Wywiad

Dziewczyny, bądźcie cyfrowe!

© Dariusz Lewandowski

O tym, jak od najmłodszych lat uczyć informatyki, dlaczego staje się to palącą potrzebą, a także dlaczego warto wciągać kobiety w świat nowoczesnych technologii, z Karoliną Marzantowicz, dyrektor techniczną na Europę Środkową i Wschodnią w sektorze bankowym IBM, rozmawiają Dorota Goliszewska i Alicja Hendler. 

O co chodzi z tymi kompetencjami cyfrowymi  w społeczeństwie? Dlaczego trzeba bić na alarm?

W najbliższej dekadzie kompetencje cyfrowe ogromnej większości pracowników muszą stać się znacznie szersze niż tylko umiejętność wysłania e-maila z załącznikiem. Wystarczy spojrzeć na to, co dziś dzieje się w motoryzacji. Liczba systemów informatycznych, rozwiązań, aplikacji jest w samochodach tak duża,  że problemem staje się samodzielna wymiana żarówki i trzeba to robić w warsztacie. Niedługo wszystko,  co dotyczy danego auta, będzie się wyświetlać na panelu sterowania. Dlatego lepszym mechanikiem samochodowym stanie się ten, kto potrafi posługiwać się aplikacjami blisko sprzężonymi z maszynami. O taki poziom kompetencji tu chodzi. I wciąż przybywa zawodów, które są coraz silniej wspierane informatyką. Weźmy prawników: technologie wymuszą na nich zakodowane w językach programowania kontrakty, umiejętność  czytania kodów. Dla młodych w tej profesji, którzy od tego nie uciekają, jest to szansa. 

Deficyt kadr informatycznych to nie jest nasz lokalny problem. 

W Wielkiej Brytanii rząd już bije na alarm, że trzeba skoordynować edukację pod kątem informatyzacji społeczeństwa na każdym szczeblu kształcenia. Tam już teraz odczuwają brak odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, a przy tym widzą, że studentów informatyki, elektroniki, automatyki jest dużo mniej niż tych na kierunkach „miękkich”, których absolwenci będą coraz bardziej zagrożeni automatyzacją ich zawodów i bezrobociem. 

Tymczasem z badań wynika, że u około 30 proc. wszystkich pracowników w Unii Europejskiej nawet podstawowe kompetencje cyfrowe, jak wysłanie e-maila, są na poziomie zerowym... 

Brytyjczycy mówią o skoordynowaniu edukacji informatycznej na każdym poziomie nauczania.  Czyli należałoby zacząć od podstawówki?

Tak byłoby najlepiej. Najmłodsze dzieci powinny  robić na zajęciach to, co je naprawdę kręci. Mogą np. same wymyślać gry i je programować. 

Sześć lat temu prowadziliśmy roczny projekt dla dziewcząt z podwarszawskich domów dziecka, uczennic gimnazjum. Przywoziliśmy je raz na dwa tygodnie do nas na 4-godzinne warsztaty. Ich poziom wykształcenia był poniżej przeciętnej, do tego dochodził cały bagaż innych problemów, który mógłby przygnieść niejednego dorosłego. Nasz cel był taki, by nauczyć je czegoś ciekawego, a zarazem dać im życiową szansę. Oczywiście dziewczyny nie robiły bardzo skomplikowanych rzeczy. Ale poznały coś więcej niż obsługa Facebooka. Prowadziły bloga, zobaczyły, że można fajnie poprzerabiać zdjęcia, przygotować krótkie animacje, filmiki. Uczyły się jednocześnie darmowych narzędzi, żeby w przyszłej pracy nie mieć kłopotów z odpaleniem Skype’a czy zrobieniem wideokonferencji. A przy tym to był świetny czas, prawdziwa nauka przez zabawę. Warsztaty pokazały, że wystarczy tylko zmienić podejście do nauki informatyki. 

Jak przeprowadzić taką operację na szerszą skalę?

Dobrze byłoby wykorzystać reformę edukacji jako szansę i już od podstawówki wprowadzić nowoczesne technologie i narzędzia. Internet oferuje dziesiątki programów za darmo. Drugi rok z rzędu prowadzimy zajęcia w jednej z warszawskich podstawówek (a w tym roku szkolnym zaczęliśmy je także w jednej z wrocławskich szkół), przygotowując dzieci do konkursu krajowego. Całe szczęście, że wśród języków dopuszczonych w tym konkursie jest Python. Wśród tych rekomendowanych, podstawowych, są takie, które nikomu się potem nie przydadzą. A jeśli teraz dzieci nauczą się Pythona, to w przyszłości będą mogły używać go w pracy, np. do analiz w obszarze Big Data. Jest to też język z potencjałem, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję. 

Te zajęcia zaowocowały także opracowaniem materiału, który można było puścić w świat jako gotowe lekcje od października do maja, standard z ćwiczeniami, przyswajalny praktycznie przez każdego ucznia. 

Trzeba też otwarcie powiedzieć, że w dużej części podstawówek nauczyciele również mają przed sobą do wykonania sporo pracy. Podobnie jak w szkole średniej. Na zajęciach z informatyki nierzadko realizuje się minimum programowe, nie ma nawiązania do innych przedmiotów czy wyzwań i potrzeb poza szkołą, a uczniowie nie potrafią rozwiązać nawet prostych zadań wykraczających poza program. Czy to przygotowuje ludzi do tego, z czym będą się mierzyć za 15 lat? Nie. 

Coś pani o tym wie, bo prowadziliście też, jako wolontariusze z IBM, projekty „cyfryzujące” w liceach. 

I tam właśnie przekonaliśmy się, że dla uczestniczek programu druga, trzecia klasa to za późno, bo wcześniej wybrały już tzw. rozszerzenia. Zaczęliśmy więc „schodzić niżej”, zachęcając dziewczyny, by w liceum wybierały klasy o profilach ścisłych, pokazując im przykłady kobiet, które dzięki temu miały w dorosłym życiu udaną i ciekawą karierę. Jeśli one już na początku liceum nie wybiorą podobnej ścieżki, to potem w sensie mentalnym będzie im trudno to zmienić. Wpadną w pułapkę stereotypu, że skoro skończyły klasę humanistyczną, to już nie mają wyboru. Nawet nie będą próbowały informatyki, gdyż będzie im się wydawała nudna i mało kobieca, a one nie tego oczekują od życia. Więc trzeba im pokazać podobne do nich dziewczyny, które specjalizują się w kryptografii, budują aplikacje, wygrywają informatyczne konkursy. Podkreślać, że należą one do grona najlepszych. Bo kiedy kobiety już zdecydują się na informatykę, to najczęściej prezentują wysoki poziom umiejętności i ciągną resztę w górę. Wiedza o tym wszystkim motywuje młode dziewczyny. 

Przy okazji swoich warsztatów edukujecie sobie kadrę. 

Tak, chcemy pozyskiwać najlepszych, dlatego zaczynamy najwcześniej jak się da. Chodzi o naszych przyszłych pracowników i o to, by za jakiś czas gospodarka nie odczuła boleśnie braku osób z cyfrowymi kompetencjami. Współpracujemy z kilkoma organizacjami, np. z Uniwersytetem Dzieci. One też tworzą materiały dla nauczycieli, a my się dzielimy z nimi swoimi,  bo w pracy metodycznej ze szkołami mają znacznie lepsze kompetencje. 

Marzy nam się także, by jak najwięcej dzieci wyrosło na twórczych, stale rozwijających się ludzi. Dlatego, poza uczeniem technologii, staramy się kłaść nacisk na kreatywne myślenie. Prowadziliśmy na przykład w 2015 r., razem z Uniwersytetem Dzieci, warsztaty dla młodych wynalazców. Wystarczyło ich tylko zainspirować. 10–11-latki wymyślały naprawdę fantastyczne rzeczy... Oczywiście, niektóre mocno poszły w stronę science fiction, co zresztą wcale nie jest takie złe, ale było też dużo pomysłów tak skoncentrowanych na tym, co jest potrzebne, że można by startupy zakładać! Jedna z dziewczynek stwierdziła: „Tata biega i ma aplikację, która mu mówi, jak powinien to robić, a ja chodzę na balet i takiej aplikacji nie mam”. Dzieci mówiły też, że chciałyby, aby szkoła wyglądała inaczej. Żeby było w niej dużo eksperymentów i badań. 

A dorośli chcieliby także, żeby szkoła potrafiła wyławiać i szlifować talenty... 

Zdecydowanie. Trzeba je wyławiać jak najwcześniej i stworzyć system edukacyjny, który będzie maksymalnie elastyczny. Najczęściej, jeśli ktoś jest np. znakomity z matematyki, to nie jest dobry z innych przedmiotów. Chodzi o to, żeby szkoła nie zabiła w nim tego zapału, żeby rósł jak mistrz świata w tej jedynej, sobie właściwej dyscyplinie. Niech ma dwójki i trójki z innych przedmiotów, bo nie będą mu przeszkadzały w życiu. 

A wracając do wyławiania. Poznałam pewną uczennicę pierwszej klasy liceum. Wymyśliła rozwiązanie dotyczące energii odnawialnej. Nauczyciele w szkole nie byli w stanie jej pomóc, ale ponieważ utrzymujemy z wieloma kontakty, trafiła do nas przez networking. Jej pomysł zweryfikował jeden ze współpracujących z nami naukowców: na ile to jest do zrobienia, czego brakuje itd. Jesienią pomogliśmy jej aplikować do globalnego projektu wspierającego młode dziewczyny, w kolejnym programie czeka na decyzję. 

Czy to była jedna z tych sytuacji, że jeśli masz dobry pomysł na aplikację, ale sam nie potrafisz jej stworzyć, to zgłoś się w odpowiednie miejsce, gdzie ci pomogą? 

Tak. I mam nadzieję, że takich miejsc będzie przybywać. Te inicjatywy, które dzieją się wokół ministerstwa cyfryzacji, ten nacisk na młode firmy, na startupy – to zwiększa szanse, że młodzi z liceów i na początku studiów zobaczą, że w Polsce też można. Że nie trzeba jechać do Doliny Krzemowej. To pożyteczny trend, a ponieważ jest w jakiś sposób wspierany i sterowany przez rząd, innowatorzy rosną jak grzyby po deszczu. Robi się coraz więcej lokalnych projektów, powstają przy uczelniach, w regionach. Nie wiem, na ile wpłynie to na poziom kwalifikacji młodych ludzi, ale ci, którzy będą chcieli czegoś spróbować, będą mieli ku temu warunki. 

Wiele razy w czasie naszej rozmowy wspominała pani o współpracy z dziewczętami. Dlaczego właśnie z nimi? 

Bo kobiety z cyfrowymi kompetencjami będą tak samo potrzebne jak mężczyźni, a w dodatku te kompetencje pomogą im w przyszłości w lepszym życiu. Jednocześnie mają tu bardziej pod górkę, z różnych względów, mentalnych i społecznych. I kolejna, ważna rzecz: statystycznie rzecz biorąc, kobiety w pewnych dziedzinach, jak choćby tworzenie sztucznej inteligencji, mogą się lepiej sprawdzić. 

Z tych wszystkich powodów w tym roku akademickim realizujemy np. na Politechnice Warszawskiej specjalny program dla kobiet z warsztatami na temat sztucznej inteligencji, nowoczesnych technologii i języków programowania, innowacyjności plus rzeczy miękkie: jak zarządzać sobą, jak szukać pracodawcy, jak się sprzedawać na rynku pracy. Główną grupą docelową tych zajęć są dziewczyny na nietechnicznych kierunkach. Chodzi o to, żeby poznały inną perspektywę i przekonały się, że technologia informatyczna nie jest nudna, a ich miękkie, humanistyczne umiejętności będą w tej dziedzinie coraz bardziej potrzebne. Cały obszar sztucznej inteligencji bazuje przecież na biologii mózgu, psychologii, lingwistyce – istnej domenie kobiet. Jeżeli ktoś jest dobry w tłumaczeniu języka naturalnego i generalnie w całej semantyce lingwistycznej, to potrzebujemy właśnie takich ludzi. 

Poziom tego programu nie jest zaawansowany, ale każda z jego uczestniczek może chwycić szansę i powiedzieć: moja. Potem może rozwijać umiejętności samodzielnie. Staramy się też pokazywać dziewczynom mnóstwo internetowych szkoleń dostępnych za darmo. Na zasadzie: nie musisz iść na specjalne studia. Jak zechcesz, usiądziesz w domu i sama to ogarniesz. 


Karolina Marzantowicz

Entuzjastka technologii i innowacji  (blockchain, sztuczna inteligencja, internet rzeczy), z ponad 20-letnim doświadczeniem zawodowym w sektorze bankowym i IT.

Doradca firm, głównie z sektora finansowego w regionie CEE. 

Autorka licznych publikacji w prasie; współautorka dwóch książek; mówca. 

Członek IBM Academy of Technology oraz Rady Naukowej CAS przy Politechnice Gdańskiej. 

Absolwentka m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, London Business School oraz Boston University. 

Gościnny wykładowca Politechniki Warszawskiej, SGH, Uczelni Łazarskiego. 

Wolontariusz Społeczności Chrześcijańskiej Południe i Uniwersytetu Dzieci. 

Kocha góry o każdej porze roku. Najlepiej odpoczywa, biegając (także maratony). 

Prywatnie mama trójki wyjątkowych dzieci. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty