Finanse

Zboże, owoce i miód

© Shutterstock

Firmy wpisujące się w Krajową Inteligentną Specjalizację nr 4 to koncepcyjne zaplecze polskiego rolnictwa. Mało jest branż, o których można powiedzieć to, co o nich: że tak wiele zależy od tak niewielu. 

Innowacyjne technologie, procesy i produkty sektora rolno-spożywczego i leśno-drzewnego” to kolejna KIS, której się przyglądamy i zastanawiamy, czy wpisujące się w nią firmy mają szansę być motorem polskiej gospodarki. Jednak w przypadku tej specjalizacji mamy nie tylko potencjał. My go już wykorzystujemy, o czym świadczy np. wzrost eksportu żywności w ostatnich dekadach (patrz ramka). Cenne jest to, że uczestniczą w tym bardzo różne przedsięwzięcia zarówno przedsiębiorstwa z tradycją sięgającą XIX w., jak i ciekawe, niszowe startupy. 

Pszenżyto i groch

Spółka Danko Hodowla Roślin z Choryni w Wielkopolsce pozyskała ponad 8 mln zł unijnej dotacji (PO IR 1.1.1) na realizację projektu, w którym zamierza m.in. stworzyć nowe odmiany grochu i zbóż o unikalnych właściwościach, wykorzystując metody biotechnologiczne. To jej pierwszy samodzielny projekt finansowany z funduszy UE, ale kontynuuje to, co robi od ponad 130 lat, a co określa się jako twórczą hodowlę. Na tym polu należy do najbardziej zasłużonych polskich firm. 

Danko zatrudnia ok. 350 osób, z których 100 pracuje nad tworzeniem nowych odmian roślin uprawnych. Posiada laboratoria, szklarnie, szkółki hodowlane i ponad 6 tys. ha użytków rolnych w siedmiu lokalizacjach w całym kraju. Ma na swoim koncie wyhodowanie i zarejestrowanie kilkuset odmian roślin (zbóż, traw, roślin strączkowych). To tu w latach 80. powstała odmiana pszenżyta „Lasko”, która zrewolucjonizowała uprawę tego zboża na świecie. Oprócz tego Danko prowadzi elitarną zarodową hodowlę bydła. 

Mimo przekształceń formalnych w latach 90., pozostała firmą państwową – 100 proc. jej udziałów należy do Agencji Nieruchomości Rolnych. To, czym się zajmuje, traktowane jest jako działalność o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa żywnościowego kraju. – Państwo chce mieć pewność, że będą tworzone nowe odmiany spełniające potrzeby polskiego rolnika. Dziś każda nowa odmiana roślin, która została gdziekolwiek w UE zarejestrowana, może być sprzedawana u nas, np. odmiany pszenicy wyhodowane we Włoszech czy Francji. Zdarza się jednak, że gdy trafiają one do Polski i rolnicy je wysiewają w nadziei na uzyskanie wysokich plonów, okazuje się, że są zupełnie niedostosowane do naszych warunków – tłumaczy dr Karol Marciniak, członek zarządu Danko. 

Twórcza hodowla to nie jest działalność przynosząca szybkie zyski. Stworzenie nowej odmiany zajmuje średnio osiem lat i kosztuje 1–2 mln zł. Potem jest jeszcze cykl badań rejestrowych, dopuszczenie do wprowadzenia na rynek, namnażanie nasion. Zwrot z inwestycji może się rozpocząć dopiero po kilkunastu latach. 

Danko potrzebuje zatem dalekosiężnego planowania działań hodowlanych i stabilizacji. Jej największe atuty to ludzie – doświadczeni hodowcy i personel badawczy, a także gromadzony przez lata materiał genetyczny. Oprócz tego niezbędne są jeszcze dostęp do najnowocześniejszych metod hodowlanych i pieniądze. 

Twórcza hodowla to połączenie tradycji (krzyżowanie odmian, selekcja tak otrzymanych roślin i ich obserwacja na przestrzeni pokoleń) z najnowocześniejszymi narzędziami, jak choćby markery molekularne pozwalające sprawdzać, czy w DNA badanych roślin znajdują się pożądane fragmenty, odpowiedzialne np. za odporność na groźne choroby. 

Miarą sukcesu w tej branży jest to, jak powszechnie wykorzystywane są jej produkty. – Około 40 proc. kwalifikowanych nasion zbóż, które wysiewają rolnicy w Polsce, to te oferowane przez Danko. Nie bezpośrednio, bo nie jesteśmy w stanie aż tyle ich wyprodukować, ale to są nasze odmiany, rozprowadzane przez partnerskie firmy nasienne – mówi dr Marciniak. 

To bardzo duży udział, zwłaszcza że rynek jest przecież otwarty, działa na nim kilka polskich i kilkadziesiąt zagranicznych firm. Od momentu wejścia Polski do Unii pozycja Danko jeszcze się umocniła – w 2004 r. jej udział w rodzimym rynku sięgał 23 proc. Teraz planuje wyjście na zewnątrz, zamierza m.in. otworzyć swój oddział w Niemczech. 

Polskie maliny

Twórczą hodowlą zajmuje się też spółka Niwa Hodowla Roślin Jagodowych z Brzeznej niedaleko Nowego Sącza. W 2016 r. pozyskała ponad 2 mln zł dotacji (również z PO IR 1.1.1) na projekt, którego celem jest wyhodowanie nowych odmian roślin jagodowych, jak maliny, truskawki i jeżyny. Chodzi o odmiany odporne na choroby i szkodniki, a do tego bardziej opłacalne w produkcji. Spółka chce m.in., by nowe maliny i jeżyny nadawały się do zbioru maszynowego. Istnieją już bowiem kombajny do zbioru malin, ale nie ma odmian tych owoców pasujących do naszego klimatu, przy których można by taki sprzęt wykorzystać. Tymczasem dzięki zastosowaniu maszyn koszt zbioru mógłby spaść aż czterokrotnie. 

Założona w 2012 r. Niwa to pierwsza prywatna polska spółka działająca w tej branży. Zatrudnia 11 osób plus sezonowi robotnicy do pielęgnacji pól. Gospodarzy na 9 ha, posiada szklarnie i laboratorium kultur tkankowych. Przy wielu projektach współpracuje z ośrodkami naukowymi, np. z Uniwersytetem Rolniczym w Krakowie, Uniwersytetem Jagiellońskim czy Uniwersytetem Przyrodniczym w Lublinie. 

Przy tak niewielkich rozmiarach spółki, zasięg prac, jakie prowadzi, robi wrażenie. Rocznie wysadza np. ponad 20 tys. siewek truskawki i 10–15 tys. siewek maliny. 

Trzon firmy stanowią doświadczeni naukowcy: dr Jan Danek, dr Agnieszka Orzeł i dr Katarzyna Król-Dyrek. Odeszli z Sadowniczego Zakładu Doświadczalnego w Brzeznej, spółki córki Instytutu Ogrodnictwa w Skierniewicach, najważniejszej instytucji badawczej w tej dziedzinie w Polsce. Zdecydowali się na ten krok, gdy los badań, jakie tam prowadzili, okazał się niepewny. Wzięli więc sprawy w swoje ręce, a udziałowcami ich przedsięwzięcia zostali jego przyszli odbiorcy – siedem gospodarstw szkółkarskich z całej Polski. 

Firma pracuje nad kilkoma gatunkami roślin jagodowych (wśród nich są także borówka, porzeczka i suchodrzew jadalny, czyli jagoda kamczacka). Na wybór jej priorytetów wpływa kilka czynników: dziedziny, w jakich mają doświadczenie jej naukowcy, to, na co jest największe zapotrzebowanie, i wreszcie to, na jakie prace można pozyskać dofinansowanie. Pod tym ostatnim względem jest jej o tyle łatwiej, że Niwa nie musi specjalnie udowadniać, iż to, co robi, jest unikalne. – Odkrywanie nowych genotypów, tworzenie nowych odmian zawsze jest innowacją na skalę światową. Nigdzie nie będzie drugiej rośliny o takich parametrach i właściwościach – mówi dr Bartłomiej Danek, wiceprezes Niwy. 

Chore pszczoły

O ile uprawa zbóż czy owoców to potężne gałęzie rolnictwa, o tyle jedna z najważniejszych dziedzin, w których specjalizuje się poznański startup BioScientia, jest niszą – jego najbardziej zaawansowany projekt dotyczy pszczelarstwa. Na „opracowanie oraz weryfikację strategii komercjalizacji szybkiego testu terenowego do wykrywania zakażenia pszczoły miodnej sporowcem Nosema ceranae na rynku europejskim, ze szczególnym uwzględnieniem rynku niemieckiego” firma pozyskała w sierpniu 2016 r. 150 tys. zł z programu GO_GLOBAL.PL. – To nasz pierwszy projekt, który zakończył się stworzeniem produktu – testu paskowego do wykrywania nosemozy, choroby przyczyniającej się do zjawiska określanego jako masowe wymieranie pszczół – mówi dr Mirosława Skupińska, prezes spółki BioScientia. Założyła ją w 2012 r. wspólnie z dr Agnieszką Belter. Obie obroniły doktoraty w Instytucie Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk w Poznaniu, pracowały też w firmach farmaceutycznych. 

Wybrany przez nie rodzaj działalności – diagnostyka zwierząt – to przejaw realizmu. Procedury na rynku weterynaryjnym są prostsze i tańsze niż w przypadku „ludzkiego” rynku farmaceutycznego, na którym wcześniej zdobywały doświadczenie. Łatwiej jest się przebić. Z kolei testy paskowe to obecnie jeden z głównych nurtów w rozwoju diagnostyki w ogóle (najbardziej znany przykład to popularny test ciążowy). Podstawową przewagą testów paskowych nad innymi metodami jest to, że każdy może je zrobić od ręki – dają szybki wynik i nie wymagają laboratorium ani wykwalifikowanego personelu. 

W przypadku nosemozy (podobnie jak w zdecydowanej większości chorób pszczół) sposobem na jej wykrywanie było dotąd wysyłanie próbek pszczół do laboratoriów, co jest kosztowne i czasochłonne. A czas jest tu istotny, bo zakażoną pszczelą rodzinę trzeba jak najszybciej odizolować i wszcząć procedury ograniczające zasięg choroby. 

Dla poznańskiego startupu Polska nie jest wystarczająco dużym rynkiem. – W najbliższej perspektywie skupimy się na Niemczech, bo tam nosemoza to tak samo palący problem jak u nas, jeśli nie większy. Będziemy się też starać sukcesywnie wprowadzać nasz test na inne rynki europejskie – zapowiada dr Skupińska. 

Produkcję swych testów BioScientia zleca wyspecjalizowanej firmie, dostarczając jej niezbędne biokomponenty. Sprzedaż zamierza prowadzić przez platformę internetową (tu wzoruje się na doświadczeniach brytyjskiej firmy oferującej już  podobne testy na inną z pszczelich chorób) i bezpośrednio, nawiązując kontakty ze środowiskami pszczelarskimi w różnych krajach. Rynek jest tu z jednej strony niesłychanie wdzięczny (pszczelarze są bardzo zainteresowani tego typu produktami), ale z drugiej – stosunkowo niewielki. To zresztą powód, dla którego nie interesują się nim globalne firmy farmaceutyczne. Jest więc coś za coś: praktycznie brak konkurencji, a w przypadku sukcesu gwarantowany zbyt, lecz perspektywy zarobku – umiarkowane. 

W portfolio BioScientii jest też kilka innych projektów, m.in. kolejny dotyczący pszczelarstwa (Bee-monitor – stworzenie testu wykrywającego cztery wirusy atakujące pszczoły) oraz dwa związane z większymi rynkami: hodowlą ryb i bydła. 

Wyższa stawka

Gdyby rolnictwo pozostało takie jak setki lat temu, Ziemia nie dałaby rady nas wykarmić. Praca ludzi, którzy je w naszym kraju rozwijają, często jest niedoceniana, a tymczasem ich osiągnięcia mają nieproporcjonalnie duży (w stosunku do ich skali działania) wpływ na konkurencyjność całego polskiego rolnictwa za 10 czy 20 lat. 

Bartłomiej Danek widzi przyszłość tego ostatniego optymistycznie, podkreślając przy tym kluczową rolę „twórczych hodowców”. – Na sukces upraw w Polsce, a co za tym idzie, np. na pozycję naszego kraju pod względem wielkości produkcji owoców poszczególnych gatunków, decydujący wpływ ma dostęp do nowoczesnych odmian – zauważa. – Bo jeśli chodzi o kulturę upraw, czyli ich nawożenie, ochronę, jest już na takim poziomie, że trudno coś więcej osiągnąć. O sukcesie będzie zatem decydował sam owoc: jego potencjał, możliwości genetyczne. 

Zdaniem Karola Marciniaka przyszłość zdeterminują zwłaszcza dostęp do najnowszych zdobyczy nauki oraz pieniądze na finansowanie badań i tworzenie nowych odmian. W obu wypadkach trzeba pokonywać bariery (np. są dziedziny, w których polska nauka jest w pierwszej lidze, ale i takie, gdzie zostaje w tyle). 

Ważna jest też świadomość własności intelektualnej nowych odmian. Mają z tym problem i rolnicy, i instytucje odpowiedzialne za przestrzeganie prawa. To, co jest dziś barierą, można jednak postrzegać także jako szansę. – W Polsce co piąte albo nawet co szóste pole jest obsiane nasionami kwalifikowanymi, natomiast w Europie co drugie – mówi dr Marciniak. W kraju (i nie tylko) widać więc perspektywy wzrostu. Takie firmy jak Danko żyją z tantiem, podobnie jak autorzy muzyki czy oprogramowania. Od każdej sprzedanej partii nasion powinny otrzymywać określony procent wpływów. Gdy w użyciu będzie więcej nasion kwalifikowanych, lepsze będą plony i ich jakość, ale też więcej pieniędzy na tworzenie jeszcze lepszych odmian na potrzeby krajowego rolnictwa. 


W dobrą stronę

W miniroczniku statystycznym FAO (organizacja ONZ ds. wyżywienia i rolnictwa) w kilkudziesięciu ogólnoświatowych zestawieniach Polska pojawia się sporadycznie: w większości kategorii (najlepsi-najgorsi, top 20) nie wyróżniamy się bowiem ani na plus, ani na minus. Ale jedno z zestawień powinno nas bardzo cieszyć: jesteśmy na 18. miejscu wśród 20 największych eksporterów żywności. Patrząc na dane sprzed dekady, widać, że należymy do tych, którzy najbardziej poprawili swoją pozycję. A był to trudny okres, obfitujący w turbulencje na światowych rynkach żywnościowych. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty