Finanse

A gdyby tak zainwestować w zdjęcie...

© Fotografia Kolekcjonerska

Kiedy wysokiej jakości obligacje dają marny dochód, a wiele innych rynków przypomina rozbujaną huśtawkę, wielu szuka alternatywnych możliwości inwestowania, np. w sztukę. Tu na horyzoncie pojawia się zupełnie nowy typ aktywów: fotografia. Jej rynek, choć wciąż niszowy, jest obiecujący. 

Szeroko rozumiany Zachód chętnie dziś inwestuje w fotografię, bo ceny niemal ciągle idą tu w górę. Indeks tego rynku, przygotowywany przez „The Financial Times”, od 2000 do 2010 r. potroił swoją wartość. W 2014 r. sięgnęła ona 180 mln dol. i od tej pory zwiększa się o ok. 20 proc. rocznie. Ponadto od 2011 r. wskaźnik The ArtTactic Photography Market Confidence, mierzący nastroje stosownych inwestorów i kolekcjonerów, też nieustannie pnie się wzwyż. Na dodatek fotografia jest dziedziną sztuki dość słabo spenetrowaną, a to oznacza, że ekspert posiadający odpowiednią wiedzę jest w stanie pomóc w zakupie dzieł z inwestycyjnym potencjałem po względnie niskich cenach. Na świecie często wystarczy 10 tys. euro, aby nabyć pracę znanego artysty, wystawianego chętnie w muzeach, cenionego przez krytyków i historyków sztuki. W przypadku malarza, który spełniałby podobne kryteria, tak niska cena w ogóle nie wchodzi w grę. W tym pierwszym wypadku jest też dużo bardziej możliwe, że wartość dzieła mocno pójdzie w górę. 

Niektórzy kolekcjonerzy wskazują na jeszcze jedną zaletę zdjęć: fakt, że dana praca istnieje w większej liczbie kopii, czyli odbitek. Dzięki temu początkujący inwestor bez kontaktów ma do niej łatwiejszy dostęp niż do występującego w jednym egzemplarzu wartościowego obrazu albo rzeźby, które nieraz są przez właścicieli galerii rezerwowane dla „przyjaciół i znajomych królika” czy też dla wielkich kolekcjonerów. 

Warto zwrócić uwagę na spektakularne skoki wartości dzieł najbardziej znanych fotografów. Na przykład zdjęcia autorstwa Richarda Avedona od 1998 do 2004 r. (gdy artysta zmarł) zdrożały prawie 3-krotnie, a w 2009 r. ich cena była już wyższa siedem razy. Z kolei zdjęcia Irvinga Penna od 1998 r. do 2009 r. zwiększyły swoją wartość prawie 4-krotnie. Jedna z prac Roberta Mapplethorpe’a w 1988 r. zmieniła właściciela za 8,5 tys. euro. W 2014 r. na aukcji jej cena sięgnęła 145 tys. euro. Dzieło Pietera Hugo w 2010 r. sprzedano za 3 tys. euro. Po pięciu latach było już warte 25 tys. euro. Podobnie dzieje się także z pracami młodszych fotografów. 

Pewności specjalistów dotyczącej pozytywnego trendu na rynku fotografii nie zakłóca nawet fakt, że 2015 r. był najsłabszy, pod względem zysków z handlu fotografią artystyczną, od 2012 r. Domy aukcyjne w trzech najważniejszych w tej dziedzinie miastach (Nowy Jork, Londyn i Paryż) sprzedały wtedy zdjęcia za łącznie ponad 36,1 mln dol. 

W tym momencie ktoś mógłby stwierdzić: fotografia to domena kolekcjonerów, aktywo niszowe, przez co wzrost wartości zdjęć bazuje na niewielkiej skali, płynność stoi tu pod znakiem zapytania i np. z punktu widzenia funduszy inwestycyjnych jest to produkt zbyt ryzykowny... Jeszcze do niedawna wszyscy myśleli podobnie. 

Ale w 2010 r. w Szwajcarii założono The Fine Art Invest Fund – otwarty fundusz inwestycyjny specjalizujący się fotografii artystycznej wykonanej po 1970 r. Jego menedżerowie nie działają samodzielnie. Wspiera ich zespół ekspertów z KMS Fine Art Group. Razem wyszukują dzieła, które trafiają do portfela funduszu. Od momentu powstania do III kwartału 2016 r. jego wartość rosła o ok. 32 proc. rocznie. W dzisiejszych czasach to całkiem ładny wynik. 

O sukcesie projektu świadczy m.in. to, że jego twórcy chcą stworzyć kolejne przedsięwzięcie. Tym razem będzie ono nastawione na fotografię bez względu na datę powstania dzieła. 

Kiedy Polska?

– Rynek fotografii w naszym kraju jest jeszcze dość młody. Pierwsza profesjonalna aukcja odbyła się dopiero w 2003 r., co oznacza, że w stosunku do tzw. Zachodu jesteśmy na wczesnym etapie rozwoju. Tam kolekcjonerskie zainteresowanie fotografią nabrało rozpędu w latach 70. XX w. – opowiada Katarzyna Sagatowska, fotografka i twórczyni projektu Fotografia Kolekcjonerska, promującego ten typ dzieł i pośredniczącego w handlu nimi. 

A skoro rynek jest wciąż raczkujący, inwestowanie weń na większą skalę praktycznie nie występuje. – Choć, obserwując rozwój Fotografii Kolekcjonerskiej czy kolejne aukcje fotografii, można mieć nadzieję, że to się powoli zmienia – zauważa Katarzyna Borucka, specjalistka z dziedziny fotografii nowoczesnej. 

Na razie u nas w tę dziedzinę sztuki inwestują niemal tylko pasjonaci. Należy do nich wiele osób z grona najbogatszych Polaków, ale, generalnie, ich liczba nie jest zbyt duża. – Moim zdaniem taka pasja jest podstawą tworzenia naprawdę dobrych kolekcji, które kiedyś mogą osiągnąć dużą wartość – przewiduje Borucka. 

W Polsce nie ma natomiast funduszu, który specjalizowałby się w fotografii, brakuje też zainteresowania nią ze strony funduszy działających na szeroko rozumianym rynku sztuki. Także duże przedsiębiorstwa zdjęcia ignorują. – Nie ma prawie na naszym rynku firm, które inwestowałyby w kolekcje fotografii. Do wyjątków należy np. bank ING, który ma Fundację Sztuki Polskiej uwzględniającą także polską fotografię współczesną – mówi Borucka. Nad Wisłą na celowniku wciąż pozostają tylko malarstwo i rzeźba. A to błąd. 

– Fotografia może być okazją inwestycyjną. Dobre prace wybitnych artystów w Polsce można kupić za cenę nawet poniżej 1 tys. euro. Na Zachodzie dzieła twórców o porównywalnym znaczeniu dla historii sztuki danego kraju są wielokrotnie droższe – tłumaczy Sagatowska. 

Wiedza potrzebna od zaraz

Oczywiście inwestowanie w fotografię wymaga wiedzy. – Ważnym czynnikiem, który wpływa w Polsce na stopień rozwoju rynku fotografii, jest edukacja. Jeszcze do niedawna artyści i kolekcjonerzy mieli wiele wątpliwości dotyczących przygotowania prac do sprzedaży według standardów kolekcjonerskich. Dziś to się zmienia – dodaje Sagatowska. 

Jak informuje serwis Fotografia Kolekcjonerska, ten typ dzieł „zyskuje wartość kolekcjonerską, jeśli spełnia wypracowane przez rynek sztuki standardy, które określają zarówno sposób opisu pracy, jak i technikę jej wykonania. Oznacza to, że musi być sygnowana przez autora, wykonana w limitowanym nakładzie i technice zapewniającej jej archiwalną trwałość. Opis powinien zawierać informacje o autorze, tytuł, datę powstania fotografii, datę powstania odbitki, wielkość nakładu, szczegółowy opis techniki, wymiary, sposób i miejsce sygnowania. Im dokładniejszy opis, tym łatwiej podjąć potencjalnym kolekcjonerom decyzję o zakupie”. 

O tym, że coś tu wyraźnie drgnęło, świadczą liczby. – Kilka lat temu cieszyliśmy się, jeśli w czasie aukcji sprzedano 30 proc. wystawionych dzieł. Dziś normalnym wynikiem jest już 60–70 proc. Widać to również po rozmowach z kolekcjonerami – zauważa Sagatowska. 

Weźmy 17. edycję aukcji Fotografii Kolekcjonerskiej z listopada, podczas której właściciela zmieniły prace o łącznej wartości 430 tys. zł. To historyczny rekord. W listopadzie 2015 r. było to 420 tys. zł. Ceny najdroższych dzieł do niedawna nie przekraczały 200 tys. zł, ale właśnie podczas wspomnianej 17. edycji za ponad 200 tys. zł sprzedano „Potwora z Düsseldorfu” Stanisława Ignacego Witkiewicza z 1932 r. Inną jego pracę, „Kolaps przy lampie, Autoportret” z 1913 r., wylicytowano w 2003 r. za 135 tys. zł (to poprzedni cenowy rekord), zaś „Przerażenie wariata” z 1931 r. poszło w 2014 r. za 80,5 tys. zł – prawie trzykrotność ceny wywoławczej. W ciągu pięciu ostatnich lat dzieła Natalii LL, znanej polskiej fotografki działającej w latach 60. i 70., zdrożały 2-krotnie. W 2015 r. jedno z nich sprzedano za 36 tys. zł. Kolejny przykład to fotografie Zygmunta Rytki. W 2013 r. na aukcjach płacono za nie maksymalnie 2 tys. zł. W 2016 r. już ponad 5 tys. zł. 

Wszyscy jesteśmy fotografami

Polacy w ogóle coraz bardziej interesują się fotografią. – Widzę to podczas działań promujących ją zarówno w ramach Fotografii Kolekcjonerskiej, jak i cyklu Wszyscy Jesteśmy Fotografami, który organizuję wraz z Moniką Szewczyk-Wittek i w którym uczestniczą prawdziwe tłumy – zauważa Sagatowska. Wiąże się to z nowym trendem na rynku, który dotarł do nas z Zachodu. Coraz więcej ekspertów i kolekcjonerów poszukuje interesujących prac nieznanych artystów. – Fotografia „anonimowa” jest znacznie tańsza niż profesjonalne dzieła. Jej siłą jest sam obraz, kompozycja, światło – wyjaśnia Sagatowska. 

Jednocześnie „zbieracze” fotografii artystycznej i jej fani starają się krzewić wiedzę na jej temat, rozbudzać w społeczeństwie potrzebę jej kolekcjonowania. – To ostatnie wymaga przynajmniej elementarnej wiedzy o rynku sztuki i o sztuce w ogóle. Niestety, większość, nie tylko zresztą Polaków, nie postrzega fotografii jako sztuki i nie rozumie, że dobre zdjęcia kosztują. To utrudnia powstanie dużego rynku inwestycyjnego. A warto w tym miejscu przypomnieć, że najdroższe dotychczas zdjęcie sprzedane na aukcji, czyli „Rhein II” żyjącego artysty Andreasa Gursky’ego, osiągnęło wartość 4,3 mln dol. – zwraca uwagę Borucka. 

Fakt, że u nas rynek fotografii z inwestycyjnym potencjałem wciąż raczkuje, ma skądinąd swoje zalety. Prace są w stosunku do cen zachodnich dość tanie. – Za 20 czy 30 lat ich wartość zdecydowanie wzrośnie – podsumowuje Borucka. 


Zadbaj o certyfikat

Zdjęcia, w odróżnieniu od obrazów, są o wiele łatwiejsze do skopiowania. Dlatego przed wydaniem np. kilku tysięcy złotych na dane dzieło, należy upewnić się, że jest oryginalne. Stąd tak ważne są certyfikaty, które muszą zapewniać domy aukcyjne. Jeśli ich brakuje bądź też dane na temat danej pracy są niepełne, poproś dom o gruntowne zbadanie jej historii. W przypadku wątpliwości lepiej nie ryzykować. 


Jakie zdjęcie łatwiej sprzedać

Istotna jest ranga danego artysty, dobrze, aby był on rozpoznawalny w świecie sztuki, a jeśli zdjęcie jest przedrukowywane w czasopismach związanych ze sztuką, to tym lepiej. Ważne jest także, czy autor fotografii wystawia swoje prace w galeriach, których ranga też ma znaczenie, podobnie jak fakt, że krytycy dyskutują o jego dziełach, powołują się na jego nazwisko itd. I oczywiście łatwiej sprzedać zdjęcie, które powstało w niewielu odbitkach. 


Rekord rekordowi nierówny

Ceny typowych fotografii sprzedawanych na aukcjach w Polsce wahają się od kilkuset do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Na Zachodzie przedział ten jest podobny, zmienia się tylko waluta. Natomiast w przypadku najdroższych dzieł różnice są gigantyczne. W Polsce rekordowa kwota zapłacona za zdjęcie artystyczne to nieco ponad 200 tys. zł za „Potwora z Düsseldorfu” Witkacego. Światowym rekordem jest „Phantom” Petera Lika. Do transakcji doszło w 2015 r., a jej wartość to 6,5 mln dol.


Od czego zależy cena fotografii kolekcjonerskiej

Musi być ona autorska (autor jest znany) i spełniać standardy wypracowane przez rynek sztuki. Określają one sposób jej opisu (na odwrocie, najlepiej ołówkiem) i technikę wykonania. Konieczne jest przy tym datowanie (podane osobno rok powstania negatywu i odbitki). Cena zależy w ogromnej mierze od rodzaju zdjęcia. I tak, mamy, zaczynając od rodzaju najdroższego: 

Odbitkę niepowtarzalną (unique print), czyli jedyny istniejący pozytywowy oryginał. Generalnie, im podany nakład, czyli edycja (liczba odbitek, w każdym rozmiarze czy technice, jakie wykonał autor lub zamierza wykonać z danej fotografii), jest mniejszy, tym wyższą cenę może osiągnąć zdjęcie. 

Odbitkę współczesną negatywowi  (vintage print), czyli fotografię zrobioną z oryginalnego negatywu w czasie nie dłuższym niż pięć lat od jego powstania, wykonaną przez autora lub pod jego nadzorem. 

Odbitkę z przedłużonego czasu lub odbitkę współczesną (life time print, modern print), czyli zrobioną przez fotografa z oryginalnego negatywu ponad pięć lat po jego powstaniu, za życia artysty i pod jego kontrolą. 

Odbitkę wznowioną (reprint), czyli współczesną odbitkę zrobioną z oryginalnego negatywu, bez udziału autora, często po jego śmierci. Może być podpisana lub ostemplowana przez współczesnego wykonawcę lub właściciela negatywu. 

Copy print, czyli odbitkę wykonaną z kontr- negatywu, z uwzględnieniem nazwiska osoby wykonującej reprodukcję. 

O wartości fotografii decyduje też czas: zyskują na znaczeniu na tle zjawisk społecznych i historycznych, a także nierzadko po śmierci autora. Bardzo ważna jest też osoba tego ostatniego (patrz ramka „Jakie zdjęcie łatwiej sprzedać”). Poza tym liczy się to, czy fotografia jest zaliczana do grupy „nowoczesnych”  (modern), czy współczesnych (contemporary). Te drugie osiągają niższe ceny. 

Te same zdjęcia mogą się również różnić w zależności od roku zrobienia odbitki, np. papier stosowany w latach 70. różni się od tego z lat 80. Kopia na pierwszym papierze będzie droższa. Jednak pod warunkiem, że w tym drugim, teoretycznie „tańszym” przypadku odbitek nie będzie wielokrotnie mniej niż w pierwszym. Bo liczba odbitek jest znacznie ważniejszym kryterium wyceny. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty