Karaczun, ekspert od energetyki odnawialnej ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, który nie ukrywa swojego sceptycyzmu co do planów rządu. 

Profesor zwraca również uwagę na inny problem, jaki może się pojawić w przypadku chętnych do postawienia biogazowi: do uzyskania 1 MW energii potrzeba 300 ha uprawy kukurydzy (kiszonka z kukurydzy to najbardziej efektywne paliwo do biogazowi). Oczywiście są i inne źródła substratu. Ustawa przewiduje  nawet nową definicję „drewna energetycznego”. Teraz może nim być nawet drewno z mebli, co uzasadniano koniecznością poradzenia sobie z sytuacjami nagłego napływu surowca, z którym nie wiadomo co zrobić  (np. po klęskach żywiołowych). Problem w tym, że  użycie drewna z mebli wypacza jeden z powodów pozyskiwania zielonej energii. Jest ono przeważnie lakierowane bądź malowane i przy jego spalaniu uwalniają  się niezwykle szkodliwe dla zdrowia węglowodory i dioksyny. 

Tak czy siak, biomasa już teraz nie jest tania, a przy wzroście liczby biogazowni może jeszcze podrożeć (tym bardziej że projekt rządowy zakłada używanie tzw. biomasy lokalnej, czyli powstałej w odległości nie większej niż 300 km od danego zakładu). 

Zdaniem Kosińskiego w realizacji rządowych planów mogliby pomóc obecni właściciele farm wiatrowych. – Jeśli jednak zdecydowaliby się na to, to na inną skalę. Budowaliby po kilkanaście biogazowni, na podobieństwo farm wiatrowych – zauważa. Ale Janusz Gajowiecki, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej, które skupia polskich producentów prądu z wiatru, zdecydowanie wyklucza taką możliwość. – To zupełnie inna para kaloszy. Projekt wiatrowy przygotowuje się kilka lat. Nie można go przestawić z dnia na dzień – podkreśla. 

Biogazownie na pewno nie rozruszają także naszej innowacyjności. W ich przypadku w grę wchodzą proste instalacje, gdzie gaz pozyskuje się w drodze fermentacji. Nie potrzebują więc nowatorskich rozwiązań, a ich masowe wyrastanie w polskich gminach nie spowoduje powstania startupów związanych z energetyką (tutaj znacznie większe pole do popisu dają farmy wiatrowe). 

Jeśli jednak udałoby się pokryć Polskę siecią biogazowni, to kto by na tym z całą pewnością skorzystał? Obszary wiejskie. Rzecz w tym, że na wsi częściej odcina się prąd niż w dużych miastach. – Całościowo, biogazownie, jako stabilne źródła wytwórcze, powinny mieć pozytywny wpływ na funkcjonowanie systemu elektroenergetycznego. Niewątpliwie w przypadku znacznego wzrostu zainstalowanych mocy stałyby się istotnym elementem tego systemu i mogłyby mieć pozytywny wpływ na jakość usług w zakresie zaopatrywania w energię elektryczną odbiorców z obszarów wiejskich – uważa Kasnowski. Zaznacza przy tym, że duzi producenci i dystrybutorzy energii raczej będą współpracować z lokalnymi jej dostawcami, niż z nimi konkurować. – Należy bowiem pamiętać, że źródła lokalne pozytywnie wpływają na bilans systemu i nie kolidują z działalnością przedsiębiorstw energetycznych zajmujących się dystrybucją energii elektrycznej – dodaje Kasnowski. 

Podsumowując: inwestycja w biogazownie opłaca się przede wszystkim właścicielom dużych gospodarstw rolnych. Tylko że jest jeszcze parę rzeczy, które ciągną się za nowelizacją ustawy. Jej grzechem pierworodnym jest pośpiech, w jakim ją uchwalono. Choć powstawała jako projekt resortowy, została zgłoszona jako poselski, dzięki czemu uniknięto konsultacji społecznych. Przez to nie mieli szansy wypowiedzieć się najbardziej zainteresowani, czyli producenci OZE. 

Do dokumentu, którego horyzont czasowy to przecież następne 15 lat, nie dołączono także oceny skutków regulacji, czyli analizy jej kosztów i korzyści. Ponadto, być może już w momencie publikacji artykułu na łamach magazynu, ustawa ta zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, co stawia jej przyszłość pod znakiem zapytania. 

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty